W tym roku kalifornijska pożoga ma symboliczny wydźwięk. Gdyby film "Niewygodna prawda" ostrzegający ludzkość przed skutkami efektu cieplarnianego nie otrzymał już Oscara, a jego twórca - pokojowej Nagrody Nobla, o podpalenie chaparralu można by posądzić Ala Gore’a. Pożary w Kalifornii znacznie zwiększyły bowiem siłę jego przesłania. Wśród komentatorów na pewno znajdą się tacy, którzy uznają tę klęskę za karę Bożą zesłaną na amerykańskich imperialistów za nieratyfikowanie Protokołu z Kioto. Proste konkluzje są nęcące, ale warto przyjrzeć się nieco bliżej temu, co w ostatnim roku wydarzyło się w amerykańskim dyskursie publicznym i politycznych decyzjach dotyczących środowiska.Nie jest tajemnicą, że wśród ekologów prezydent George W. Bush cieszy się jak najgorszą opinią, a Nagrodę Nobla dla jego konkurenta z przedostatnich wyborów prezydenckich odebrano jako naganę dla administracji. Mimo to, jak dowodzą wyniki badań prasoznawczych ogłoszone w końcu września przez firmę Hill&amp;Knowlton, to właśnie Bush ma największy wpływ na media w kwestii globalnego ocieplenia. Jego deklaracja wpleciona w noworoczne orędzie o stanie państwa, w której obiecał "pomoc w stawieniu czoła wyzwaniu globalnych zmian klimatycznych", doczekała się licznych komentarzy. Gore w rankingu Hill&amp;Knowlton zajmuje dość odległe, dziewiąte miejsce.Zaskakujące oświadczenie Busha nie oznaczało jeszcze, że prezydent USA nawrócił się na ekologię. Był to raczej wyraz politycznego realizmu, ustępstwo wobec opinii środków masowego przekazu, które w 70 proc. skłaniają się do tezy, że ocieplenie klimatu jest spowodowane działalnością człowieka. Choć w kolejnych miesiącach po orędziu stało się jasne, że Bush nie planuje żadnej ekologicznej rewolucji, amerykańska maszyna legislacyjna powoli ruszyła z miejsca.