Cnota politycznego umiarkowania

RYS. ROBERT DĄBROWSKI  

PIOTR WINCZOREK

"Umiarkowanie ludzi szczęśliwych płynie ze spokoju, jakim pomyślność ich darzy" (La Rochefoucauld) 

Wedle reprezentatywnych badań CBOS, których wyniki ogłosiła "Gazeta Wyborcza" z 17 - 18 stycznia br., opinia obywateli o rzetelności i uczciwości w pracy ludzi związanych z wykonywaniem w państwie funkcji władczych jest mało pochlebna. 

Jedynie 8 proc. mieszkańców naszego kraju uznaje za uczciwych i rzetelnych polityków, 12 proc. - urzędników gminnych, 13 proc. - posłów, 17 proc. - wysokich urzędników państwowych. Uzyskane przez nich wyniki wydają się szczególnie mierne, gdy porówna się je z ocenami, jakie otrzymali naukowcy (55 proc.), pielęgniarki (51 proc.) czy nauczyciele (41 proc.). Jakkolwiek oceny te kształtują się prawdopodobnie pod wpływem upraszczających rzeczywistość stereotypów, to jednak muszą nastrajać pesymistycznie. Słabe stopnie, jakie otrzymują dziś w Polsce ludzie władzy, nie są czymś zaskakującym, gdy uwzględni się, że w świecie demokratycznym oceny wystawiane zawodowym politykom nie są na ogół zbyt wygórowane. Wynika to między innymi stąd, iż tylko w demokracji można wyrobić sobie i, co najważniejsze, publicznie ujawnić, opinię o dokonaniach i właściwościach ludzi piastujących stanowiska urzędowe. Ich działania i zaniechania są bowiem jawne i bywają przedmiotem otwartej debaty, ich cnoty i wady są wystawiane na pokaz, a przez to stają się obywatelom powszechnie znane. W systemach autokratycznych wszystko to jest skryte, co niekiedy prowadzi do sytuacji, gdy obywatele cenią sobie tyrana, ponieważ naiwnie i nieświadomie przypisują mu zalety, których on nie ma. Mając na względzie te dosyć banalne i niejednokrotnie  przypominane prawdy, nie można jednak powiedzieć, że ich znajomość oddala niepokój, jaki wzbudzać muszą niskie oceny uczciwości i rzetelności naszych polityków, posłów i urzędników. Są one wyrazem braku zaufania nie tylko do ludzi pełniących te funkcje, lecz i (choć być może w mniejszym już stopniu) do instytucji, w których funkcje te są sprawowane. Stąd podejrzenia o brak uczciwości i nierzetelność przenoszone są z polityków, posłów czy urzędników na państwo, jego urządzenia ustrojowe i obowiązujące w nim prawo. W rezultacie na usprawiedliwienie w oczach wielu obywateli zasługuje unikanie ciężarów, jakie na nich nakłada prawo, omijanie zakazów i nakazów które ono ustanawia, a nawet powstrzymywanie się od korzystania z uprawnień obywatelskich, które są przez nie potwierdzane. Słaba frekwencja wyborcza, choćby w ostatnich polskich wyborach parlamentarnych, może być tego przykładem. Są to wszystko objawy osłabienia więzi obywateli z państwem. 

Osłabienie takie nie może wyjść na dobre ani obywatelom, ani państwu. Gdy zapytamy o przyczyny rysującego się stanu rzeczy, odpowiedzi będzie wiele, a większość ma charakter hipotetyczny. Wśród nich jedna wydaje mi się szczególnie prawdopodobna. Politycy przyczyniają się do erozji swego osobistego prestiżu i osłabiają zaufanie obywateli do państwa po części na skutek własnych poczynań. Wielu z tych poczynań można by bez trudu uniknąć, gdyby w świecie ludzi władzy silniej ugruntowana była cnota politycznego umiarkowania. Polityk czy ugrupowanie polityczne pozbawione instynktu władzy to twory sprzeczne z naturą. Ważne jest jednak nie tylko ku jakim celom, poza samym sprawowaniem władzy, jest ów instynkt skierowany, ale aby były to granice wyznaczone umiarkowaniem w korzystaniu z wolności, jaką daje prawo. Jak bowiem pisał przed 250 laty Karol Monteskiusz; "w państwie, to znaczy w społeczności, w której są prawa, wolność może polegać jedynie na tym, aby móc czynić to, czego powinno się chcieć." Byłoby grubą przesadą i niesprawiedliwością twierdzić, że politycy polscy doby współczesnej, to istoty nie znające żadnego umiarkowania w życiu publicznym. Niemniej jedno ze zjawisk naszego życia politycznego przeczy tej optymistycznej hipotezie. Jest nim nadmierne, zdaniem wielu, wykorzystywanie zwycięstw wyborczych dla opanowywania istotnych stanowisk publicznych. Zjawisko to określane jako "pazerność na urzędy" było już niejednokrotnie opisywane i krytykowane. Na wyrazy ostrej nagany narazili się politycy rządzący Polską w okresie poprzedzającym wybory z września 1997 r., gdy pospiesznie obsadzali swoimi ludźmi liczne posady w administracji różnych pionów i szczebli oraz w instytucjach gospodarczych. Niektórzy obserwatorzy wyrażali wówczas nadzieję, że brak uznania ze strony opinii publicznej dla tego typu postępowania będzie przestrogą dla przyszłych ekip kierowniczych. Sądzili, że zawołanie "zwycięscy biorą wszystko" nie zyska już zwolenników. Niestety tak się nie stało. Jak na razie nie sprawdziły się też nadzieje, że ustanowienie instytucji służby cywilnej zapobiegnie nadmiernej polityzacji państwa i jego aparatu administracyjnego. Przypuszczam, że negatywne opinie dotyczące zarówno niedawnej przeszłości, jak i dnia dzisiejszego wzbudzą zastrzeżenia. Ci z przeszłości powiedzą pewno, że za ich czasów było jednak znacznie lepiej i że to dopiero obecnie dzieje się naprawdę źle. Ci z teraźniejszości znajdą zaś argumenty, iż właśnie ich działania przywracają normalność naruszoną przez poprzedników. Taka jest jednak właściwość erystyki politycznej. Polityk, który twierdzi, iż to nie on ma rację, nie on czyni dobro, nie on unika zła, lecz jego przeciwnik, to zjawisko w przyrodzie nie znane. 

Dotychczasowe doświadczenie polskie, zebrane po 1989 roku, świadczy jednak, że społeczeństwo nasze nie lubi gwałtownych sporów i waśni. Ceni natomiast umiarkowanie, wspaniałomyślność, zgodę, porozumienie i współpracę. Politycy, którzy to w odpowiednim czasie pojęli, odnaleźli się w wyborach na ogół lepiej, niż ci, którzy uwierzyli w perswazyjną siłę agresji. Do kategorii politycznego nieumiarkowania należy pragnienie przejęcia przez siły zwycięskie wszystkich dostępnych prawnie stanowisk w państwie. Wprawdzie za realizacją takiego zamiaru przemawia szereg ważnych argumentów, jak choćby konieczność zapewnienia jednolitości politycznej i ideologicznej w kierowaniu wspólnotą państwową oraz zagwarantowania, iż ważne stanowiska znajdą się w rękach ludzi lojalnych wobec aktualnej ekipy przywódczej, lecz ludzi zdolnych do zajmowania stanowisk w państwie znaleźć można także w różnych obozach politycznych. Szkoda, aby talenty, których nigdy nie za wiele marnowały się tylko dlatego, że nie są to "nasze" talenty. Wystarczy, aby w rękach zwycięskich ugrupowań znalazły się stanowiska kluczowe, takie jak ministerialne; obsada urzędu prezesa jakiejś rządowej agencji gospodarczej, nie musi być już dokonywana w podobny sposób. Szkody, jakie wywołuje nadmierne dążenie do swego mają charakter głównie psychologiczny. Wywołują bowiem w znacznej części opinii publicznej przeświadczenie, że chodzi tu raczej o "zawłaszczenie państwa" niż o jego rzeczywiste dobro. Na długą metę obraca się to przeciw tym, którzy choć mają polityczne - wynikające z wygrania wyborów - i konstytucyjne prawo do wzięcia państwa w swoje ręce, nie uważają za konieczne wykazać się tu koniecznym umiarkowaniem. Gdy przychodzi chwila wyborczego rozliczenia i wypada ono na niekorzyść dotychczas rządzących, są oni podobnie potraktowani przez nowych zwycięzców. A później koło rusza - da capo! Choć skuteczność rozstrzygnięć prawnych jest w takich wypadkach ograniczona, należałoby, być może, ustanowić pewne mechanizmy, które powstrzymałyby, lub choćby spowolniły obroty tego koła. Przykładem takich rozwiązań na gruncie parlamentarnym są postanowienia obowiązującego regulaminu Zgromadzenia Państwowego Republiki Słowenii. Jest to akt wyjątkowo kurtuazyjny wobec opozycji. Przewiduje on na przykład, że w części debaty poświęconej pytaniom poselskim trzy pierwsze pytania zadają rządowi i jego członkom politycy opozycji, skład organów roboczych Zgromadzenia (tj. komitetów i komisji) oraz rozdział w nich stanowisk kierowniczych ustala się z uwzględnieniem liczebności klubów poselskich, a nawet proporcjonalnie do liczby posłów koalicji rządzącej i opozycji, funkcje kierownicze w organach roboczych, które sprawują nadzór nad służbami bezpieczeństwa, informacyjnymi, wywiadu oraz nad budżetem państwa i finansami publicznymi przypadają, z mocy samego prawa, przedstawicielom klubów opozycyjnych. Może zatem nie trzeba się uczyć od razu od diabła, skoro wystarczy od przyjaciela. 




