- O Ramzesie?- Tak... Ale wiadomość jest zła, nawet... tragiczna!- Co mu się stało?! Powiedz!- Tak, niestety... Nasz brat nie żyje. Ratował dziecko z płonącego domu. Dziecko żyje, lecz on sam... spłonął. Po prostu spłonął...- Spłonął?! To znaczy spalił się na śmierć?!Wybuchnęłam przeraźliwym płaczem, wprost krzyczałam z rozpaczy. Przybiegła mama:- Co się tu dzieje? Czego Dzidka płacze?Szlochając i jąkając się powiedziałam:- Ramzes nie żyje...- Już dawno nie żyje - chłodno zauważyła mama i karcącym tonem zwróciła się do Lilki:- Przestań dziecku w głowie mącić. O faraonach jej opowiesz jak dorośnie.Bardzo przeżywałam śmierć Ramzesa, choć chyba jeszcze nie wiedziałam co to śmierć. Kiedyś z tłumem dzieciaków weszłam do otwartego, parterowego domu i tam na stole leżał jakiś blady pan. Leżał na prześcieradle, w ręku trzymał krzyż, na oczach miał metalowe pieniążki. Zapytałam starszą dziewczynkę po co te pieniądze. Nie wiedziała. Staruszek obok nas szepnął: "Żeby świętemu Piotrowi zapłacić za otwarcie wrót niebieskich". Drugi staruszek szeptem zaprzeczył: "Nie. Pieniążki są po to, by zmarłego światłość boska nie oślepiła". Tyle świec się wkoło paliło, że bałam się pożaru. Ludzie wchodzili, wychodzili. Kilka kobiet klęczało i modliło się. Potem usłyszałam głośny płacz. Szybko opuściłam to miejsce. Pachniało tam słodko, mdło i zrobiło mi się niedobrze. Kojarzyłam wtedy śmierć z tym, że ktoś leży, nie rusza się, a wokoło jest dziwnie i nie wiadomo, jak się zachować.