Kamyk poszedł za swym przewodnikiem w głąb pomieszczenia. Stworzyciel - a musiał być to zapewne sam Grzywa - nie przerywał umysłowego kontaktu, paplając beztrosko. Nic nie zapowiadało żadnych wyrafinowanych tortur, więc chłopiec zaczął się uspokajać. Grzywa wyglądał sympatycznie, tak samo jak wnętrze jego pracowni. O dziwo, wbrew oczekiwaniom Kamyka, że tak samo jak u Pływaka i Nocnego Śpiewaka, tak i u tego Stworzyciela zastanie gigantyczne zbiorowisko "absolutnie niezbędnych do egzystencji" przedmiotów, komnata wyglądała wręcz nieskazitelnie. Przypominała raczej salon niż pracownię.Ściany pomalowano żółtą farbą w przyjemnym odcieniu, a na nich wiły się stylizowane motywy kwiatowe. Z sufitu zwieszały się na nitkach szklane ozdoby, rzucając wesołe błyski. We wnękach okiennych stały wazony z kwiatami. Gdyby nie unoszący się w powietrzu szczególny zapach lekarstw, można by pomyśleć, że to całkiem zwyczajny pokój. Nic bardziej mylnego. Nieco bystrzejszy obserwator mógł dostrzec, że zgrabne szafeczki nie zawierają kryształów i sreber, lecz instrumenty medyczne, flaszki z tajemniczą zawartością, a także lśniące groźnie ostrza różnych wielkości i rodzajów umieszczone w specjalnych przegródkach. Duży prostokątny stół, choć przykryty cienkim batystowym obrusem, był nieproporcjonalnie wysoki. Prawdopodobnie nie służył do biesiadowania, tylko do zabiegów medycznych.Grzywa, siwiejący mężczyzna o młodych oczach, w których błyszczała inteligencja i humor, miał serdeczny uśmiech i bardzo zadbane ręce, co Kamyk zauważył z niejakim zdumieniem. Tak wypielęgnowane dłonie miewały kobiety. Stworzyciel spodobał mu się. W przeciwieństwie do poprzedniego lekarza nie traktował Kamyka, jakby chłopak był słaby na umyśle, i nie próbował za wszelką cenę wykazać swej ważności. Grzecznie zaprosił pacjenta, by ten usiadł na kozetce i rozebrał się do połowy - wciąż uśmiechnięty, przyjazny i rzucający żarcikami.