KONFLIKT

W Białymstoku z handlu ze Wschodem utrzymuje się około 50 tys. ludzi. Obroty na targowiskach osiągnęły w 1997 roku miliard złotych. Nowa ustawa o cudzoziemcach grozi miastu ekonomicznym krachem

Nie oddamy targowicy

RYS. ROBERT DĄBROWSKI

IWONA TRUSEWICZ

Kawaleryjska wczoraj to dziesięć hektarów ubitej ziemi, na której ponad dwadzieścia lat temu Edward Gierek oglądał białostockie dożynki. Kawaleryjska dzisiaj to największy bazar na wschód od Wisły.

Tysiąc sześćset straganów, ponad tysiąc ław, "złoty pawilon" z kilkudziesięcioma stoiskami jubilerskimi. Czterdzieści kantorów. Hala, w której sprzedaje się tony wyrobów skórzanych. Kilkanaście zakładów szyjących tylko na potrzeby bazaru. Prawie sześćset milionów rocznego obrotu. Trzy tysiące handlujących podmiotów gospodarczych.

Podmioty są jednoosobowe i zatrudniają po kilka - kilkanaście osób. Płacą miastu podatki. W ubiegłym roku z należącej do samorządu Kawaleryjskiej wpłynęło do miejskiej kasy dwa miliony złotych.

Mydło, powidło, warzywa, owoce, meble i ubrania sprzedaje w Białymstoku jeszcze pięć mniejszych targowisk i kilkadziesiąt hurtowni. Jak obliczył Instytut Badań nad Gospodarką Rynkową, osiemdziesiąt trzy procent klienteli białostockich bazarów i dwadzieścia dwa procent hurtowni stanowią cudzoziemcy. A cudzoziemiec w Białymstoku znaczy Rosjanin i Białorusin.

Komu wadzi  babcia z kolaską

Czwartek, 29 stycznia, dziewiąta rano. Pięć stopni mrozu. Słońce prześlizguje się między tunelami straganów na Kawaleryjskiej. Stragany pęcznieją od towaru. Tunele rażą pustką, której nie wypełnia kilku przechodniów. Ludzie za ladami zbici w grupki, piją kawę, chuchają w czerwieniejące dłonie i przeklinają.

- Kilka lat temu popadały w Białymstoku największe zakłady. Tysiące ludzi zostało bez pracy. To my sobie pracę same znalazłyśmy. Płacimy podatki, "kuroniówki" nie bierzemy, komu to przeszkadzało? Dlaczego tym Ruskim tak utrudnili do nas przyjazd, że straciliśmy całego klienta? Jesteśmy handlowcy, nie handlarze. Szanujemy swojego klienta i należy nam się szacunek - denerwuje się Barbara (nazwiska nie poda) ze stołu z kurtkami.

- Po co im nasze hotele rezerwować, fikcyjne pieczątki wbijać, jeżeli oni na jeden dzień przyjeżdżają? A jeżeli na dłużej, to zatrzymują się u znajomych. Pół Białegostoku wynajmuje im pokoje. My słowiański naród, nie lubimy pustki hoteli. Wolimy stadnie żyć - śmieje się Krystyna.

- My tu w takim wieku, że nas nikt do pracy nie weźmie. Jestem na rencie, dostaję dwieście siedemdziesiąt złotych, a samego czynszu mam trzysta dziesięć złotych - włącza się ciemnowłosa czterdziestoletnia Jadwiga.

- Mam trzysta trzydzieści złotych renty, a za mieszkanie muszę płacić dwieście siedemdziesiąt. Mąż umarł, jestem sama. Na handlu mogłam się na powierzchni utrzymać, bez niczyjej łaski - dodaje szczupła Henryka.

- Tu handluje siedemdziesiąt procent inwalidów, co im spółdzielnia "Odnowa" zbankrutowała. A jest i "Biazet", i "Uchwyty", i "Fasty" - padają nazwy białostockich zakładów, które o połowę zmniejszyły zatrudnienie.

- Wczoraj miałam jednego klienta, utargowałam cztery złote. Dzisiaj jeszcze nikogo. Komu przeszkadzała ta babcia z kolaską, która z Grodna przyjechała do nas na zakupy? - zastanawia się wysoka Krystyna.

Kobiety wyliczają targowe opłaty: "osiemdziesiąt złotych miesięcznie plus codziennie cztery złote za stół. Kto ma stragan, płaci sto dwadzieścia osiem złotych miesięcznie".

- Przestałyśmy płacić, bo nie zarabiamy - mówią.

Elżbieta Ancutko sprzedaje spódnice. Z zawodu jest nauczycielką. Na Kawaleryjskiej handluje od początku, czyli od 1992 roku, kiedy z ulicy Bema przeniosło się tutaj miejskie targowisko. Ma za sobą handlowe wyprawy do Turcji.

- Najbardziej boję się, że stracimy klientów. Rosjanie zaczną jeździć do Turcji, bo Turek im z pocałowaniem ręki sprzeda. Oduczą się od nas i już nie wrócą. A przecież zostawiali w Polsce miliony dolarów. Czy te pieniądze naszemu krajowi niepotrzebne? - zastanawia się, popijając herbatę. Jej dostawca - firma szwalnicza zatrudniająca dziesięć kobiet - zawiesił działalność.

I kurwa, i złodziej,  i chałupnik

Tatiana Spasina, niewysoka, ubrana w gustowny kożuszek i czapeczkę, pcha pusty wózek, rozgląda się. Wczoraj dotarła do Polski. Pierwszy raz w tym roku. Mieszka w Permie na Uralu. Cztery godziny lotu do Moskwy, doba jazdy pociągiem do Białegostoku.

- Mam sklep damskiej odzieży. W Białymstoku zaopatruję się od czterech lat. Przyjeżdżałam regularnie raz na dwa tygodnie. Miałam swoich dostawców i nocowałam w stałym miejscu. Wszyscy byli zadowoleni - opowiada.

O wprowadzonych zmianach w polskiej ustawie o cudzoziemcach ma wyrobione zdanie:

- To wymyślił jakiś wasz komunista. Nowe przepisy są głupie, nic nikomu nie dają, a ludziom utrudniają życie. Nas zmuszają do fikcyjnej rejestracji w hotelach, w których się nie zatrzymujemy, do wykupywania drogich voucherów do miast, do których nie jedziemy, i okazywania pieniędzy, które i tak mamy, bo przyjeżdżamy tu, żeby kupować - wylicza.

Z Permu przyjeżdżały do Polski setki Rosjan. Zostawiali tysiące dolarów. Już nie przyjeżdżają.

- Gdy tylko dowiedzieliśmy się o nowych polskich przepisach, bogatsi pojechali do Włoch, biedniejsi do Turcji. I tyle osiągnęliście. Jak to się u nas mówi: chlapnął, nie pomyślał.

Taksówka Henryka Kozłowskiego często parkuje pod Kawaleryjską.

- Z handlu z Ruskimi żył i złodziej, i, za przeproszeniem, kurwa, i chałupnik, co szył ciuchy, i taksówkarz, co ich wiózł za dworzec czy do mieszkania. Żyli wynajmujący pokoje i restauracje, bo Rosjanin zjadł, zabawił się. Żyły nasze sklepy, bo ludzie mieli więcej pieniędzy i kupowali więcej. To zamknięty krąg - opowiada.

Rodzina Pargowskich (nazwisko zmienione na ich prośbę) pierwszych pieniędzy dorobiła się w Stanach. Kiedy w 1992 roku złodzieje oczyścili willę, Pargowscy wzięli się za handel. Otworzyli kramik z ciuchami. Potem drugi, trzeci. Teraz mają siedem pracownic i pięć punktów. Miesięcznie zarabiali na czysto piętnaście tysięcy złotych. Synom kupili mieszkania w Białymstoku, a jednemu studia w stolicy.

- Teraz krach. Dwa tygodnie już dokładam do interesu. Obroty spadły o połowę, a podatki i opłaty trzeba wnosić. Dwie dziewczyny już zwolniłem. Poszły na "kuroniówkę"... - wzdycha Pargowski.

Targowiskiem przy Kawaleryjskiej zarządza miejska spółka "Lech". Dyrektor Krzysztof Putra, były poseł pierwszej kadencji, mówi, że zrobił wszystko, by unaocznić władzy w Warszawie powagę sytuacji.

- Obroty w styczniu są zawsze niższe, ale nowe przepisy spowodowały całkowity zastój. Wyliczenia i materiały przesłaliśmy do rządowego Centrum Studiów Strategicznych ministra Kropiwnickiego. Z białostockich targowisk żyje bezpośrednio pięć tysięcy podmiotów gospodarczych. Do tego dochodzi otoczenie - szwalnie, gastronomia, hurtownie, sklepy; kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Białystok rozwija się dynamicznie, jest ruch w nieruchomościach, bo jest dużo pieniędzy z handlu. Gdyby się ten handel załamał, to wszyscy po kolei by stracili. Stanęłyby firmy budowlane, usługi, sieci sklepów. A "kuroniówki" dla bezrobotnych handlowców z opustoszałych targowisk to ogromne koszty dla budżetu. I nie jest to tylko problem Białegostoku. Zastanawiam się, czy rząd nie dostrzega, że w skali kraju tracimy ogromne pieniądze. Jeżeli padną wszystkie firmy produkujące na Wschód, to firmy zachodnie bardzo szybko zajmą nasze miejsce. Tylko na to czekają.

Zaporożce z kartoflami

W "Marko", największym białostockim domu handlowym, spadek obrotów dyrektor Sławomir Ignatowicz szacuje na kilka procent. "Marko" to 4600 metrów kwadratowych powierzchni sklepowej, dziesięć tysięcy powierzchni ogółem. Sto tysięcy klientów rocznie.

- Z roku na rok wzrastały nam obroty, bo ludzie mieli coraz więcej pieniędzy. Upadek handlu ze Wschodem uderzy także w nas. Zbiednieją nasi klienci, zmniejszą się zakupy.

Targowisko Hurt Rolno-Spożywczy jest skupiskiem drewnianych i blaszanych szpetnych bud, stłoczonych na komunalnym gruncie. Samorząd nie godzi się odsprzedać teren zarządcy - Automobilklubowi Podlaskiemu, więc ten nie inwestuje. Na kontenerowym wuceciku kłódka i wywieszka: "WC tylko dla sprzedawców z ważną książeczką zdrowia".

- Mamy tu dwustu pięćdziesięciu handlujących, z czego dwadzieścia procent to producenci rolni z województw białostockiego, łomżyńskiego, ostrołęckiego i siedleckiego. Jabłka sprzedają u nas sadownicy z Radomskiego - wylicza Witali Maliszewski, kierownik targowiska. Handlujący płacą za miejsce od dwustu do trzystu złotych.

- Mieliśmy tu dwustu klientów ze Wschodu dziennie. Zaczynali od motocykli z przyczepkami. Potem wypełniali kartoflami i cebulą pod sufit stare zaporożce i żiguli. Teraz większość ma już używane zachodnie busy - opowiada kierownik.

Zastój na targowisku odczuwają nawet handlujący jajkami, chociaż jajek Białorusini i Rosjanie nie kupowali. Brali je natomiast właściciele budek i zakładów garmażeryjnych. Szło po piętnaście skrzynek od jednego sprzedającego. Teraz idzie może jedna.

Sasza i Kola z Grodna przyjechali po kartofle i jabłka. Mówią, iż kupili vouchery po dwadzieścia dolarów i są zadowoleni, że nie ma kolejek na granicy. Zanocują w hotelu Trzy Sosny.

- Gdzie to jest? - zastanawia się kierownik Maliszewski.

Pani Regina, właścicielka hurtowni "Ananas", od lat handluje cytrusami. W blaszanym baraku komputer drukuje faktury.

- Normalnie mamy po stu klientów dziennie, Rosjan i Polaków z przygranicznych miejscowości. Od nowego roku cieszymy się, jeżeli przyjdzie trzydziestu. Co to za państwo, które woli płacić swoim obywatelom "kuroniówki", zamiast dać im zarobić! - mówi.

- Szykujemy się do blokady granicy - dodaje jej córka.

Nie chcemy blokady, ale...

Zygmunt Jakimowicz, przewodniczący Białostockiej Inicjatywy Gospodarczej skupiającej biznesmenów i handlowców ze wszystkich działających z mieście organizacji, pisał już do premiera Buzka, wicepremiera Tomaszewskiego, ministra Geremka, pani wojewody Łukaszuk, białostockich posłów i senatorów.

Występował o zmianę tych przepisów w ustawie o cudzoziemcach, które utrudniają wjazd do Polski Rosjanom i Białorusinom. Proponował inne regulacje - krótkoterminowe wizy wjazdowe udzielane na granicy przez Straż Graniczną, na przykład za dwadzieścia złotych, i obowiązkowy wykup krótkoterminowego ubezpieczenia zdrowotnego i NW.

W grudniu ubiegłego roku przyjeżdżało do Białegostoku zza wschodniej granicy dwieście - trzysta autokarów dziennie, plus indywidualne osoby pociągami i samochodami. W styczniu granicę przejeżdżało kilka autokarów. Pociągi i autobusy jeździły wypełnione w jednej trzeciej. Zdaniem białostockich przedsiębiorców Polska straciła już na tym ponad dwieście milionów dolarów.

Przewodniczący dał decydentom czas na odpowiedź do końca stycznia. Zagroził blokadą przejścia granicznego w Kuźnicy Białostockiej. Dobił się zaproszenia na posiedzenie Sejmowej Komisji Gospodarki 6 lutego.

- Rozwój Białegostoku nastąpił dzięki tej tutaj targowicy. Nie ma targowicy, nie ma Białegostoku. To region nieprzemysłowy, ze słabym rolnictwem. Liczy się handel i przygraniczne położenie. Te bazary to nasza fabryka, przez nas zbudowana i przez nas opłacana. Państwo nie wyłożyło na te tysiące miejsc pracy ani złotówki. Nie damy i nie pozwolimy sobie tego odebrać - mówi Zdzisław Kozłowski, właściciel dwóch sklepów zoologicznych, długoletni działacz kupiecki.

Zygmunt Jakimowicz: - Dochodzimy do wniosku, że komuś zależy, żeby Polska była krajem biednym, pariasem w Unii Europejskiej. Takim biedakiem łatwiej rządzić i nie może on być partnerem dla bogatych krajów. Nic z nim nie trzeba negocjować, można mu swoje zdanie narzucać. Za kilka lat za Białymstokiem będzie kończyć się Unia i kapitał zachodni tylko czeka, by przejąć od nas wschodnich klientów.

Michał Artyszewicz, członek zarządu Podlaskiego Klubu Biznesu: - Mamy ogromny deficyt budżetowy. Czy ministra finansów stać, żeby odrzucać miliony dolarów zostawiane przez Rosjan w Polsce? Czyjego interesu broni rząd Buzka? Naszego czy unijnego?

Jakub Półturzycki, wiceprezes Zrzeszenia Kupców, Producentów i Usługodawców, właściciel sieci nocnych sklepów: - Kiedy rząd mówi, że bazary to szara strefa, to ja pytam, gdzie jest minister finansów? Wystarczy jedno rozporządzenie nakazujące wszystkim handlującym posiadanie kas fiskalnych, a cudzoziemcom dające możliwość odliczania podatku VAT na granicy i nie ma strefy. Ludzie sami będą pilnować, by dostać paragon.

Zdzisław Kozłowski: - Sprawę rząd sprowadził do handlu alkoholem. A to margines. Liczą się tony polskich jabłek, ziemniaków sprzedane na Wschód, polska odzież, buty, jedzenie, meble. Dla nas Rosjanie, Białorusini to bardzo dobrzy klienci i takich klientów musimy szanować, dbać o nich, stwarzać im warunki, by chcieli u nas zostawiać dolary. Prawo jest dla ludzi i, tworząc je, trzeba zważać, komu ma służyć. Na agresyjne prawo jest prawo agresji.

- Ludzie zablokują Kuźnicę?

- Nie chcemy tej blokady. Dalecy jesteśmy od tego, żeby ją prowokować. Ale jeżeli władze nas zignorują, to kto wie... - twierdzi przewodniczący Jakimowicz.

- Nasza blokada to nie blokada "mrówek". Każdy ma interesy, których musi pilnować, dlatego zadziałamy z zaskoczenia - dodaje Michał Artyszewicz.

Zdzisław Kozłowski: - To targowica wybudowała nowy, piękny Białystok. To nasze miasto i nie pozwolimy mu spaść do podrzędnej roli. Krach zaczął się u nas, ale nie zahamowany trafi do stolicy, uderzy w Poznańskie.

Marian Blecharczyk, wiceprezydent Białegostoku, poseł AWS: - Sytuacja jest groźna dla dynamiki rozwoju miasta. W pierwszym półroczu ubiegłego roku do Białegostoku przyjechało pół miliona gości ze Wschodu. Każdy zostawił ponad dziewięćset złotych za dzień, a średnia pobytu wynosiła 1,9 dnia. Wpływy miasta dzięki wschodnim turystom wyniosły około czterystu milionów złotych. Dlatego wraz z prezydentem Krzysztofem Jurgielem, także posłem AWS, wystosowaliśmy zapytanie poselskie do ministra spraw zagranicznych. Prosimy o wyjaśnienie przyczyn powstania utrudnień w przekraczaniu granicy wschodniej i podjęcie działań w celu unormowania tej sytuacji.

Białystok liczy 280,5 tysiąca mieszkańców. Stopa bezrobocia - 9 procent. Średnie wynagrodzenie miesięczne wynosi ponad 1000 zł na osobę. Zatrudnionych w gospodarce - 130 tysięcy, z tego najwięcej - 20,6 procent - w handlu i usługach. Działa około 25 tysięcy podmiotów gospodarczych. Eksport Białegostoku zwiększył się w latach 1993 - 1996 o 190 procent. W 1996 roku miasto miało najwyższy w Polsce wskaźnik budowy nowych mieszkań (9,3 na 1000 mieszkańców).


