- Grochulski, wartownika do mnie, ale już! Doktorze!Prawie równocześnie dopadliśmy boku bewupa. Wciąż stał tu stolik pod radiostację, krzesełko, termos z kawą i karabin oparty o koło. Był też podoficer. Ale układ był inny.Kapral leżał twarzą do ziemi i nie ruszał się, a kiedy przewróciłem go na wznak, natychmiast zrozumiałem, że nigdy więcej się nie ruszy. Jego gardło było jedną wielką raną.- Kurrrwa mać - Filipiak omal nie połamał sobie zębów, przyciskając dolne do górnych. - Jak, do kurwy nędzy?! Jak?!Zamknąłem powieki szeroko otwartych, szklistych oczu.- Parę minut - powiedziałem, dziwiąc się własnemu spokojowi.- Nie żyje. - Wciąż nie przezwyciężył szczękościsku.- I tak bym mu nie pomógł. Nie da się założyć opaski... - urwałem i odwróciłem lekko głowę kaprala, chcąc się upewnić, że moje palce nie robią mi makabrycznych dowcipów. - O cholera.- Co?- Ma dziurę w czaszce. Chyba... chyba po kuli.Tak czy inaczej nie żył i może dlatego Filipiak dość gładko przeszedł do porządku dziennego nad otworem w jego potylicy. Było zresztą coś ważniejszego od człowieka, którego zabito dwa razy.- Panie poruczniku! - rozległ się głos Grochulskiego. - Szybko!Nie miałem tu nic do roboty. Pobiegliśmy obaj. Szybko.