Księżyc wyskoczył znienacka na niebo, zalewając okolicę upiornym srebrnym światłem. Zrobiło się paskudnie romantycznie, Lucynda z umazanym gliną ryjem radośnie buszowała po zaroślach, rozkoszując się smakiem świeżych dżdżownic. Dżdżownice fosforyzowały zielonkawym światłem i łatwo było je znaleźć w świeżo skopanej ziemi. Zielony poblask pochodził od rozrzuconych przez niefrasobliwego rosyjskiego alchemika uranowych kuleczek, lecz o tym nie wiedziały ani dżdżownice, ani Lucynda. Po kilkunastu minutach jej ciało otoczyło się również mglistą zielonkawą poświatą. Czuła się lekko i radośnie, w przypływie euforii chciała zrzucić ubranie i hasać beztrosko po zaroszonej trawie. Zreflektowała się jednak, że jest świnią i nie ma co z siebie zrzucać, co napełniło jej wielkie, świńskie serce smutkiem. Wróciła do śpiących kotów i trąciła lekko Paskudę. Ten otworzył oczy i poderwał się przerażony na równe nogi, budząc przy okazji Czarnucha.– Aleś mnie przestraszyła! Gdzieś się tak uświniła? – wydusił z siebie Paskuda.– No właśnie! – chlipnęła rzewnie Lucynda – wy też widzicie we mnie tylko świnię, a ja bym chciała być... chciała być... chciała być...– ...kotem? - podpowiedział Czarnuch– Królewną!! – pisnęła Lucynda – piękną królewną w zwiewnej sukience, biegającą w świetle księżyca po zaroszonej trawie!– Masz ci los – jęknął Paskuda – zwariowała nam świnia. W dodatku świeci na zielono. Czy ty w ogóle wiesz dlaczego wyruszyliśmy na tą wyprawę?