ROZMOWA: Janusz Szuber, laureat nagrody głównej w konkursie Fundacji Kultury 1998: Powtarzanie gestów Wojaczka czy Hłaski jest dzisiaj po prostu śmieszne

Krzyk ma krótki żywot

FOT. WŁADYSłAW SZULC

JACEK MĄCZKA: Przez wiele lat pisał pan do szuflady. Czy zdarzało się panu myśleć o tym, kto będzie czytał te wiersze?

JANUSZ SZUBER: Życie zafundowało mi parę luksusów: w stosunkowo młodym wieku zostałem człowiekiem kalekim, jednocześnie mieszkałem na prowincji. Mogłem pisać, jak mi się podobało, czytelnik był dla mnie abstrakcją. Ale od paru lat, kiedy moje teksty zaczęły żyć swoim życiem, mam świadomość, że ktoś je będzie czytał. Z jednej strony jest to zachęta, a z drugiej ograniczenie - pisze mi się trudniej.

Niechętnie opowiada pan o sobie, a w pana wierszach łatwiej odnaleźć "opowiadacza" niż liryczne "ja". Czyżby pan sądził, że tekst należy odczytywać całkowicie poza sytuacją egzystencjalną, poza biografią twórcy?

Na pewno pisze się sobą i fragmentami swojej biografii. Wykorzystując materiał, który gromadziło się w sobie i poprzez siebie. Wątpię, żeby można było powiedzieć całą prawdę o sobie; prawda o nas samych jest właściwie niedostępna, albo tylko częściowo dostępna. Więc poczucie przyzwoitości nakazuje nie zanadto mówić o sobie. Wystarczą wiersze, natomiast reszta jest sprawą prywatną. To są pewne bóle, brudy, niechlujstwa, nad którymi autor starał się zapanować w tekście nie po to, żeby jednocześnie je pokazywać. Ci, którzy zajmują się słowami, piszą po to, aby odkrywając, zakryć się  - i odwrotnie.

W swym noblowskim odczycie Wisława Szymborska sugeruje, że poeta to ktoś, kto mówi "nie wiem", utrzymuje umysł otwarty na wszelkie możliwości, gdyż w przeciwnym razie "traci temperaturę sprzyjającą życiu". Czym jest "stan poetycki" i jakie jest jego źródło?

Nie wiem, czym jest stan poetycki. Nie ma jakiegoś jednego stanu, w który się niejako wchodzi i wiadomo, że urodzi się wiersz. Często jest to raczej szukanie jakiegoś zdania-klucza, wokół którego będzie budowany tekst. Czasem pojawi się jakiś błysk, taka prywatna iluminacja. Bywa również tak, że siadam nad jakimś konkretnym wierszem, który widzę w całości, ale niezbyt ostro. Wiadomo, że on będzie stawał okoniem, czegoś żądał... Ale za każdym razem jest inaczej. Dlatego każdy kolejny wiersz staje się dla mnie debiutem; po prostu powstaje w innych okolicznościach. I muszę wyznać, że z reguły do końca nad wierszem nie panuję. W pewnym momencie tekst staje się partnerem. To jest fascynujące. Często wymogom tego partnera nie sposób sprostać - wiersz odkłada się na jakiś czas i dopiero po iluś tam dniach czy tygodniach można doprowadzić go do końca, przemienić w całość.

Istnieją pisarze tworzący w duchu apollińskim, czyli rzemieślnicy oraz artyści opętani, składający ofiary na ołtarzu Dionizosa. Do której kategorii pan by się zaliczył?

Na pewno nie do drugiej. I temperament, i moje zdolności są tego rodzaju, że wiersz wypracowuję. Daleki jestem od improwizacji. To pewne ograniczenie mojej wyobraźni poetyckiej. Uczciwie mówiąc, jestem rzemieślnikiem. Cenię rzemiosło - jest warte propagowania. Zdarzają się sytuacje, kiedy człowiek chciałby wykrzyczeć jakieś rozczarowanie sobą, rzeczywistością, kimś konkretnym. Ale to nie znaczy, aby od razu ten skowyt - że użyję określenia Allena Ginsberga - w sposób nieprzetransponowany miał znaleźć się w tekście.

Pisać tak bez emocji?

Rozumiem, że olbrzymia część tego, co się dzisiaj pisze, powstaje pod wpływem emocji. Nie ma poetyki normatywnej, właściwie wszystko jest dozwolone. Oczywiście, jeśli ktoś chce tak pisać, niech pisze. Mnie się to może nie podobać. Krzyk w literaturze ma żywot raczej krótki - wniósł go do literatury romantyzm. Jestem po stronie nurtu klasycznego czy klasycyzującego, a tym samym po stronie ładu i porządku. Nie dlatego, że to wszystko, co dzieje się po stronie dionizejskiej, romantycznej czy lingwistycznej, jest nieprawdziwe, tylko jest tego pewien nadmiar. Dzisiejsza sztuka to nieustanny bunt, krzyk. Więc jeśli piszę pełnym zdaniem, jeżeli staram się to zdanie wyszlifować możliwie dobrze, jest to jednak deklaracja po stronie ładu.

Czy rzemiosło nie wyklucza szczerości, która, być może, jest warunkiem istnienia dzieła literackiego?

Obecnie zatarła się różnica między szczerością a ekshibicjonizmem. W literaturze obnażanie się traktowane jest jako szczerość. To kolejna maska. Wydaje mi się, że kultura nakłada na człowieka pewne hamulce. Całkowita szczerość jest możliwa, ale tylko podczas seansu psychoanalitycznego, w rozmowie w cztery oczy, czy w czasie spowiedzi. Szczerość w literaturze to kokieteria. Istnieje coś takiego jak przyzwoitość, poza którą to, co robimy, jest niesmaczne. W moich tekstach zdarzyło mi się parę razy ją naruszyć, ale w sposób uzasadniony. Przekraczenie granicy przyzwoitości nie może być metodą, nie może zastępować warstwy intelektualnej.

Większość artystów przyznaje się do istnienia jakiegoś wewnętrznego przymusu, będącego motorem poczynań twórczych tych galerników wrażliwości, jak ich nazwała Maria Janion. Czy czuje się pan skazany na bycie poetą?

W ogóle nie postrzegam siebie jako poety, i mówię to bez kokieterii. Podmiot liryczny czy narrator w moich wierszach nigdy jeszcze nie powiedział o sobie "poeta". Nie dlatego, żebym lekceważył powołanie poety. To określenie należy się bardzo wąskiemu gronu tych już naprawdę wielkich artystów.

A co z przymusem pisania?

Nie wydaje mi się, żeby obowiązkiem kogoś, kto napisał kilka względnie dobrych wierszy, było nieustanne pomnażanie tekstów. Dla mnie jest ważne, jaka jest jakość tego, co powstanie nie dziś lub jutro, ale na przestrzeni miesiąca czy pół roku. To jest jedną z przyczyn mojego tak późnego debiutu. Wiele tekstów odrzucam. Na półce leży dziesięć teczek z tekstami może nie całkiem złymi, ale co do których mam pewne zastrzeżenia.

Co sądzi pan o nowych tendencjach w polskiej poezji?

Nie wiem, czy w ogóle literaturę da się oprzeć wyłącznie na buncie. Można epatować swoim pijaństwem i ściąganiem spodni, kiedy ma się kilkanaście lat i żyje w społeczeństwie o surowych zasadach moralnych. Natomiast, jeżeli żyje się w społeczeństwie kultu arogancji, chamstwa i siły, to postawa takiego "buntu" jest pewnym ułatwieniem. To nie znaczy, że odmawiam tym ludziom talentu poetyckiego. Jedynie ich metoda twórcza mi nie odpowiada. W rzeczywistości bezformia, propagowanie bezformia jest absurdem. Bunt przeciwko buntowi? To już było w "Tangu". Powtarzanie gestów Wojaczka czy Hłaski jest dzisiaj po prostu śmieszne. Istnieje kultura i subkultura. Nie mieszajmy ich ze sobą. Często zapomina się, że w literaturze i kulturze nie ma demokracji - obowiązuje pewna hierarchia. Tylko nieliczni dostają się na Parnas i tworzą kanon. Jeśli ktoś chce się wykrzyczeć, to bierze gitarę i idzie na rockowisko. Po prostu jest to inna forma ekspresji.

Stasiuk mówi, że dla niego ważnych jest jedynie tych kilku pisarzy, którzy rzucają na kolana. Cała reszta się nie liczy. A dla pana?

Jest kilku pisarzy, do których nieustannie wracam. Są dramaty greckie, w których się rozczytywałem... W literaturze polskiej jest to ciąg od Kochanowskiego, Sępa-Sarzyńskiego przez pisarzy okresu stanisławowskiego, Krasickiego, Trembeckiego, po Mickiewicza, który jest dla mnie bardzo oświeceniowy. Lubię Leśmiana. Wreszcie Miłosz i Herbert. Tak, dla mnie najważniejszy był zawsze Herbert. Również Gombrowicz. Gdybym, jeszcze jako chłopak, nie przeczytał przemyconego z Paryża "Kosmosu", nie wiem, czy bym w ogóle zaczął pisać. Istotną dla mnie książką jest "Józef i jego bracia" Tomasza Manna. Kawafis. Bardzo cenię Iwaszkiewicza, Henneya i Brodskiego.

O czym pan marzy?

Chciałbym, żeby po "Chłopcu mieszającym powidła" ukazała się "Biedronka na śniegu" i kolejny tom: "Okrągłe oko pogody". Po tych książkach nastąpi być może dłuższy okres niepublikowania. Marzę, żeby obudzić się rano i nie czuć dolegliwości kalectwa i choroby, żeby to nie było tak uciążliwe jak przez ostatnie dwa lata.

Czy dostrzega pan jakiś sens w cierpieniu?

Łatwo powiedzieć, że cierpienie sublimuje. Równie prawdziwe jest to, że degraduje. Najtrudniejsza dla mnie do przyjęcia jest księga Hioba. W ogóle jej nie lubię.

Rozmawiał Jacek Mączka

Janusz Szuber, urodzony w Sanoku w 1948. Studiował filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim. Powrócił do rodzinnego miasta, gdzie mieszka i tworzy do dziś. Erudyta, pasjonuje się historią i kulturą Bieszczad, współzałożyciel Stowarzyszenia "Korporacja Literacka". Przez wiele lat nie publikował swoich utworów. Zaczął je ogłaszać drukiem dopiero w 1994 roku. Dotychczas wydał następujące tomiki: "Paradne ubranko i inne wiersze", "Apokryfy i epitafia sanockie" (1995) "Pan Dymiącego Zwierciadła", "Gorzkie prowincje", "Srebrnopióre ogrody" (1996) i "Śniąc siebie w obcym domu" (1997). Jego wiersze drukowała paryska "Kultura", "Twórczość", "Odra", "Zeszyty Literackie", "NaGłos", "Kwartalnik artystyczny", tłumaczone i publikowane są w językach francuskim i angielskim. W 1996 r.  wyróżniony nagrodą literacką im. Barbary Sadowskiej i nagrodą poetycką im. Kazimiery Iłłakowiczówny. Wydany ostatnio przez Znak tom "O chłopcu mieszającym powidła" jest wyborem autorskim z sześciu dotychczas opublikowanych zbiorów i zawiera sto wierszy napisanych w latach 1968-1997. Książka ta - otrzymała nagrodę główną w konkursie Fundacji Kultury 1998 - właściwie jest debiutem Janusza Szubera na szerszą skalę. Poprzednie tomiki ukazały się w niewielkich nakładach bibliofilskich w obiegu pozaksięgarskim, a sfinansowane zostały przez Grażynę Jarosz z Oslo. Zyskały jednak Januszowi Szuberowi krąg wielbicieli i niezwykle pochlebne opinie  czytelników, m.in. Czesława Miłosza. W"Innym abecadle"  Miłosz przywołuje wiersz Janusza Szubera "Pianie kogutów" jako przykład poezji uważnej, czyli życzliwej dla ludzi i przyrody, szczegółowo postrzegającej rzeczywistość, będącej przeciwwagą nihilizmu.

Wkrótce nakładem wydawnictwa a5 Krystyny i Ryszarda Krynickich ukaże się tom nowych wierszy Janusza Szubera "Biedronka na śniegu", natomiast Wydawnictwo Literackie przygotowuje kolejny zbiór jego utworów "Okrągłe oko pogody". 	j.s.


