PARTIE

Na tle innych ugrupowań politycznych Sojusz błyszczy jak brylant

Kto zapracuje  na zwycięstwo SLD

RYS. ROBERT DĄBROWSKI 

ELIZA OLCZYK

Po trzech miesiącach rządów koalicji AWS - UW dwa największe ugrupowania polskiej sceny politycznej - Akcja Wyborcza Solidarność i Sojusz Lewicy Demokratycznej - cieszą się sympatią takiej samej liczby wyborców. W styczniu, w badaniach "Rzeczpospolitej" poparcie dla obu ugrupowań deklarowało po 32 proc. społeczeństwa. A jeszcze nie tak dawno, bo zaledwie trzy miesiące temu, kiedy powstawał rząd Jerzego Buzka, oba ugrupowania dzieliła różnica 11 procent. Poparcie dla AWS deklarowało 36 proc. społeczeństwa, zaś dla SLD jedynie 25 procent.

Władza zużywa. Ugrupowania rządzące po przejściowym wzroście poparcia, który ma zwykle miejsce po sukcesie utworzenia nowego gabinetu, zazwyczaj tracą popularność. Utrata poparcia wyborców jest wprost proporcjonalna do długości okresu sprawowania władzy. Przykładem może być Polskie Stronnictwo Ludowe, które z pozycji drugiego co do wielkości ugrupowania w Sejmie II kadencji spadło do poziomu marginalnego klubu opozycyjnego w obecnym parlamencie. PSL nie jest jednak pod tym względem osamotnione. Od 1989 roku władza "zużyła" już kilka ugrupowań politycznych, m.in. Kongres Liberalno-Demokratyczny, Unię Demokratyczną, Porozumienie Centrum, ZChN, PSL-PL.

Sojusz Lewicy Demokratycznej jest jak dotąd jedynym ugrupowaniem politycznym, które mimo czterech lat rządów, utrzymało wysokie poparcie społeczne, a nawet w stosunku do 1993 roku powiększyło swój elektorat o kilka procent. Faktem jest, że podczas wrześniowych wyborów AWS zdobyła więcej głosów i przejęła władzę, jednak SLD szybko odrabia straty.

Sojusz rzecz jasna w ciągu czterech lat rządów nie ustrzegł się również błędów. Nie wiadomo, ilu sympatyków straciły SLD i PSL z powodu nieustających sporów w ciągu czterech lat wspólnych rządów, ale warto pamiętać, że waśnie między politykami doprowadziły do utraty władzy przez ugrupowania wywodzące się z "Solidarności". Z całą pewnością Sojusz stracił sporo emeryckich głosów wprowadzając nowe zasady waloryzacji rent i emerytur (mniej korzystne dla świadczeniobiorców) oraz zapominając zwaloryzować te świadczenia za czwarty kwartał 1995 roku. Bez wątpienia też SLD nie zaskarbił sobie przychylności wyborców podnosząc stawki podatków od dochodów osobistych i nie obniżając ich, mimo że miały obowiązywać tylko przez rok. Decyzja o obowiązku odprowadzania składek na ZUS od wszelkich dodatkowych pieniędzy, jakie otrzymuje pracownik poza pensją - "barbórki", premii z zysku, premii jubileuszowych etc. - również nie mogła przysporzyć Sojuszowi zwolenników. Sporo głosów stracił&nbsp;SLD w wyniku zachowania polityków tego ugrupowania w sprawie powodzi. Na czym więc polega fenomen SLD? Trudno przecież uwierzyć, że odpowiedzialnością za wszystkie niepopularne decyzje i za klęskę żywiołową wyborcy obarczyli PSL.

Gospodarka po raz drugi 

Sojusz jest w tej chwili jedynym ugrupowaniem o lewicowym obliczu na polskiej scenie politycznej. O ile ludzie o prawicowych poglądach mogą wybierać w różnych ugrupowaniach, mniejszych lub większych, wchodzących w skład AWS lub nie, o tyle osoby o lewicowej orientacji mają do wyboru tylko SLD. Po wyborczej klęsce Unii Pracy oraz zdecydowanym przesunięciu się Unii Wolności na prawą stronę sceny politycznej, tylko SLD głosi lewicowe wartości - wspomaganie słabszych grup społeczeństwa, interwencjonizm państwa w gospodarce, państwo neutralne światopoglądowo, prawo do przerywania ciąży itd. Unia Pracy, która powstała jako lewicowa alternatywa SLD, nie okazała się poważną konkurencją dla Sojuszu. Nie tylko, że nie przejęła wyborców SLD, ale oddała mu własnych. Tymczasem polskie społeczeństwo, słabo przygotowane do funkcjonowania w warunkach gospodarki wolnorynkowej, a zarazem niechętne ideologii podlanej narodowo-katolickim sosem, siłą rzeczy zwraca się w kierunku ugrupowania lewicowego, które na dodatek udowodniło już, że jest skuteczne, potrafi zdobyć władzę i ją utrzymać.

Ten zwrot społeczeństwa w kierunku SLD nie jest niczym niezwykłym, skoro rząd koalicji AWS - UW już na wstępie swojego urzędowania zapowiedział schładzanie gospodarki i zaczął realizować swoje zapowiedzi. Zapewne wielu ludziom przypominało to czasy, kiedy Leszek Balcerowicz uzdrawiał gospodarkę po raz pierwszy.

Zapowiedzi podwyżek akcyzy na papierosy, alkohol i benzynę oraz VAT na usługi telekomunikacyjne doprowadziły do pierwszego spadku popularności AWS i UW. Wejście ich w życie będzie zapewne przyczyną dalszego odpływu elektoratu od ugrupowań rządzących, ale w sondażach da się to zauważyć nie wcześniej niż w lutym. Nie wiadomo natomiast, jak wiele stracą politycy na uwolnieniu przez rząd cen energii cieplnej. Dopóki lokatorzy nie przekonają, ile im przejdzie zapłacić z własnej kieszeni za ciepło w mieszkaniach (w sytuacji,, gdy odbiorcy skazani są na monopolistów i muszą im płacić taką cenę, jaka zostanie wyznaczona), dopóty politycy nie znają politycznej ceny tej decyzji.

Wiadomo natomiast, że SLD, który protestuje przeciwko podwyżkom, zbiera kolejne punkty u wyborców domagając się osłon socjalnych dla osób najbardziej dotkniętych wzrostem cen ("będzie to ciosem dla 6 milionów rodzin polskich rodzin" - mówił przy okazji tej sprawy Leszek Miller). W ciągu dwóch miesięcy poparcie dla Sojuszu w sondażach wzrosło o 7 procent.

Dużo szumu wywołała też decyzja zrównania systemu waloryzacji rent i emerytur mundurowych ze świadczeniami pracowniczymi. Na dodatek została ona skutecznie zastopowana przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, co nie przysporzyło rządowi chwały, bowiem udowodniło, że koalicja rządząca musi się liczyć ze zdaniem prezydenta.

Ideologia po raz drugi

Tyle, jeżeli chodzi o sprawy społeczno-gospodarcze, a przecież pojawiły się też kwestie światopoglądowe. Potajemne zawieszenie krzyża w sali obrad plenarnych Sejmu dało powód posłom z SLD do wystąpień w obronie ludzi niewierzących i do oskarżenia AWS o stosowanie polityki faktów dokonanych (przed wyborami w 1993 roku krzyż został potajemnie zawieszony w Senacie). Głosowanie w sprawie orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego o dopuszczalności przerywania ciąży ze względów społecznych było okazją do zapowiedzi zorganizowania ruchu społecznego na rzecz prawnej dopuszczalności przerywania ciąży ze względów społecznych i zbierania podpisów pod obywatelską inicjatywą ustawodawczą (na podobnym ruchu, który chciał doprowadzić do referendum w sprawie karalności aborcji, wyrosła Unia Pracy).

Wycofanie się rządu z deklaracji do konkordatu zostało zręcznie wykorzystane przez SLD do oskarżenia, że tylko interesy jednej ze stron umowy zostały należycie zabezpieczone, choć trudno powiedzieć, czy w praktyce brak deklaracji będzie miał jakiekolwiek znaczenie dla realizacji postanowień konkordatu (przypomnijmy, że na krytyce konkordatu oraz rządu Hanny Suchockiej, która doprowadziła do jego zawarcia, w dużej mierze oparty był sukces wyborczy SLD w 1993 roku).

Zmiany w regulaminie Sejmu, m.in. rezygnacja z przesłuchiwania kandydatów na ministrów przez odpowiednie komisje resortowe została nagłośniona przez SLD jako chęć uchronienia przez AWS swoich ministrów przed przesłuchaniami (w domyśle miało to znaczyć, że kompetencje nowych ministrów pozostawiają wiele do życzenia) i do zepchnięcia opozycji w cień, poprzez zwiększenie roli marszałka przy ustalaniu porządku dziennego. Przy tej okazji SLD oskarżył koalicję o dyktat większości, zamykanie ust opozycji, ograniczanie demokracji, zawłaszczanie parlamentu przez większość. Mało kto już zapewne pamięta, że słabiutka opozycja w Sejmie II kadencji była w znacznie gorszej sytuacji niż opozycja w obecnym parlamencie, a jej głos krytyki pod adresem SLD i PSL był znacznie mniej słyszalny niż obecnie.

Z drugiej strony Sojusz znakomicie potrafi też prezentować się w roli konstruktywnej, państwowotwórczej opozycji. Mieliśmy tego przykład w ostatnich dniach, kiedy premier Jerzy Buzek spotkał się z Prezydium SLD w sprawie reformy samorządowej. Liderzy Sojuszu mówili po spotkaniu, że popierają ideę stworzenia powiatów i nie wykluczają poparcia konkretnych ustaw w Sejmie, jeżeli będą im odpowiadały w szczegółach. Tak samo politycy SLD zachowywali się w Sejmie I kadencji, wspierając niejednokrotnie reformy podejmowane przez rząd Hanny Suchockiej, ale wyrażając jednocześnie troskę o ludzi najuboższych.

"Solidarność" po raz drugi

W 1993 roku partie wywodzące się z "Solidarności" obwiniały Lecha Wałęsę o zwycięstwo wyborcze SLD. Część polityków obozu posierpniowego mówiła sarkastycznie, że prezydent tak bardzo wzmacniał lewą nogę sceny politycznej, iż doprowadził do uwiądu prawej nogi. Politycy solidarnościowi nie chcieli przyznać, że w ogromnej mierze sami zapracowali na sukces Sojuszu. Ten ostatni mógł nawet palcem nie kiwnąć, a i tak wygrałby wybory. Warto przypomnieć, jakie okoliczności towarzyszyły rozpisaniu przedterminowych wyborów w 1993 roku - jak w ciągu dwóch lat większość sejmowa trzykrotnie próbowała tworzyć rząd, w tym jeden raz bez powodzenia, jak ugrupowania współtworzące gabinet Hanny Suchockiej obrażały się i wychodziły z koalicji, sprawiając, że rząd większościowy stał się faktycznie mniejszościowym, jak "Solidarność" zwinęła parasol ochronny i doprowadziła do głosowania nad wotum nieufności dla rządu, jak nielojalni posłowie z ZChN (w tym jeden w randze ministra) doprowadzili do obalenia rządu, nie przychodząc na głosowanie. Fakt, że Lech Wałęsa zadecydował o rozwiązaniu parlamentu i rozpisaniu przedterminowych wyborów, był solidnie umotywowany. Dalsze składanie parlamentarnych klocków (w ówczesnym Sejmie było blisko 30 ugrupowań) w kolejną nietrwałą większość nie miało zbytniego sensu. Resztę załatwiła nowa ordynacja, buta liderów partii prawicowych i wzajemne animozje między tymi ugrupowaniami, co uniemożliwiło stworzenie jednego bloku wyborczego. W ten sposób ok. 30 proc. głosów oddanych na partie prawicowe przepadło, a mandaty rozdzielono między ugrupowania zwycięskie - SLD i PSL.

Po czterech latach pobytu na ławce rezerwowych partie prawicowe wyciągnęły wniosek z nauczki, jaką otrzymały w 1993 roku i stworzyły koalicję wyborczą (Ruch Odbudowy Polski, który się temu nie podporządkował z trudnością przekroczył próg wymagany przez ordynację do uczestniczenia w podziale mandatów).

Jak na razie są oznaki, że był to jedyny wniosek wyciągnięty przez polityków solidarnościowych z utraty władzy i czteroletniej nieobecności w parlamencie.

W koalicji rządzącej zaczęło ostro iskrzyć nim upłynął pierwszy kwartał sprawowania władzy. Tu i ówdzie da się dostrzec pierwsze oznaki niekompetencji, nepotyzmu i arogancji władzy oraz większej lub mniejszej pazerności. Wszystkim tym zgrzeszyły rządy solidarnościowe w latach 1989 - 1993. Oczywiście dla wyborczego sukcesu SLD w 1993 roku spore znaczenie miało też to, że Sojusz ma doskonale zorganizowane struktury w terenie, pieniądze na każde kolejne wybory, znakomicie opanowane metody socjotechniki, i w miarę kompetentne kadry, choć i w tym ugrupowaniu nie jest ich zbyt wiele. Biorąc jednak to wszystko pod uwagę Sojusz na tle innych ugrupowań partyjnych błyszczy jak brylant i w dużej mierze od obecnej koalicji rządzącej zależy czy w następnych wyborach społeczeństwo skusi się na ten blask.


