- To wyraz ułańskiej fantazji Polaków. Zawsze byliśmy najweselszym barakiem w obozie socjalistycznym - wyrokuje Dionizy Zejer, redaktor rocznika "Polskie Rekordy i Osobliwości".Zenon Pustelnik, wydawca polskiej edycji Księgi rekordów Guinnessa sądzi, że Polacy po prostu chcą być sławni.Kiedy Aleksander Cierpicki w marcu 1987 r. postanowił pobiegać w samych kąpielówkach ośnieżoną plażą w Jelitkowie, nie mógł przypuszczać, że właśnie zapoczątkował nowy obyczaj bicia rekordów. Wyczyn odnotowały z ciekawości wszystkie media. Niestety nie można było sprawdzić, czy pan Aleksander zakwalifikował się do Księgi rekordów Guinnessa, bo ta, z przyczyn ideologicznych, w Polsce nie mogła się ukazywać do 1989 r.W latach 90. w ślady Aleksandra Cierpickiego poszło już kilkuset Polaków. W 2000 r. marginalne zjawisko przerodziło się niepostrzeżenie w modę. - Szał bicia rekordów to ostatnie trzy lata - mówi Dionizy Zejer, który w swym wydawnictwie z aptekarską skrupulatnością odnotowuje rekordy bite w Polsce. Skatalogowano 1016 różnorakich wyczynów. - To tylko te, o których my wiemy. Ich dokładna liczba pozostaje tajemnicą.Skala zjawiska widoczna jest także w Księdze Guinnessa. W ciągu ostatnich dwóch lat Polacy zgłosili do niej ponad 2,5 tys. rekordów.Rekordy w Polsce bije każdy, indywidualnie bądź zbiorowo: szkoły, przedszkola, restauracje, stacje radiowe, przedsiębiorstwa, instytucje i miasta. Opór stawia jedynie administracja publiczna, choć i tu pojawił się wyłom, od kiedy Gminna Komisja Rozwiązywania Problemów Alkoholowych w Lędzinach postanowiła ulepić najdłuższy łańcuch z gazety.