REPORTAŻ

Uważają, że gdyby lekarz był trzeźwy, ich syn przeżyłby wypadek

Wypadek w Bydgoszczy

GRAŻYNA RAKOWICZ

Ośrodek Zamiejscowy Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Poznaniu z siedzibą w Bydgoszczy zarzucił lekarzowi wojskowemu, 34-letniemu kpt. Dariuszowi Z., że podczas dyżuru w Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Bydgoszczy, udał się do wypadku drogowego w stanie nietrzeźwym (w wyniku wypadku jedna z ofiar została ranna, druga zmarła). Natomiast lekarzowi Jarosławowi Cz. zarzucił poplecznictwo, gdyż pełniąc wówczas dyżur w pogotowiu, podał się za kpt. Dariusza Z. i dmuchał za niego w alkomat.

Przed X Wojskowym Szpitalem Klinicznym w Bydgoszczy protestują państwo Kanieccy z córką. Uważają, że gdyby lekarz był trzeźwy, ich syn przeżyłby wypadek. Domagają się zwolnienia Dariusza Z. z pracy. Czekają na sprawiedliwość.

Na łagodnym łuku drogi

Od minionego czwartku rodzina 19-letniego Dawida przychodzi codziennie pod szpital. Przed bramą ustawiają duży transparent z napisem: "NATO - Szpital, Alkohol - 2,2 promila. Tu pracuje ciągle anestezjolog - kapitan, który pojechał do wypadku pijany". Zapalają dwie świeczki, między nimi umieszczają zdjęcie chłopca. - Będę stała aż do skutku, choć nie wiem czy siły mi na to pozwolą - mówi Wiesława Kaniecka, matka chłopca. Linda, siostra Dawida, nie mówi nic. Płacze....

Wypadek wydarzył się w nocy, z 31 października na 1 listopada ub. roku, gdy obowiązywała policyjna "Akcja znicz" - wspomina Andrzej Kaniecki. - Po zdarzeniu wiele razy myślałem: synu, co się stało, że tak szybko jechałeś... Nieraz robiliśmy nocą tysiące kilometrów, stale upominałem cię, że na drogach trzeba uważać, szczególnie między lasami.

W notatce urzędowej funkcjonariusze Wydziału Ruchu Drogowego KWP w Bydgoszczy tuż po wypadku napisali: "Samochód Peugeot, numer rejestracyjny... jechał od strony Torunia do Bydgoszczy. Na długim, łagodnym łuku drogi kierujący zjechał z drogi na prawe pobocze, wjechał na pas przeciwpożarowy, ściął drzewo, przemieścił się dalej, odbił się o następne drzewo i zatrzymał się na trzecim z kolei drzewie. Pojazd został całkowicie rozbity, kierujący nie ustalony. Pojazdem jechały dwie osoby, jedna zmarła na miejscu, druga ranna chodziła w szoku po drodze".

W prywatnych godzinach  lekarza

Rodzice Dawida K. pikietując szpital, umieścili na transparencie słowo "NATO", gdyż szpital jest najprawdopodobniej jedyną placówką w kraju, która spełnia wymogi NATO. - Było u nas kilka komisji, które oceniły pozytywnie umiejętności pracowników, wyposażenie szpitala oraz warunki, w jakich działamy - potwierdził płk Andrzej Wiśniewski, komendant X Wojskowego Szpitala Klinicznego w Bydgoszczy. - W szpitalu mamy pięćset łóżek, rocznie leczymy ponad dziesięć tysięcy pacjentów, w tym około trzech tysięcy osób cywilnych. Nie tylko z Bydgoszczy, ale z całego regionu. Wszczepiamy im m. in. rozruszniki serca, soczewki, zakładamy endoprotezy, protezy stawów kolanowych, robimy dializy.

Na leczenie pacjentów cywilnych szpital wydał w ub. roku ponad 1,7 mln zł. Jaka była cała kwota, przeznaczona na utrzymanie placówki, trudno jeszcze powiedzieć.

Gdy rozmawiałem z ojcem nieżyjącego chłopca, miał pretensje, że kpt. Dariusz Z. jeszcze pracuje w placówce - powiedział "Rz" płk Andrzej Wiśniewski. - Powiedziałem mu wtedy, że podejmę odpowiednie decyzje, jeśli sprawę lekarza wyjaśni prokuratura. Będę czekał, tym bardziej że zdarzenie odbyło się w godzinach prywatnych lekarza, podczas dyżuru w Pogotowiu Ratunkowym. Nie na terenie szpitala. Poza tym sekcja zwłok wykazała, że zgon tego młodego człowieka nastąpił prawie natychmiast. Drugiej osobie lekarz udzielił pomocy i wszystko było w porządku.

Według oceny komendanta kpt. Dariusz Z. sprawdza się w szpitalu jako lekarz. Od kilku lat pracuje na oddziale intensywnej opieki medycznej (zrobił specjalizację II stopnia). Incydent ten zaskoczył wszystkich w szpitalu, zwłaszcza że do tej pory lekarz nie sprawiał żadnych kłopotów. Spisywał się bardzo dobrze także w czasie rocznego pobytu na Bliskim Wschodzie, skąd wrócił w kwietniu ub. roku. Ratował tam rannych podczas bombardowania.

Dariusz Z. przebywa obecnie na zwolnieniu lekarskim. - Choruje - poinformował lakonicznie jeden z lekarzy szpitala. Z innych źródeł "Rz" dowiedziała się, że "zdarzenie niezbyt dobrze wpłynęło na psychikę lekarza". Do pracy ma powrócić pod koniec miesiąca.

Różne wersje rozmowy

O tym, że lekarz przyjechał do wypadku pijany, rodzina Kanieckich dowiedziała się z prasy. - Nie chciano mi ujawnić nazwiska lekarza. Gdy głośniej dociekałem, wezwano policję, bo uznano mnie za intruza. Dopiero po usilnych prośbach w siedzibie pogotowia na ul. Markwarta otrzymałem potrzebne dane - relacjonuje ojciec. - Kiedy zadzwoniłem do szpitala i poprosiłem doktora Z., powiedziano mi, że jest przy operacji.

Lekarz początkowo, według Andrzeja Kanieckiego, był nieosiągalny. Po jakimś czasie zadzwonił sam. - Zapytał, co mam mu do powiedzenia, był niesympatyczny. Rozmowę zakończył słowami: "Spotkamy się u prokuratora".

Inny był przebieg rozmowy według relacji osoby towarzyszącej wówczas Dariuszowi Z. - To prawda, że doktor długo nie rozmawiał, współczuł jednak rodzinie chłopca, złożył kondolencje.

Relacje świadków,  wnioski prokuratury

W wykonanym przez Zakład Medycyny Sądowej przy Akademii Medycznej w Bydgoszczy protokole sekcji zwłok napisano, że po zdarzeniu Dawid mógł żyć co najwyżej kilka minut. Odniósł ciężkie obrażenia głowy, miał uszkodzony mózg.  Andrzej Kaniecki ma obawy, czy wyniki sekcji zwłok są do końca prawdziwe. - Od samego początku bowiem prowadzona jest akcja ratowania lekarza - twierdzi.

Zebrane w toku śledztwa zeznania potwierdziły, że kpt. Dariusz Z., pełniąc obowiązki lekarza zespołu reanimacyjnego w Pogotowiu Ratunkowym, pojechał pijany do wypadku w Strzyżawie - powiedział "Rz" prowadzący sprawę prokurator ppłk Jan Borowy. Zaprzeczył, że w sprawie zeznawały osoby, które nie były bezpośrednio przy wypadku.

Według świadków lekarz zataczał się i niewyraźnie mówił. Sądzili najpierw, że to z powodu ciemności, dopóki jednak nie poczuli od niego alkoholu. Według ich relacji Dariusz Z. nie udzielił pomocy Dawidowi, mimo że dawał on oznaki życia. Po długiej procedurze prokuratura przedstawiła również zarzut drugiemu lekarzowi - Jarosławowi Cz., który tej nocy pełnił dyżur wraz z kpt. Dariuszem Z. W trakcie postępowania wyszło na jaw, że poddał się on badaniom na zawartość alkoholu we krwi za Dariusza Z. i podpisał się w jego imieniu na dowodach badań.

W prokuraturze poinformowano, że zawartość alkoholu we krwi Dariusza Z. wyliczono retrospektywnie. Badanie pobranej później próbki krwi wykazało, że w dniu wypadku miał on 2,2 promila alkoholu. (Według niektórych biegłych wyliczenia wsteczne mogą być obarczone błędem). Podczas przesłuchania Dariusz Z. przyznał, że wypił alkohol po powrocie z wypadku, ponieważ był mocno zdenerwowany. - Przyjęta przez lekarza linia obrony nie zmienia jednak faktu, że był pod wpływem alkoholu w miejscu pracy, a dyżur zdawał dopiero rano - ocenił ppłk Jan Borowy.

Własna wersja wydarzeń

Drugie dochodzenie wyjaśniające okoliczności wypadku wszczęła, trzy dni po zdarzeniu, policja, pod nadzorem Prokuratury Rejonowej Bydgoszcz - Północ. W jego wyniku będzie można ustalić, kto kierował pojazdem oraz czy za skutek śmiertelny wypadku winy nie ponosi drugi z chłopców. - Do tej pory nie udało się ustalić, kto siedział za kierownicą - powiedział Jan Bednarek, rzecznik Prokuratury Wojewódzkiej w Bydgoszczy. - Będziemy musieli skorzystać z kryminalistycznych metod. 19-letni Dariusz K. ma swoją wersję, utrzymuje, że prowadził samochód na zmianę z Dawidem K. Z uwagi jednak na wstrząśnienie mózgu nie pamięta dokładnie, czy to on kierował w momencie wypadku.

Po pogrzebie ojciec Dawida zaczął sam dociekać, co robił syn tragicznego wieczora. - Przed wypadkiem widziałem się z synem tylko dziesięć minut, bo dopiero wrócił z Bratysławy. Wieczorem, około 20.00 przyszedł do Dawida Dariusz K., chciał żeby syn pojechał z nim coś załatwić. Potem zabrali koleżankę i razem odwiedzili dwa młodzieżowe puby w Bydgoszczy. Darek wypił napój, syn dwa piwa. Dawid mówił, że jest zmęczony - opowiada. - Chłopcy odwieźli dziewczynę do domu i pojechali w kierunku Torunia. Przejechali kilkanaście kilometrów. Zatankowali benzynę w Złej Wsi Wielkiej i postanowili wrócić do Bydgoszczy.

Według ojca w drodze powrotnej samochodem kierował Dariusz K. Jechał zbyt szybko (z opisu wypadku wynika, że prędkość auta wynosiła ponad 150 km na godzinę). - Kolega syna przeżył, bo miał zapięte pasy i chroniła go kierownica. Myślę, że Dawid siedział obok, nie miał zapiętych pasów. Nie lubił ich używać, za co często razem z żoną na niego krzyczeliśmy. Podczas wypadku syn wypadł przez przednią szybę. Samochód poznałem jedynie po żółtym znaczku, który Dawid umieścił z tyłu auta. Tydzień przed wypadkiem.

Śledztwo zakończy się na przełomie stycznia i lutego tego roku. Według prokuratora ppłk. Jana Borowego, samorząd lekarski nie musi czekać na zakończenie postępowania prokuratury, z reguły jednak w takich razach nie podejmuje żadnych decyzji do czasu jego zakończenia. Kpt. Dariusz Z. może zostać zawieszony w pracy, pozbawiony prawa wykonywania zawodu.

Zastanawiam się, jak można było w stanie upojenia alkoholowego i w ciemnościach ocenić dobrze stan poszkodowanego - mówi ojciec Dawida. Mężczyzna wyrzuca sobie, że to on najbardziej z całej rodziny nalegał na powrót do ojczyzny. - Może gdybyśmy zostali, Dawid żyłby dzisiaj? - pyta.

Rodzina Kanieckich wróciła do Polski w minione wakacje, po dziesięciu latach pobytu w Austrii. Dawid i jego o kilka lat młodsza siostra skończyli za granicą szkołę podstawową, chłopak wyuczył się na elektromechanika samochodowego. - Jeszcze tydzień przed wypadkiem, w wydzierżawionym w Szubinie pomieszczeniu skręcał regały - wspomina ojciec. - Od 3 listopada planował ruszyć ze sprzedażą artykułów elektrycznych. Miał mi pomagać...


