PODZIAŁ TERYTORIALNY

W wyniku reformy pojawi się w powiecie prawdziwy gospodarz, który liczy pieniądze podatników

Dla pana starosty

KRZYSZTOF PAWŁOWSKI

Zabieram głos w sprawie, która od kilku tygodni elektryzuje coraz szersze kręgi opinii w Polsce. O reformie administracji publicznej w naszym kraju wypowiadają się obecnie już nie tylko politycy i publicyści. Ostatnio głos zabrali także duchowni, zdarza się, że wypowiadają swoje sądy wojewodowie - wysocy urzędnicy państwowi. Nierzadko podważają przy tym zasadność koncepcji lansowanych przez rząd, który reprezentują.

Nie sposób, rzecz jasna, odnieść się w jednym artykule do wszystkich zarzutów stawianych przez mniej lub nawet bardziej zaangażowanych krytyków zmian. Pozostaje tylko skonstatować, że, niestety, mamy do czynienia raczej ze swoistą "dyskusją nad mapą", której uczestnicy z mniej lub bardziej uzasadnionym zaangażowaniem oddają się jedynie rozważaniu kolejnych wariantów wojewódzkiego, a ostatnio również powiatowego podziału kraju. Za sukces jednak należy uznać to, że pierwszy raz od paru lat szersze kręgi opiniotwórcze biorą żywy udział w debacie, która nie daje się zbyt łatwo sprowadzić do czysto medialnych, spektakularnych sporów.

W tej debacie jednak brakuje wciąż przekonywających argumentów odnoszących się do rzeczywistej przebudowy ustroju państwa. Najgorsze jest to, że część przeciwników reformy ustrojowej nie przyjmuje do wiadomości faktów, rzeczywistości życia publicznego, która po prostu istnieje i swoją własną siłą obala znaczną część kontrargumentów formułowanych w dyskusjach.

Często podkreślam z dumą to, że żyję i pracuję w Nowym Sączu. Uważam, że moje miasto i obecne województwo może być dobrym podmiotem rozważań nad projektowanymi obecnie zmianami granic administracyjnych wewnątrz państwa.  Województwo nowosądeckie, mimo dwudziestu lat istnienia, jest wciąż dość sztucznym połączeniem dwóch silnych, na wieloraki sposób wewnętrznie spójnych "starych" powiatów - nowosądeckiego i nowotarskiego. Przekonałem się o tym w okresie mojego senatorowania, a zapewne zgodzą się ze mną inni byli i obecni parlamentarzyści. Wciąż jeszcze we wsiach w granicach starego powiatu nowotarskiego określenie "jadę do miasta" oznacza po prostu Nowy Targ. Tam też związki kulturowe, uczuciowe, ale i gospodarcze z Krakowem są znacznie silniejsze niż z Nowym Sączem. To są fakty. Takich przypadków każdy z nas może podać przynajmniej kilka. W moim mieście można w praktyce sprawdzić siłę argumentów zarówno zwolenników, jak i przeciwników reformy przygotowywanej obecnie w skali państwa przez ministra Michała Kuleszę. Zacznijmy jednak od wniosków z przeprowadzonych badań. W ostatnich kilku latach WSB-NLU wspólnie z Centrum im. Mirosława Dzielskiego w Krakowie prowadziła badania, których podsumowanie zawarliśmy w opracowaniu "Program badań powiatowych". Przytoczę z niego tylko kilka podstawowych wniosków.

- Reforma administracyjna (a nie tylko zmiana granic i nazw poszczególnych jednostek) doprowadzi do uporządkowania organizacji państwa. Również w sensie terytorialnym. Nasz kraj przestanie być podzielony według kilkunastu różnych, nie nakładających się na siebie siatek administracyjnych, dla przykładu delegatur NIK, oddziałów NSA, różnych inspektoratów itd.

- Zasadniczą sprawą będzie odebranie centrum kolejnej części władzy, i to najważniejszej, bo nad finansami publicznymi, i poddanie ich poprzez samorząd powiatowy skuteczniejszej kontroli.

- Wprowadzenie samorządowych powiatów wzmocni zasadę pomocniczości państwa, tzn. realizację możliwie lokalnie tych zadań publicznych, które nie muszą być administrowane z centrum państwa. Pozwoli to wzmocnić zarazem władzę centralną, która pozbawiona niektórych zadań będzie mogła skuteczniej zarządzać sferą, która musi i powinna pozostać w rękach państwa.

- Wprowadzenie kolejnych szczebli samorządowych (szczególnie powiatów) musi w efekcie wzmocnić tkankę społeczną kraju, rozwinąć lokalne elity polityczne i społeczne. Powołanie około trzystu samorządów powiatowych przy utrzymaniu dotychczas działających samorządów gminnych spowoduje bezpośrednie zaangażowanie w sprawy publiczne kolejnych dziesięciu tysięcy obywateli. Czy to mało, czy dużo? Dodać do nich trzeba tych, którzy nie wygrają wyborów powiatowych, ale połkną bakcyla aktywności publicznej, a możemy także przewidzieć naturalną rotację w następnych wyborach, zatem w sumie to bardzo dużo! 

Mógłbym podawać kolejne argumenty, ale zasada zwartości materiału publicystycznego każe mi podać tylko te najważniejsze.

Pomówmy jeszcze o interesach, to naturalne, gdy autorem artykułu jest rektor szkoły biznesu. W dyskusji w ostatnich tygodniach szczególnie silne były głosy polityków pochodzących z miast, w których zlikwidowane będą urzędy władz wojewódzkich. Podkreśla się niebezpieczeństwo osłabienia tempa rozwoju tych miast, wzrostu bezrobocia itd. Dla mnie te argumenty są puste. Co najmniej z dwóch powodów.

- Połóżmy na szalę dwie grupy miast, te które zyskają (będzie ich około trzystu), i te, które teoretycznie stracą (będzie ich trzydzieści parę). Wśród tych, które przestaną być stolicami województw, jest co najmniej kilkanaście będących tak prężnymi i silnymi centrami gospodarczymi i akademickimi, że ich dalszemu rozwojowi nic nie grozi, oprócz utraty (czysto emocjonalnej i ważnej dla bardzo ograniczonej grupy mieszkańców) prestiżu. Tak więc proporcje są jak 20:1 na korzyść miast zyskujących. Czy to nie jest wystarczający argument?

- Podkreśla się niebezpieczeństwo wzrostu bezrobocia spowodowane zlikwidowaniem trzydziestu kilku urzędów wojewódzkich i ich agend. Ten argument chcę żartobliwie obalić jednym z podstawowych zarzutów stawianych przez przeciwników reformy powiatowej - że utworzenie powiatu spowoduje dramatyczny wzrost zatrudnionych w administracji publicznej. Oczywiście, te obawy są przesadzone w obu wypadkach, a wzrost zatrudnionych (zapewne w skali kraju nastąpi) w administracji samorządowej zostanie zrównoważony przez lepsze wykorzystanie środków publicznych i sprawniejsze zarządzanie usługami publicznymi przekazanymi samorządom powiatowym.

Ale nie tylko teoretyczne argumenty przekonują mnie do poparcia reformy administracyjnej państwa. Ostanie bowiem lata wyraźnie dowiodły, że reforma administracji publicznej w Polsce stała się już koniecznością. W 1994 roku (nie bez obaw) wprowadzono w kilkudziesięciu największych miastach Polski tzw. program pilotażowy. Nie było to nic innego, jak eksperymentalne zaaranżowanie powiatu, który teraz nazwiemy grodzkim. Z dobrym skutkiem gminy miejskie w ramach eksperymentu wzięły na swe barki wiele zadań z dziedziny oświaty, kultury, zdrowia i opieki społecznej. Nie jest więc tak, jak twierdzą krytycy reformy państwa, że oprócz symulacji i prognoz nie mamy przesłanek, by spodziewać się "powiatowego sukcesu". Proszę bardzo, niechaj powiedzą to prezydentom miast, które mimo swoistego wiarołomstwa eseldowsko-peeselowskiego gabinetu (rząd często nie dotrzymywał słowa, jeśli chodzi o przekazywanie gminom pieniędzy na tzw. zadania zlecone) przejęły i skutecznie prowadziły szkoły, szpitale i domy starców.

W wyniku reformy pojawi się w powiecie prawdziwy gospodarz, który liczy pieniądze podatników, który będzie wiedział, że najpóźniej za cztery lata wybiorą go ponownie na urząd lub nie. Tylko taki gospodarz może dobrze wydawać środki publiczne. Korzyść dla obywatela będzie tym większa, im więcej pieniędzy pozostanie w dyspozycji tego gospodarza (prezydenta czy starosty). Według szacunków wprowadzenie reformy powiatowej spowoduje dwukrotny wzrost środków publicznych, które nie zostaną przesłane do Warszawy, by być tam ponownie dzielone. I to jest dla mnie bardzo ważki argument.

Częstym argumentem przeciwników powiatów jest wskazywana przez nich jako alternatywa ustawowa możliwość tworzenia związków gmin. Ten argument jest nieprawdziwy - związki gmin mogą przecież realizować zadania, które przekażą im same gminy jako zadania zlecone. A my, mówiąc o powiatach, nie chcemy odbierać kompetencji obecnym samorządom gminnym, chcemy tylko odebrać te kompetencje i zadania, które obecnie są w rękach administracji rządowej.

Reforma administracji publicznej będzie rewolucyjną zmianą w funkcjonowaniu państwa polskiego. Nie oznacza jednak tylko przesunięcia granic administracyjnych, choć można odnieść wrażenie, że właśnie ta sprawa wywołuje najwięcej emocji i dyskusji. W reformie łączą się trzy najistotniejsze wątki polskich przemian - przebudowa systemu usług publicznych, systemu finansowego oraz życia politycznego kraju. Reforma powinna usunąć znaczną część istniejących barier i uruchomić jeszcze wyraźniejszy rozwój społeczny i gospodarczy kraju. Podjęcie ustawy o powołaniu powiatu to pierwszy, decydujący krok. Zamyka to jedną dyskusję, ale otwiera nową. Nie o tym, czy wprowadzić powiaty, ale jak to zrobić, aby wprowadzane zmiany były najbardziej efektywne, miały najmniej negatywnych skutków ubocznych, wywołały jak najmniej napięć i konfliktów. 

Pamiętam temperaturę dyskusji i obawy, które towarzyszyły wprowadzeniu samorządu gminnego w 1990 roku. Miałem wówczas zaszczyt pracować w stosownej komisji senackiej pod przewodnictwem profesora Jerzego Regulskiego. I cóż się stało; minęło siedem lat i niemal wszyscy zgodnie twierdzą, że utworzenie samorządowych gmin potężnie (i wielowymiarowo) pchnęło Polskę do przodu. Jestem głęboko przekonany, że za kilka lat z rozbawieniem, ale i z dumą wspominać będziemy dzisiejsze dyskusje. Z dumą, gdyż reforma ustrojowa państwa, niszcząc stare i nieskuteczne struktury, spowoduje dynamiczny rozwój Polski, uwolni nowe pokłady ludzkiej aktywności, sprawi, że większa część polskiego społeczeństwa uzna nasze państwo za swoje.



