REPATRIACJA

Z Kazachstanu chcą wyjechać wszyscy Polacy. Obowiązujące od stycznia przepisy ułatwiają ich repatriację, ale nie gwarantują startu w nowej ojczyźnie.

Uciec jak najdalej

Wizyta Polaków z Kazachstanu zorganizowana w 1997 roku przez Polską Akcję Humanitarną. Na zdjęciu Anna Radecka z Kustanai przyjmowana przez państwa Koralów z Torunia.

FOT. JACEK DOMIŃSKI

IWONA TRUSEWICZ

- Kiedy już dostaliśmy zgodę na wyjazd, nie mogłam wyjść na ulicę czy do sklepu, bo wszyscy nam zazdrościli, oblegali i prosili, żeby im też pomóc wyjechać - opowiada trzydziestokilkuletnia Anna Polańska, z domu Tarnopolska, repatriantka z kazachskiego kołchozu Podolskie.

Jej polszczyzna jest mieszaniną rosyjskiego, ukraińskiego i polskiego. Lepiej mówią po polsku synowie 7-letni Sergiusz i 5-letni Aleksiej. Małomówny mąż Czesław Polański wspomina, że z Kazachstanu uciekają wszyscy - Niemcy do Niemiec, Rosjanie do Rosji, Ukraińcy na Ukrainę. Nie sposób sprzedać domu, bo Kazachowie nie kupują. Przychodzą i mówią, że i tak tylko oni będą tu żyć.

- Dwa lata zbieraliśmy papiery. Wytriepietało nam to duszu. Za wszystko trzeba było płacić. Do stolicy Ałma Aty jedzie się z Podolskiego trzydzieści osiem godzin w jedną stronę. Trzy razy musieliśmy tam jeździć z papierami. Krowy, świnie sprzedane na dokumenty. Kiedy już jechaliśmy do Polski, to myślałam, że nie dojedziemy żywe. W pociągu do Moskwy nie było wody, brud straszny, Kazachy chodziły pijane - wspomina Anna Polańska.

Polańscy przyjechali do Polski w czerwcu ubiegłego roku. Pomogła siostra Anny, Nina Markowska, która w 1994 roku wraz z rodziną zamieszkała w Bezławkach, gmina Reszel. Polańskich przyjęła sąsiednia miejska gmina Mrągowo. Otrzymali wyposażone mieszkanie w bloku i pracę na pół roku. Ona - w przedszkolu, on w prywatnym zakładzie samochodowym.

Nie mówią, że im trudno. Podają, ile zarabiają - ona 430 zł, on - mniej niż 400 zł.

Nowe, obowiązujące od tego roku, przepisy zwalniają gminy z obowiązku zapewnienia repatriantom życiowego startu. Kazachstańskim Polakom nikt nie opisuje trudności, które czekają na nich w nowej ojczyźnie. A oni nie pytają. Polska to dla większości jedyna szansa na ucieczkę z kraju, w którym życie stało się pasmem udręk.

Ludzie radzieccy

Jerzy Koszewski prawie dwa lata uczył języka polskiego setkę dzieci w czterech szkołach rejonu Szortandy pod Akmołą. Z ostatniego pobytu w Kazachstanie wrócił 28 grudnia ubiegłego roku:

- Przyjechałem w połowie listopada. W Szortandy było minus trzydzieści siedem stopni mrozu. Mieszkanie miałem w pięciopiętrowym bloku, w osiedlu, w którym od trzech lat nie działa kotłownia. Ludzie ogrzewają lokale "burżujkami". Rury piecyków wystają z okien wszystkich mieszkań. Wiele miejscowości w ogóle nie ma wody. W większych pojawia się od święta, najczęściej w nocy, wtedy odbywają się masowe prania, a wszystkie pojemniki napełniają się na zapas. Światło włączają od drugiej do czwartej w nocy. Ludzie nie mają pracy, a ci, którzy mają, od miesięcy nie dostają wypłat. Po przenosinach stolicy z Ałma Aty do Akmoły, urzędy obejmują Kazachowie. Europejczycy dostają wymówienia. To wszystko zmusza ludzi do ucieczki.

Koszewski pomógł wyjechać do Polski pięciu rodzinom repatrianckim. Mówi, że pomaga biednym i takim, za których nie będzie się musiał wstydzić. Jedna rodzina trafiła do Oświęcimia, drugą przyjęła gmina Krasnosielsk. Dwie rodziny pojadą w Koszalińskie, a jedna do Małdyt w Olsztyńskiem.

- Długo szukaliśmy nauczyciela angielskiego. Pan Koszewski zaproponował, że znajdzie go wśród Polaków w Kazachstanie. W ten sposób trafi do nas anglistka Tatiana Kaczorowska z synem Jerzym. Status repatrianta jest w trakcie załatwiania. Gmina przygotowała dla nich trzypokojowe mieszkanie i pracę. Syn ma wykształcenie rolnicze, więc i dla niego znajdziemy zatrudnienie - mówi Stanisława Domańska, sekretarz gminy w Małdytach.

Nauczyciel Koszewski nie ma złudzeń, co do motywów kazachskiej repatriacji:

- To typowa emigracja ekonomiczna. Pięćdziesięcio-, czterdziestolatków i młodszych gna do Polski lepszy byt dla siebie i perspektywy dla dzieci. Gdyby nie rozpad Związku Radzieckiego, to nikt by nie chciał wracać. To wszystko ludzie radzieccy, tam wychowani, nie mówiący po polsku, nie znający naszej historii ani nawet historii swoich rodzin. Do dziś obchodzą wszystkie komunistyczne święta, wspominają jak wtedy było dobrze.

Słowa Koszewskiego zupełnie nie przystają do historii rodziny Kułakowskich, która 21 grudnia ubiegłego roku zjechała do Witoszewa w gminie Zalewo. 75-letni Mieczysław i 72-letni Alfons wrócili do kraju, w którym nie mieszkali nigdy. Przetrwał w snach, prenumerowanej gazecie "Przyjaźń" i języku dzieciństwa pielęgnowanym wspomnieniami i marzeniami.

Pieszo przez tajgę

Na początku była Osiczna. Polska wieś na radzieckiej Ukrainie. W polskim narodowościowym okręgu, tzw. marchlewszczyźnie. Polacy żyli tu w nierealnym świecie pozornej swobody, za której granicami zaczynał się świat stalinowskiego terroru. Do 1930 r. niewiele o nim wiedzieli.

Z mgły wspomnień Mieczysława Kułakowskiego wyłania się obora pełna krów, własny młyn, ziemia i duży drewniany dom, w którym razem mieszkali czterej bracia Kułakowscy - Ambroży, Grzegorz, Józef i Albin z żoną Bronisławą - rodzice Mieczysława.

W 1930 roku zawalił się świat marchlewszczyzny i Kułakowcy znaleźli się w bydlęcym wagonie z czterdziestoma pięcioma kilogramami bagażu. Mieczysław miał siedem, a Alfons cztery lata. Tych dziecięcych lat musiało im starczyć, aby zachować w sobie Polskę przez całe dorosłe życie.

Trafili do obozu Jaja pod Tomskiem. Baraki z mokrych drewnianych bali, brak pieców, tłok, robactwo, wszy, tyfus... Potem ucieczka z matką do stryja Grzegorza, który mieszkał w osadzie Zima. Tam Mieczysław poszedł do szkoły.

- Między sobą cały czas mówiliśmy po polsku, więc przez pierwsze dwa lata szkoły nic nie rozumiałem. Nie chciałem się uczyć po rosyjsku - opowiada dobrym "przedwojennym polskim" - szczupły, starszy pan z białą brodą, trochę samotny w obszernym pokoju, który jeszcze niedawno był klasą małej szkoły wiejskiej.

W połowie ubiegłego roku gmina Zalewo przekazała wyremontowany szkolny budynek Kułakowskim. Wtedy, jako pierwsza z rodziny status repatrianta i polskie obywatelstwo otrzymała pięćdziesięcioletnia córka Mieczysława - Wanda.

- Zatrudniliśmy ją w gminnym ośrodku kultury, ponieważ ma wykształcenie plastyczne i muzyczne. Rodzina pozostaje na jej utrzymaniu, bowiem panowie Kułakowscy nie otrzymują z Kazachstanu emerytury. Nie ma umowy między naszymi krajami, która by umożliwiała wypłacanie im tutaj świadczeń - opowiada Jadwiga Berda, sekretarz gminy Zalewo.

Mieczysław najwięcej mówi o dzieciństwie. Z kolejnego obozu uciekł do Tomska, do szkoły. 300 kilometrów pieszo przez tajgę. Szedł tydzień, za posiłki służył mu chleb zabrany w "torebeczki". Najbardziej bał się niedźwiedzi.

Upór, talent i szczęście w trafianiu na życzliwych Rosjan pomogły Mieczysławowi wspiąć się na wyżyny niedostępne dla przeciętnego zesłańca. Skończył technikum topograficzno-kartograficzne i został geodetą-kartografem.

Ożenił się z Ukrainką Niną Nyń, pielęgniarką, którą poznał w mieście Ajaguz. Ona miała lat dziewiętnaście, on - dwadzieścia trzy. Do dziś mówi o żonie "ciekawa kobieta".

Samotna Wigilia

Po wojnie Kułakowscy osiedli w Ałma Acie. Mieczysław został głównym inżynierem-topografem w przedsiębiorstwie kartograficznym. Był racjonalizatorem i konstruktorem wielu nowatorskich narzędzi geodezyjnych. Z czterdziestu przepracowanych tam lat, dwadzieścia spędził w ekspedycjach. Kochał te dalekie wyprawy do miejsc, w których liczyła się tylko umiejętność przetrwania.

Przewędrował syberyjską tajgę. Kazachskie pustynie Kyzył Kum i Kara Kum przejechał w trzy lata na wielbłądach. Dotarł do wyspy Dikson na dalekiej północy, przepłynął cały Jenisej. Wspinał się na liczące ponad 5000 metrów szczyty Teń-Szanu i biwakował w Sajanach.

- Najpiękniejsze są Sajany. To góry niezwykłe, bezludne i jednocześnie pełne życia - wspomina. W wyprawach często towarzyszyła mu żona i córki - Wanda i Lusia (teraz w Izraelu).

Alfons był zawsze blisko brata. Został malarzem. Jego przesycone światłem i kolorami pejzaże znalazły uznanie widzów i krytyków. W ciągu dziesięciu lat bracia Kułakowscy wybudowali w Ałma Acie obszerny dom otoczony sadem i ogrodem warzywnym. Było tam siedem pokoi, winorośl rodziła winogrona, w sadzie stały orzechy, grusze, jabłonie.

To w tym domu po dziewięćdziesiątym roku chętnie zbierała się kazachska Polonia skupiona w towarzystwie "Więź". Przyjeżdżały oficjalne delegacje, gościli ministrowie, profesorowie i dziennikarze. Telewizja nakręciła o Kułakowskich film "Sny o Polsce".

- Kiedy przyjechał polski premier "Pawluk", to przywiózł Alfonsowi farby i płótno - mówi po rosyjsku Nina Kułakowska.

Dzisiaj największe kłopoty z adaptacją w Polsce ma szczupła, delikatna Wanda. W Ałma Acie była znana. Jej wiersze drukowano, urządzano wieczory autorskie. Miała krąg przyjaciół. Grała na pianinie, malowała.

- Zawsze czułam się inna. Żył we mnie smutek. Tylko w rodzinie znajdowałam przyjemność bycia i zrozumienie. I kiedy w 1995 roku pierwszy raz przyjechałam do Polski zrozumiałam, że to ta polskość tak mnie różniła od otoczenia, odgradzała, kazała myśleć i czuć inaczej - opowiada po rosyjsku. Polskiego dopiero się uczy i przyznaje, że idzie jej bardzo ciężko.

- Tutaj jesteśmy tylko Polakami z Kazachstanu. Musimy uczyć się żyć na nowo. I chociaż w Kazachstanie nie było już dla nas życia, to tutaj czuję, że nie jestem w domu. I ciągle mam w sobie strach, czy nadejdzie taki moment, że poczuję się u siebie - przyznaje.

Do Zalewa trafili dzięki znajomości z Kazimierzem Piątkowskim, mieszkańcem pobliskiego Karpowa. To on wystąpił do gminy o zaproszenie rodziny do Polski.

Kułakowscy zostawili w Ałma Acie swój wspaniały dom, bo nie znalazł się kupiec. Wysokiej klasy pianino Wanda sprzedała za tysiąc dolarów. Czekają na kontener z rzeczami. 72-letni Alfons już urządził pracownię i kupił rower górski, aby dojeżdżać osiem kilometrów do miasta. Planuje wystawy swoich obrazów i zachwyca się otaczającą ciszą, słońcem i pięknem mazurskich lasów.

- Urządziliśmy we wsi spotkanie państwa Kułakowskich z mieszkańcami - mówi Jadwiga Bedra.

Na spotkanie przyszło dziesięć osób. Kułakowscy opowiedzieli o sobie. Ludzie wysłuchali i rozeszli się do domów. Pytań nie było. Pierwsze w Polsce Boże Narodzenie repatrianci spędzili sami. Tylko przed Wigilią zajechała do nich na rowerze sąsiadka i przywiozła worek warzyw.

Stajnia nad jeziorem

W Nowej Wsi Ostródzkiej więcej jest dacz niż gospodarzy. Wieś położona malowniczo na skarpie nad jeziorem Mielno przyciąga ludzi z całej Polski.

Ewa Sieczkowska pochodzi ze wsi Magnuszew pod Makowem Mazowieckim. Ma za sobą studia misjologiczne w Akademii Teologicznej i marzenia o misji w Afryce.

W 1995 roku za kredyt preferencyjny dla młodych rolników kupiła 36-hektarowe gospodarstwo w Nowej Wsi Ostródzkiej. Pięknie położone na końcu osady, składa się z pamiętającego rok 1927 domu, stodoły i stajni.

W stajni Ewa Sieczkowska wybudowała wygodny pensjonat i od roku przyjmuje agroturystów. Swoje gospodarstwo nazwała "Stajnia nad jeziorem".

- Dużo czytałam o Polakach w Kazachstanie. Pomyślałam sobie, że ja tu przecież mieszkam sama, mogę więc jedną rodzinę zatrudnić, dać mieszkanie. Po rozmowie z zarządem gminy Olsztynek, zdecydowaliśmy zaprosić rodzinę. Podpisałam umowę, w której zobowiązałam się zapewnić mieszkanie i pracę, a gmina weźmie na siebie całą procedurę repatriacyjną i załatwienie obywatelstwa - opowiada Ewa Sieczkowska.

W ten sposób latem ubiegłego roku do Nowej Wsi trafiła rodzina Brieczko z Szortandy.

- To był czysty przypadek, że właśnie oni tu przyjechali - dodaje właścicielka.

Po półrocznym wspólnym życiu mówi, że nie jest w stanie rodziny utrzymać. Jedynie pani Brieczko może zaoferować pół etatu. "Jest pracownita, utalentowana, ładnie szyje. Do życia podchodzi z uśmiechem i otwartą duszą".

Między właścicielką a repatriantami trwa więc stan napięcia. Obie strony spodziewały się po sobie czegoś innego. Obie się rozczarowały.

W rodzinie Brieczko polskie korzenie ma urodziwa, czarnowłosa Helena z domu Szkurińska. Jej dziadkowie - Bronisława Rafalska i Aleksander Ostrowski - zostali w 1933 roku wywiezieni z marchlewszczyzny do Kazachstanu. We wsi pod Żytomierzem mieli gospodarstwo, swoje konie, krowy, pole. Krewni dziadka Ostrowskiego służyli w polskim wojsku.

- Babcia i dziadek rozmawiali po polsku, ale rodzice polskiego nie znali - przyznaje Helena. Ojciec był weterynarzem, matka doiła kołchozowe krowy. Ona sama nauczyła się polskiego na kursach w Kazachstanie, zorganizowanych w 1995 roku przez polskich nauczycieli.

- Przywieźli ze sobą filmy i na nich po raz pierwszy zobaczyłam Polskę. To był dla mnie szok. Tyle zieleni, zboże takie wysokie! - opowiada.

W tym samym roku Helena pojechała z kolonią polonijnych dzieci do Polski. Z zawodu jest przedszkolanką.

- Przyjmowano nas przyjaźnie, ludzie byli dobrzy. Płakaliśmy - wspomina.

Decyzję o repatriacji podjęli w 1996 roku. Sytuacja była już tak zła, że każdy uciekał, dokąd mógł. Siostra i brat wyjechali pod Moskwę. Helena mówi, że gotowa była także przesiedlić się do Rosji. Ale mąż chciał do Polski.

Michał Brieczko był zawodowym żołnierzem. Podobno też ma polskie korzenie. O tym, że gmina Olsztynek przyjmie rodzinę z Kazachstanu, dowiedział się w polskim towarzystwie. Nikt mu nie powiedział, że chodzi o pracę w gospodarstwie.

- Dałam im czas do kwietnia na znalezienie sobie mieszkania. W Kazachstanie sprzedali dom, mają więc jakieś pieniądze - mówi Ewa Sieczkowska.

- Wszystkie poszły na opłaty dokumentów i podróż. Nie wiem, co dalej z nami będzie. Na pewno nie wrócimy do Kazachstanu - wzdycha Helena. Chciałaby sprowadzić do Polski rodziców, którym bardzo ciężko jest żyć bez wody, światła, ogrzewania. Dwójka jej dzieci - 13-letni Sergiusz i 10-letnia Helena też już mówią po polsku.

Grzyb w świetle reflektorów

Rodzina Markowskich nie czekała, aż Polska uchwali przepisy umożliwiające repatriację. Latem 1994 roku wsiadła do autobusu wiozącego artystów jednego z warszawskich teatrów i dysponując tylko turystycznymi wizami, wjechała do Polski z podręcznym bagażem.

O rodzinie stało się głośno w mediach. Wywiady, telewizyjne programy, artykuły w prasie. Mieszkanie zaoferowała pierwszym repatriantom gmina Reszel. Wojewoda olsztyński w ciągu miesiąca wręczył Stanisławowi i Ninie, oraz ich synom Waleremu i Antoniemu polskie obywatelstwo.

- Otrzymali od nas trzypokojowe mieszkanie w domu w Bezławkach, dziesięć kilometrów od Reszla. Do tego dwa hektary ziemi, zwolnienie od podatków i czynszu na dwa lata. Zbieraliśmy dla nich na meble i wyposażenie mieszkania, bo sami nic nie mieli. Dom został odmalowany. Pan Markowski, który był głównym mechanikiem w kołchozie, dostał pracę w fabryce "Rema" w Reszlu. Pani Markowska dorabiała w szkółce leśnej. Teraz pracuje w Reszlu. Synowie uczyli się. Jeden studiował w Olsztynie. Myślę, że się w Polsce zaadoptowali. Mają telefon, sprowadzili sobie samochód. W październiku ubiegłego roku ich syn Walery ożenił się - mówi Helena Jakubowska, sekretarz gminy Reszel.

W 1996 roku Markowscy sprowadzili do siebie matkę 71-letnią Stanisławę Tarnopolską z domu Staśkiewicz. To ona w 1936 roku została wywieziona z ukraińskiej Uwarowki do Kazachstanu. Przeżyła obozy, pracę przy węglu w Karagandzie, dzienne porcje 700 gr czarnego chleba.

Za mąż wyszła w 1949 r za Aleksieja Tarnopolskiego. Urodziła siedmioro dzieci. Po polsku rozumie, ale mówi słabo. Lepiej po ukraińsku. Ciężka fizyczna praca i wypadek prawie pozbawiły ją słuchu. W Polsce nie mogła dostać darmowego aparatu słuchowego, bo do dzisiaj nie ma naszego obywatelstwa.

- Pani, w tym domu w Bezławkach grzyb zjada ściany, wilgoć się leje, że nie można wysiedzieć. Ściany czarne. Córka chce zamienić mieszkanie na mniejsze w Reszlu - mówi. Rozmawiamy w mrągowskim mieszkaniu najmłodszej córki Anny Polańskiej.

- Czy gdyby Związek Radziecki nie upadł i nic się w państwa życiu nie zmieniło, przyjechaliby państwo do Polski?

Anna waha się. Czesław szybko odpowiada "na pewno".

- I jeszcze niech pani napisze, podziękowanie od nas wszystkiem Polakom, które nam pomogli - dodaje już na schodach.

Wanda Kułakowska znów zaczęła pisać wiersze. Jeden z ostatnich kończą strofy:

Moje serce ciągle tam,

gdzie poprzez wieki

do świątyni weszłam.

I znalazłam ciebie - Ojczyzno.

W Kazachstanie mieszka obecnie ok. 100 tys. ludności polskiego pochodzenia, głównie na północy - rejon kokczetowski i karagandzki. Są to potomkowie lub sami przesiedleńcy z tzw. polskiego rejonu narodowościowego na radzieckiej Ukrainie (tzw. marchlewszczyzna), na Białorusi (tzw. dzierżowszczyzna). Te autonomiczne jednostki do początku lat trzydziestych dysponowały dużą swobodą. Zamieszkiwało je ok. 55 tys. Polaków. Funkcjonowały polskie szkoły, przedsiębiorstwa, sieć telefoniczna, szpitale i domy kultury. Zlikwidowane ostatecznie w latach 1935 - 38.

W 1997 r do Polski z Kazachstanu przesiedliło się ok. 200 rodzin. Dalsze ponad 300 rodzin otrzymało zaproszenia gmin. W Olsztyńskiem trzy rodziny uzyskały obywatelstwo, a osiem (27 osób) stara się o status repatrianta.


