„Dziennik Bałtycki” pisze o procesie, który właśnie toczy się w Gdyni: tamtejszy sąd ma ustalić, czy Janusz Szlanta, były prezes tamtejszej stoczni, zwalczał związek zawodowy „Stoczniowiec”, ostatecznie zwalniając (niezgodnie z prawem) jego liderów z pracy.Proces budzi wielkie emocje, szczególnie wśród szeregowych członków związku, którzy pytani o swoje oceny działalności byłego prezesa nie przebierają w słowach. Zarzuty prokuratury są poważne: Szlanta oraz była dyrektor personalna stoczni mieli utrudniać związkowcom poruszanie się po terenie zakładu, uniemożliwiać im spotykanie się z załogą oraz wykonywanie zdjęć w miejscach, gdzie nie były przestrzegane przepisy BHP, a także dyskryminować ich związek w dostępie do radiowęzła. Ponadto były prezes miał nie uwzględniać głosu związkowców w decyzjach dotyczących zakładowych stołówek, choć zbiorowy układ pracy go do tego zobowiązywał; jedną z konsekwencji wprowadzenia zakazu wydawania ciepłych posiłków (uzasadnianego tym, że stoczniowcy mają „pracować, a nie przesiadywać w barach”) był fakt, że w zimie na przełomie 2001/2002 roku część stoczniowców pracujących na mrozie nie miała możliwości napicia się ciepłych napojów. Najpoważniejszym jest jednak ostatni zarzut: w lutym 2002 Szlanta bezpodstawnie i nielegalnie zwolnił trzech liderów związku.W pierwszym dniu procesu były prezes odmówił składania wyjaśnień, jednak wcześniej zeznał prokuraturze, że w myśl prawa nie musiał konsultować zakazów ze związkowcami – jednak jego poglądu nie podzieliła kontrola Państwowej Inspekcji Pracy.„Dziennik Bałtycki” przypomina także, że oskarżający swojego byłego prezesa liderzy „Stoczniowca” byli niedawno oskarżeni o kierowanie w lutym 2002 roku nielegalnym strajkiem, jednak sąd pierwszej instancji uznał te zarzuty za bezpodstawne i uniewinnił związkowców.