UGANDA

Fanatyczny watażka Joseph Kony wysyła do boju z ugandyjską armią młode dziewczyny i chłopców. Nastolatki - otumanione ideologią i strachem - rabują, porywają i zabijają.

Dzieci z armii Boga

SYLWESTER WALCZAK

z Gulu (północna Uganda)

Florence Lala ma 14 lat, okrągłą twarz i cichy, nieśmiały głos. Kiedy mówi, odwraca twarz i nie patrzy nam w oczy. Z jej spokojnej, beznamiętnej opowieści wyłania się obraz tragedii, która od 10 lat jest codzienną rzeczywistością dla setek tysięcy mieszkańców północnej Ugandy.

- Po raz pierwszy przyszli do nas w lutym 1997 roku - wspomina Florence. - Szukali mojego brata, żołnierza ugandyjskiej armii. Ukryliśmy się z mamą w buszu, ale znaleźli nas. Zabrali mnie ze sobą. Wkrótce potem wpadliśmy w zasadzkę. Wybuchła strzelanina, w zamieszaniu udało mi się uciec. Wróciłam do domu. Po dwóch tygodniach przyszli ponownie. Zabrali z domu mnie i mojego ojca. Ojciec nie miał pieniędzy, żeby się wykupić, więc go zastrzelili. Mnie też chcieli zabić, ale przekonałam ich, że nie chciałam uciec, tylko zgubiłam się w czasie ataku. Jeden z komendantów powiedział, żeby mnie oszczędzić.

Prosto na kule

Siedzimy w małym pokoiku, w ośrodku pomocy dla dzieci doświadczonych przez wojnę w mieście Gulu w północnej Ugandzie.

- Te dzieci przeszły przez piekło - mówi Mark Avola, szef ośrodka prowadzonego przez organizację charytatywną World Vision. - Zostały porwane ze swych domów w wieku 9, 12 lub 15 lat. Często widziały śmierć swych najbliższych. Były torturowane i bite. Zmuszano je do wielotygodniowych marszów przez busz, w czasie których wiele zmarło z wyczerpania i głodu.

Porwane w Ugandzie dzieci rebelianci prowadzili do swych obozów w południowym Sudanie. Tam przechodziły one kilkumiesięczne szkolenie ideologiczne i wojskowe. Dziewczynki oddawano jako żony rebelianckim oficerom, ale przez cały czas musiały być gotowe do walki. - Niektóre szły w bój z niemowlętami na plecach - mówi Avola. Po jakimś czasie składające się z dzieci oddziały przechodziły z powrotem do Ugandy. Pod czujnym okiem komendantów brały udział w napadach, rabunkach, porwaniach i starciach z ugandyjską armią. Do ataku szły wyprostowane, nie kryjąc się przed kulami. - Mówili nam, żebyśmy się nie bali, bo chroni nas Duch Święty - wspomina Florence.

Przed wyruszeniem do Ugandy wszyscy uczestniczą w specjalnym rytuale namaszczenia świętym olejem. - Potem modliliśmy się do pewnej góry, aby osłabiła armię ugandyjską - mówi Florence. Wkrótce po przybyciu do Sudanu, kiedy nie miała jeszcze 13 lat, została oddana za żonę oficerowi rebelianckiego wywiadu o imieniu Ayel. Po prawie roku szkolenia wojskowego dostała do ręki broń i wraz ze 100-osobowym oddziałem przeszła do Ugandy w okolicy Parajoku.

Do ośrodka prowadzonego przez organizację charytatywną World Vision trafiają przede wszystkim dzieci porwane przez Lord's Resistance Army. Pomocy w powrocie do normalnego życia szukają tu jednak czasem także dorośli mężczyźni.

SYLWESTER WALCZAK

Rebelia dziesięciu przykazań

Początków rebelii należy szukać w 1986 roku, wkrótce po tym, jak obecny prezydent Ugandy, Yoweri Museveni, obalił Miltona Obote. Zamieszkujący północną część kraju lud Acholi, który stanowił podporę władzy Obote, z nieufnością przyjął rządy Museveniego. Wielu Acholi przyłączyło się do millenarystycznego Ruchu Ducha Świętego, założonego przez charyzmatyczną kobietę-proroka Alice Lakwenę. Alice poprowadziła rzesze swych zwolenników na Kampalę, ale w roku 1988 zostali oni rozbici przez oddziały Museveniego. Od tego czasu Alice przebywa na wygnaniu w Kenii, a większość żołnierzy jej powstańczej armii złożyła broń i wróciła do cywilnego życia.

W kraju pozostała garstka nieprzejednanych, zgrupowana wokół kuzyna Alice o nazwisku Joseph Kony. Pozbawiony charyzmy i poparcia społecznego, którym cieszyła się Alice, Kony terroryzował północną Ugandę do 1991 roku, kiedy resztki jego organizacji zostały rozbite i wycofały się do Sudanu. Po uzyskaniu pomocy Chartumu Kony podjął nową ofensywę w 1993 roku. Założył organizację o nazwie Lord's Resistance Army (co można przetłumaczyć jako Ruch Oporu Boga) i ogłosił, że jego celem jest zbudowanie państwa, opartego na 10 przykazaniach bożych. W roku 1995 jego ludzie zamordowali ponad 100 cywilów pod miejscowością Atiak. - Najgorzej było w 1996 - wspomina Oketch Bitek, reporter niezależnego dziennika "Monitor". - Tysiące ludzi przychodziły spać na ulicach i skrzyżowaniach w centrum Gulu. Bali się zostać w swych domach na obrzeżach miasta, bo tam panowali rebelianci Kony'ego.

- Rebelia jest praktycznie zdławiona, a na północy jest dziś bezpieczniej niż kiedykolwiek - powiedział nam w Kampali John Nagenda, rzecznik prezydenta Museveniego. - O tym, że prezydent chce ostatecznie rozwiązać ten problem, świadczy jego ostatnia propozycja amnestii dla Kony'ego i jego oficerów.

Rzeczywiście, bez większych obaw podróżowaliśmy po drogach między Gulu, Atiakiem, Adjumani i Moyo, na których jeszcze przed kilkoma miesiącami rebelianci palili samochody i mordowali pasażerów, obcinając im wcześniej nosy i uszy. Poczucie bezpieczeństwa wzmacniała obecność przy drodze dziesiątków wojskowych patroli.

Żołnierze boją się dzieci

- Wojsko boi się rebeliantów Kony'ego - ostrzegł nas Oketch Bitek. - Czasami zapowiadają, do której wioski przyjdą mordować, i armia trzyma się od tego miejsca z daleka. Teraz jest spokojnie, bo większość rebeliantów wycofała się do Sudanu. Podobnie bywało w poprzednich latach, jednak po kilku miesiącach partyzanci wracali i rzezie zaczynały się od nowa.

Miejscowy dowódca armii przyznał, że nie jest w stanie dać ludziom gwarancji bezpieczeństwa. Dlatego 300 tysięcy mieszkańców północnej Ugandy uciekło ze swych domów. Żyją w obozach dla uchodźców, takich jak Pabo na drodze z Gulu do Atiaku. W maleńkich glinianych lepiankach mieszka tu 40 tysięcy osób. W obawie przed rebeliantami nie wychodzą uprawiać pól. - Tydzień temu kilka osób, które odeszły za daleko od obozu w Pabo, zostało porwanych przez rebeliantów - mówi Oketch Bitek. - W kwietniu uprowadzili 40 osób niedaleko Purongo. Na szczęście większość wykorzystali tylko jako tragarzy do niesienia zrabowanych rzeczy i potem ich zwolnili.

- Władze nie przyznają się do porażek - mówi Oketch Bitek. - Twierdzą, że rebeliantów jest bardzo mało. Tymczasem wiadomo, że są ich tysiące. Czasami jednego dnia potrafi przejść z Sudanu do Ugandy 500 osób. Latem 1996 roku przez dwa dni mordowali ludzi w obozie dla sudańskich uchodźców w Acholpii, pod nosem wojskowego garnizonu w odległej o 12 km miejscowości Kilak. Żołnierze wiedzieli, co się dzieje, ale nie interweniowali.

Pokochać oprawcę

Armia nie była w stanie zapewnić ochrony ośrodka dla dzieci - ofiar wojny, prowadzonego w Gulu przez World Vision. - Rebelianci próbowali nas zaatakować, ale pomylili bramy i weszli do sąsiadów - mówi szef ośrodka Mark Avola. - W kilka dni potem ewakuowaliśmy się na południe, do dystryktu Masindi. W tej chwili jest tam drugi ośrodek, w którym wracające do normalnego życia dzieci uczą się zawodu. Uczymy ich krawiectwa, stolarki, naprawy rowerów, fryzjerstwa - wyjaśnia Avola. - Wiele chce ponownie podjąć naukę, ale szkoły nie funkcjonują. Poza tym właśnie one są ulubionym celem ataków rebeliantów Kony'ego.

W obu ośrodkach World Vision przebywa około 200 dzieci. - Często spotykają tutaj swych oprawców: dzieci, które ich porywały, torturowały, zabijały ich najbliższych - mówi Mark Avola. - Uczymy je pojednania, wybaczenia, miłości. Rozmawiają z psychologami, mówią o swych przeżyciach, a w wolnych chwilach śpiewają i tańczą. Po około dwóch miesiącach część dzieci wraca do swych wiosek. Często nie mają już rodziców i trafiają do dalekich krewnych. Czasami społeczność uważa je za morderców i nie chce ich zaakceptować. Słyszeliśmy o przypadkach zabijania zrehabilitowanych u nas dzieci przez krewnych ofiar rebeliantów. Przekonujemy ludzi, że te dzieci też są ofiarami wojny - wyjaśnia Avola.

Nie wrócę do domu

Mimo prania mózgu i groźby śmierci tysiące dzieci przy pierwszej okazji rzuca broń i ucieka z szeregów Lord's Resistance Army. Florence zrobiła to wkrótce po przejściu do Ugandy. - Złapali mnie i kazali jednemu z chłopców, żeby zabił mnie maczetą. Już miał to zrobić, ale komendant zdecydował, żeby darować mi życie. Ten chłopiec jest teraz tutaj, przyjaźnimy się - mówi Florence.

- Przez 6 miesięcy mieszkaliśmy w buszu, rabując żywność w okolicznych wioskach. Ludzie bali się nas i nie donosili armii, gdzie jesteśmy - wspomina Florence. - Przez cały czas planowałam ucieczkę, ale nie chciałam pójść do najbliższego garnizonu. Wcześniej napadliśmy na okolicznych i spaliliśmy im ciężarówkę. Bałam się, że mnie zabiją. Kiedy w końcu uciekła, poprowadziła armię do kryjówki swych dawnych kompanów.

- Mieli wtedy dużo nowych jeńców, których zostawili i uciekli - opowiada. - Żołnierze ścigali ich przez kilka dni, zabili dwóch. Chłopiec, który miał mnie zabić maczetą, skorzystał z okazji i uciekł do żołnierzy.

Po kilkutygodniowych przesłuchaniach Florence trafiła do ośrodka World Vision. Nie chce wracać do matki, która mieszka w wiosce Kitigum Matidi. - Od kiedy uciekłam, rebelianci dwa razy byli w naszym domu i pytali o mnie. Wiedzą, że poprowadziłam wojsko na ich kryjówkę. Chciałabym zamieszkać z moim krewnym w Kitgum, ale nie wiem, czy zechce mnie wziąć. Jest biedny - mówi cicho Florence. Kiedy odprowadzamy ją do jednego z dużych namiotów, w którym uratowane z piekła ugandyjskie dzieci śpią na piętrowych pryczach, spotykamy kilka jej koleżanek. Jedna z dziewczynek, drobna 13-latka, chodzi o kulach, ciągnąc za sobą zniekształconą lewą nogę. - Dostała szrapnelem podczas starcia z armią - mówi nasz przewodnik. - Miała dużo szczęścia, że w ogóle przeżyła.

Współpraca: Szymon Karpiński








