Tłumaczą to względami bezpieczeństwa, ale w gruncie rzeczy chodzi o coś innego. O to, że przywiązani do swoich domów i miejsc, choć ze spakowanym bagażem i biletem w dłoni, wcale nie jesteśmy gotowi do dalekiej podróży. To dlatego linie lotnicze każą stawiać się do odprawy nie później niż dwie godziny przed odlotem. Zjawiamy się karnie - z zawiniątkami kanapek, ze śniadaniem w brzuchu, w obłoku domowych zapachów. Klimatyzatory cierpliwie odwirowują tę obcą sobie woń, wtłaczając do środka powietrze eksterytorialne, o uniwersalnej temperaturze i wilgotności.Lotnisko wcale nie jest miejscem, z którego odlatują samoloty. A przynajmniej nie tylko. Lotnisko to czyściec podróży, turystyczno-podróżne purgatorium, w którym nasze zabiegane organizmy i spłoszone dusze doznają oczyszczenia, zanim przekroczą próg nieznanego. Gdybyśmy zbyt nagle, bez przygotowania, pojawili się w dalekim miejscu, nowej strefie czasowej, na innym kontynencie - nasze zmysły mogłyby oszaleć. Dopiero wypłukani w sterylnej atmosferze portu lotniczego, poddani monotonii mechanicznych, bezosobowych procedur jesteśmy gotowi na spotkanie z przygodą.Czas spędzony na lotnisku to głównie różne fazy oczekiwania, przedzielone biurokratycznymi epizodami. Algorytm pozostaje niezmienny: nuda oczekiwania, szybka procedura, nuda oczekiwania, procedura i znowu nuda oczekiwania. Najpierw w kolejce do kontuaru linii lotniczej, gdzie odbiorą od nas bagaż i wręczą kartę pokładową, później – do odprawy paszportowej, gdzie funkcjonariusz straży granicznej rutynowo spojrzy nam w oczy. Po nudzie zakupów w sklepie wolnocłowym (na każdym lotnisku świata ten sam zestaw luksusowych towarów), czekamy, aż brygada antyterrorystyczna uruchomi swoją elektroniczną bramkę i prześwietli podręczny bagaż. Kilka zdawkowych ruchów wykrywaczem metali i już, chwilowo uwolnieni z oskarżeń o światowy terroryzm, trafiamy do przedsionka przed bramą do samolotu. Tu znowu czekamy. W samolocie długie oczekiwanie na start.