- Czyżby Wasza Dostojność miał na myśli Jastrzębia, kapitana wojsk Waszej Dostojności, który niczym Sot, Oblicze naszego Boga, wymierza sprawiedliwość na Rubieżach?- Zabij go! - warknął Zebon, tracąc nagle spokój. - I rozpędź na cztery wiatry tę hołotę, która nazywa siebie wojskiem.Mężczyzna spojrzał wprost w płonące chorobliwym blaskiem oczy Najwyższego Kapłana.- Czy ja dobrze rozumiem? - Spytał zimno. - Życzeniem Waszej Dostojności jest, abym zamordował bohatera Rubieży, o którego męstwie bardowie po gospodach ballady śpiewają, słynnego Jastrzębia i jego dzielnych wojaków?- Tak. - Czy Wasza Dostojność obmyślił dla niego jakiś specjalny rodzaj śmierci czy wystarczy ot tak? - Przejechał palcem po gardle.- Otruj go, zastrzel z łuku, wyzwij na pojedynek, wszystko jedno. Ma umrzeć.- A zapłata?- Nie wykonałeś jeszcze poprzedniego zlecenia - przypomniał mu chłodno kapłan.Bazyl skrzywił się.- Ta kobieta dawno nie żyje - mruknął, po raz pierwszy tracąc pewność siebie. - To niepodobna, żeby ukryła się tak skutecznie. Włosy mogła ogolić albo ukryć pod chustą, ale kolor oczu?- Jeśli nawet nie żyje, nie ty ją zabiłeś - przypomniał mu słodko Zebon. Widok krzywej miny mordercy wyraźnie poprawił mu nastrój. - Oto twoja zapłata za zabicie Jastrzębia.Rzucił w jego kierunku mieszek. Bazyl złapał go zręcznie i zajrzał do środka.