Robert Thalheim, 33-letni filmowiec niemiecki, w dość kameralnie zrobionym filmie "W końcu przychodzą turyści" pokazał pułapki polsko-niemieckiego dialogu na temat przeszłości. Zaczyna i kończy się głosem Czesława Niemena. Z krzykiem "dziwny jest ten świat" za uszami młody Niemiec przyjeżdża dziś do Oświęcimia, by odbyć roczną cywilną służbę zastępczą dla poborowych odmawiających służby w Bundeswehrze. Chciał do Amsterdamu, skierowano go do Auschwitz, którego dotychczas z niczym specjalnie nie kojarzył. Ma tu pomagać starym ludziom. Ale szybko się przekonuje, że dla Niemca w tym miejscu każdy gest jest fałszywy.Zaczyna się od tego, że w pustym pokoju, ziejącym peerelowską jeszcze beznadzieją, sięga po mleko z lodówki. Błąd. Należy ono do Stanisława Krzemińskiego, opryskliwego byłego więźnia KZ, emeryta, który restauruje walizki zagazowanych Żydów znajdujące się w zbiorach muzeum. To nim Sven ma się teraz opiekować, wozić na rehabilitację, czekać godzinami przed knajpą, w której koledzy oświęcimiaka naigrawają się z Niemca, że pewnie jego dziadek kiedyś tu rozkazywał, a on teraz jest kierowcą Polaka. Również na dyskotece jest niemiło, gdy rówieśnicy Svena rechoczą, że oto armia niemiecka znowu wkroczyła do Oświęcimia.Sven musi sobie dać radę ze sobą, z polskim otoczeniem, z niemiecką przeszłością. I wszystko jest jakoś nie tak. Niby pomaga mu Ania, germanistka oprowadzająca grupy niemieckie po muzeum w Oświęcimiu i Brzezince, ale jest zaprzątnięta swoimi sprawami. Pomaga swemu bratu-nieudacznikowi, który jest leniwy i arogancki, tak że zawala pracę w zakładach chemicznych kupionych przez Niemców. Pozostawiony sam sobie Sven zakochuje się w Ani. Ona go nawet trochę podpuszcza, proponuje mieszkanie u siebie - zawsze to dobre dla ćwiczeń z konwersacji, ale myśli tylko o jednym: jak by tu się wyrwać z tej zapyziałej dziury, najlepiej jako tłumaczka w Brukseli...