– A chuj kurwa – Opel wkłada sobie bukiet w kieszeń i idzie się wyszczać za rogiem – chuuuj – charczy jak knur w czasie uboju.A pamiętasz, jak żeśmy głupki walili na żelbetonie za pasem startowym, za kościołem, za pawilonem, przy hałdzie? Albo jak żeśmy na styropianie pływali w kanałach, styropianie zajumanym z nieefektywnej budowy? Albo jak żeśmy tynk wdupcali ze ścian, bo nam wapna za młodu brakowało w kościach? Albo wtedy jak żeśmy siedzieli na klatce jak te karły smutne, a kontakt był otwarty, no i mówisz: dawaj zawody, kto dłużej przytrzyma ręką otwarty kontakt, i potem jak cię, Opel, nie pierdolnęło, pamiętasz? Że aż pół godziny na schodach siedziałeś i się trząsłeś jak mokry pies? O Jezu, Opel, co to były za historie z tego pogańskiego dzieciństwa.Wszystko mi się naraz otwiera jak kanał. Wpływam. Nad łóżkiem cały ikonostas czasu minionego. Szpulowce, słone masło z kościoła, relaksy, gumiaki, gołe baby, niespełniony amerykański sen w pustym opakowaniu po marlborasach, jakie się to z kosza przy hotelu, ech... dajmy pokój wspomnieniom. Idź, Opel, wykorzystaj dziś swoją kreskę w barze, przedłuż ją nienaturalnie, zrób do niej kreski prostopadłe, kreski równoległe, podziel na odcinki, nie ma lekko. Basia kredytu nie udzieli.Basia pochylona nad wnioskiem kredytowym nie dostrzega poza nim świata. Jest w nim zagłębiona jak w lekturze programu telewizyjnego na nadchodzący przedświąteczny tydzień. Przebiera między papierami, wyciąga coś, przekłada, patrzy, zbliża do twarzy, oddala od twarzy, odkłada, notuje, oblicza, w końcu mówi niezdrowo podekscytowana: