Z prawej strony, w oddali, z białą czapą śniegu na wznoszącym się ponad dwa tysiące dwieście metrów nad poziom morza szczycie, majestatyczny masyw Hermonu. Bliżej, na ołowianoszarej skale, ruiny warowni, jak z posępnej baśni.Hen na południeFortyfikacje wznieśli krzyżowcy. Punkt wybrali doskonale, bo z murów wzrok sięgać musiał daleko, hen na południe, ku błękitowi owianego mgiełką jeziora Genezaret i po szczyty wzgórz Libanu na zachodzie. Żaden pieszy, żaden jeździec nie zdołałby się przemknąć niepostrzeżenie z Judei przez Galileę na północ, nad libańską rzekę zwaną dziś Bekaa.Strategiczne znaczenie tego miejsca doceniano też w naszych czasach, gdy biblijne ziemie zbrojnie podzielili między siebie przybyli tu z całego świata Żydzi i zasiedziali Arabowie.- Pojedź na wzgórza Golan. Sam się przekonasz, że nie możemy ich oddać Syryjczykom - powiedział mi spotkany w autobusie młody Żyd, emigrant z ZSRR.Świat usłyszał o wzgórzach Golan w czerwcu 1967 roku, po wybuchu trzeciej wojny między Izraelem, a koalicją państw arabskich.Stoję w miejscu, gdzie znajdowało się syryjskie stanowisko dowodzenia, zdobyte przez Izraelczyków po krwawych starciach. Wspomnieniem tamtych czasów są resztki prymitywnych schronów i wrak izraelskiego samochodu pancernego.Ostry skalpelMłody Żyd z autobusu miał rację. Z syryjskiego stanowiska dowodzenia widać praktycznie całą Galileę. Wyszkoleni artylerzyści mogli ze wzgórz pokryć ogniem połowę państwa żydowskiego, wyprowadzone stąd ku morzu natarcie przecięłoby Izrael jak ostry skalpel...