– Widzisz, ty obesrańcu?! – wrzasnął. – Już cię złapałem na kłamstwie! Przedtem mówiłeś „Udo”! I myślisz, że jestem taki głupi i nie wiem, co to jest „Hermann i Dorothea”?!– Każdemu może się pomylić – warknął Mock, patrząc, jak szyja i twarz rewirowego puchnie w więzach ciasnego mundurowego kołnierza.Tym razem Mock rozgniewał się na siebie i na swoje głupie przejęzyczenie. Widząc, jak tęgi rewirowy zaciska dłoń w pięść i zbliża się do niego, poczuł pulsowanie rany na głowie i ciepły strumyk krwi za uchem. Przypomniał sobie pazury teściowej doktora Goldmanna. Wściekłość napłynęła jak śliski, zimny i śmierdzący pot. Napiął mięśnie i czekał. W tym momencie na biurku podskoczył telefon i rozdzwonił się blaszanym terkotem. Mundurowy wygładził uniform na brzuchu i podniósł słuchawkę.– Naczelnik rewiru, nadkomisarz Schulz – powiedział i słuchał przez chwilę czyjegoś ostrego głosu. – Tak, zgadza się, panie radco – spojrzał szybko na Mocka. – Podał fałszywe nazwisko i był... Tak, tak, rozumiem. Nadwachmistrz Eberhard Mohr, nie, nie... Mock. – Spojrzał krzywo na przesłuchiwanego. – Rozumiem, tak właśnie zrobię... Przekażę mu... Tak, dopilnuję tego... Czekam...Odłożył słuchawkę i spojrzał na Mocka przeciągle.– Dlaczego nie powiedział pan, kim jest, panie nadwachmistrzu? – zapytał, wciągając brzuch.