Jednoczenie się artystów pod wspólnym szyldem jest oczywiście patentem dość starym, a od czasu impresjonistów także bardzo popularnym. Na początku XX w., w czasach rywalizacji przeróżnych awangardowych -izmów, łączenie się w grupy stało się wręcz standardem; tylko tak można było manifestować własną twórczą niezależność, wspólnie wystawiać, publikować chmurne programy, walczyć z konserwą. Dziś trudno sobie wyobrazić, jak wyglądałaby choćby historia polskiej sztuki bez takich zjawisk, jak a. r., Komitet Paryski czy Bunt, a po wojnie - bez Grupy Krakowskiej. O ileż uboższe byłoby nasze malarstwo lat 70. bez Wprost, a lat 80. bez Gruppy i Luxusu. Wszędzie i zawsze scenariusz był podobny: wspólna wizja sztuki, ale praca na własny rachunek. Zbiorowe wystawy, ale odrębnie sygnowane dzieła. Jeden solidarny front w kontaktach ze światem, ale bez rezygnowania z własnej indywidualności. I dlatego wcześniej czy później dawni grupowi towarzysze zaczynali nieuchronnie wędrować własną drogą.Z czasem tworzenie takich formacji straciło rację bytu. Ciężar lansowania przejęły galerie, a ich szyldy okazały się bardziej atrakcyjne od grupowych manifestów. Twórcy nie muszą się skrzykiwać, wystarczy znaleźć opiekuna, który profesjonalnie lansuje ten, a nie inny rodzaj sztuki. Pomiędzy zawiązaną w 1982 r. Gruppą a młodszymi o 15 lat Ładnymi praktycznie żaden artystyczny kolektyw nie zrobił w Polsce większej kariery. Można powiedzieć, że z punktu widzenia obiegu sztuki Grupa Ładnie stanowiła byt nieco staroświecki, choć, jak się okazało, działający skutecznie.