ODSZKODOWANIA 

Część Niemców niezbyt chętnie wsłuchuje się w roszczenia byłych ofiar nazizmu. Twierdzą, że nie chcą być postrzegani przez pryzmat tego, co się wydarzyło pół wieku temu.

Garnek, na którym siedział kanclerz Kohl

JERZY HASZCZYŃSKI 

z Berlina

Helmut Kohl był świadom, jak skomplikowana jest sprawa odpowiedzialności firm niemieckich za roboty przymusowe i inne zbrodnie nazizmu. To trochę jak z garnkiem z gotującą się zupą, na którym złowieszczo podskakuje pokrywka. W każdej chwili zupa może się wylać, a skutki są nie do przewidzenia. Dlatego Kohl najpierw trzymał pokrywkę, a potem nawet przysiadł na niej całym swym ciężarem.

Autor tego porównania - obserwator sceny politycznej, który jak kilku innych rozmówców wolał zachować anonimowość - uważa, że gdyby poprzedni kanclerz Niemiec widział możliwość kompromisowego rozwiązania tego problemu, starałby się go rozwiązać. Ale nie widział, więc siedział na garnku.

Mieli nadzieję,  że im się upiecze

- Inicjatywa powołania funduszu odszkodowawczego nie wynikła z tego, że świat stał się nagle lepszy, a przemysłowcy bardziej moralni. Bez nacisku z USA, działań lobbystycznych i skarg w sądach nic by nie było - twierdzi ten sam obserwator.

Ignatz Bubis, przewodniczący Centralnej Rady Żydów w Niemczech, mówi o nacisku ze strony amerykańskiej. Jego zdaniem bez tej presji prawdopodobnie nie ruszyłaby też wcześniej sprawa martwych kont w bankach szwajcarskich.

- To wstyd, że niemiecki przemysł i banki nie zdobyły się na to same, że musiała interweniować społeczność międzynarodowa - mówi Lothar Bisky, przewodniczący postkomunistycznej Partii Demokratycznego Socjalizmu (PDS). - Mam wrażenie, że ci, co się wzbogacili na pracy robotników przymusowych i więźniów obozów koncentracyjnych, mieli nadzieję, że im się upiecze, że nigdy nie będą musieli płacić.

W funduszu, który ma wypłacać odszkodowania, chce uczestniczyć zaledwie szesnaście przedsiębiorstw z setek tych, których ten problem dotyczy.

- Wszystkie przedsiębiorstwa i banki, które działały w Niemczech w czasach nazizmu, były w jakiś sposób związane z tym systemem. Jedne mniej, drugie bardziej. Dlatego do tworzenia funduszu powinno się zgłosić zdecydowanie więcej firm - uważa profesor Manfred Pohl, dyrektor Instytutu Historycznego przy Deutsche Banku.

Profesor Pohl przed kilkoma miesiącami poinformował opinię publiczną o odnalezieniu dokumentów, które dowodzą, że filia katowicka Deutsche Banku kredytowała część budowy obozu zagłady w Oświęcimiu. - Wiadomo, że dyrekcja filii w Katowicach wiedziała, do czego wykorzystywano te kredyty, czy wiedział zarząd banku w Berlinie, można na razie tylko spekulować - mówi dyrektor Instytutu finansowanego przez bank, ale zachowującego całkowitą niezależność badań.

Ten największy niemiecki bank (i jeden z dwóch, obok Dresdner Banku, który zdecydował się na udział w funduszu) od niemal dwudziestu lat interesuje się zasobami swoich archiwów z czasów nazizmu. Z doświadczenia profesora Pohla wynika, że z hitleryzmem przede wszystkim powiązane były przedsiębiorstwa budowlane, banki i kasy oszczędnościowe oraz towarzystwa ubezpieczeniowe.

- Ale współpracowały wszystkie firmy - powtarza dyrektor Instytutu Historycznego DB. - Najważniejsze pytanie brzmi: w jakim stopniu poszczególne z nich były zaangażowane w nazizm? To trzeba badać na wielką skalę. Nie można ograniczać się do niewielkiej grupy przedsiębiorstw, bo w ten sposób fałszuje się historię.

W wielkich przedsiębiorstwach niemieckich można usłyszeć, że twierdzenie, iż od półwiecza nie poczuwały się do rozwiązania kwestii odszkodowań za pracę przymusową w czasie drugiej wojny, są nieuzasadnione.

- W przypadku DaimleraChryslera (przed fuzją z amerykańskim Chryslerem - Daimlera Benza) żaden międzynarodowy nacisk nie jest potrzebny - zapewnia Ursula Mertzig, przedstawicielka tego koncernu zajmująca się problemem pracy przymusowej. Dodaje, że jej firma już dawno wyraziła żal z powodu wykorzystywania pracowników przymusowych.

Szefowie Daimlera podkreślają, ile od lat osiemdziesiątych koncern zrobił dla organizacji pomagających byłym robotnikom przymusowym. Przekazał 10 milionów marek dla Jewish Claims Conference, 5 milionów na dom spokojnej starości w Polsce, wspierał finansowo Czerwony Krzyż i inne organizacje.

- Mamy dobre kontakty z naszymi byłymi robotnikami przymusowymi - mówi Ursula Mertzig.

O mającym już długoletnią historię rozliczaniu się z problemem prac przymusowych wspomina się nie tylko u Daimlera. Opowiadano mi, że jeden z niemieckich koncernów "rozliczył się" ze swoimi byłymi robotnikami, zapraszając ich do Niemiec. Przyjechali z Europy Środkowej i Wschodniej, gdzie mieli emerytury wartości kilkudziesięciu marek. A tu zamieszkali na koszt koncernu w wielogwiazdkowym hotelu (po kilkaset marek doba) i przez tydzień żyli w luksusie, uczestnicząc w organizowanych dla nich przyjęciach, na których podawano wykwintne dania, nieznane im wcześniej nawet ze słyszenia.

Wątek prawny i moralny

Część Niemców niezbyt chętnie wsłuchuje się w roszczenia byłych ofiar nazizmu. - Przecież już tyle zapłaciliśmy - słyszałem od kilku osób urodzonych po wojnie. Zazwyczaj nie odróżniają zobowiązania firm od zobowiązań państwa niemieckiego. Gdy się im wskaże różnicę, nie bronią koncernów. Bronią siebie samych - nie mają nic wspólnego z wojną i nazizmem, nie chcą, by oni i ich naród byli postrzegani przez pryzmat tego, co się wydarzyło ponad pół wieku temu.

Część Niemców mówi stanowczo: już dość tego kluczenia, niech przedsiębiorcy zrobią wreszcie to, co powinni zrobić dawno. - Nie chcę, by z tym borykały się jeszcze moje dzieci czy wnuki - podkreśla polityk w średnim wieku.

- Co pewien czas słychać opinię, że Niemcy wywołali wojnę, a teraz powodzi im się bardzo dobrze, więc żeby było sprawiedliwie, powinni oddawać część dóbr innym, biedniejszym. To niewłaściwe podejście - mówi urodzony w czasie wojny adwokat Lothar de Maiziere (ostatni premier NRD).

De Maiziere unika moralnej oceny tego, że przez tyle lat nie załatwiono sprawy pracy przymusowej. Uważa, że jedną z przyczyn tak późno podjętej próby ze strony przedsiębiorstw jest ograniczona suwerenność, jaką do 1990 roku miały państwa niemieckie.

- Nie jesteśmy spadkobiercą prawnym przedsiębiorstwa, które wykorzystywało pracę robotników przymusowych - tłumaczy się wiele firm. Nazwy są te same lub podobne, ale "nie ma ciągłości prawnej". Koncern DaimlerChrysler wychodzi z założenia, że w czasie wojny nie decydował sam o sobie, że pracował zgodnie z zasadami realizowanej przez Trzecią Rzeszę gospodarki wojennej, a spadkobiercą tamtego państwa niemieckiego jest RFN.

Dresdner Bank informował, że nie ma pewności, czy jest następcą prawnym wojennego Dresdner Banku, posądzanego o finansowanie SS. Kancelaria adwokacka Dietera Wissgota, która reprezentuje tysiące polskich ofiar nazizmu, uważa, że takie tłumaczenia to kpina z ofiar.

Adwokat Lothar de Maiziere, który zajmował się sprawą ukraińskich robotników przymusowych, mówi, że problem ciągłości prawnej jest niezwykle skomplikowany: - Wiele przedsiębiorstw nie istnieje. Są też takie, które w NRD zostały znacjonalizowane i teraz mają nowych właścicieli. Niektóre przedsiębiorstwa korzystały z oferty SS, która traktowała więźniów obozów jak swoją własność i wynajmowała ich do pracy. Firmy te za wynajętych do pracy więźniów płaciły SS, a więc finansowały poprzez nią machinę wojenną. Nie ma jednak jednoznacznego związku między byłym pracownikiem przymusowym a dzisiejszą firmą - uważa de Maiziere.

Koncerny, które zdecydowały się utworzyć fundusz odszkodowawczy, podkreślają, że z prawnego punktu widzenia nie musiały tego robić, że prawne roszczenia finansowe ich nie dotyczą. Ale chciały to uczynić - co jest wynikiem ich dobrej woli. Wszystko więc sprowadza się do wątku moralnego.

Fundusz czy raczej inicjatywa na rzecz funduszu niemieckich przedsiębiorstw nazywa się "Pamięć, Odpowiedzialność i Przyszłość". W nazwie nie ma "odszkodowań".

Także w projekcie działalności funduszu nie wspomina się o odszkodowaniach, lecz o "świadczeniach" (Leistungen), często z dodatkiem "moralne". - O odszkodowaniach można mówić w odniesieniu do rządu federalnego, który je zresztą realizował - tłumaczy Ursula Mertzig.

W dyskusjach o zadośćuczynieniu za zbrodnie nazizmu ze strony niemieckiej pada jeszcze inny argument - przedawnienie. Ignatz Bubis mówi, że z punktu widzenia prawa można się powoływać na przedawnienie, ale nie znaczy to, że i w moralności obowiązuje ta zasada. Dlatego - uważa przewodniczący Centralnej Rady Żydów w Niemczech - szesnastu koncernom, które mimo wszystko zadeklarowały chęć wypłacenia świadczeń byłym robotnikom przymusowym, należy się uznanie.

Sielankowa wizja  pracy przymusowej

Z rozważań o odszkodowaniach czy świadczeniach strona niemiecka z góry wyłączyła połowę zainteresowanych - robotników przymusowych, którzy pracowali na roli. - Po pierwsze, to nikt nas nie pytał, czy jesteśmy zainteresowani takim funduszem. Nie zgłosił się do nas zajmujący się tą sprawą szef Urzędu Kanclerskiego Bodo Hombach - mówi Michael Lohse, rzecznik Związku Rolników Niemieckich.

Ale gdyby nawet się zgłosił, to i tak nic by z tego nie wynikło. Michael Lohse argumentuje: związek powstał cztery lata po zakończeniu wojny i nie wziął na siebie zobowiązań istniejących wcześniej organizacji rolniczych; największe gospodarstwa korzystające z pracy przymusowej znalazły się po wojnie na terenie Polski lub NRD, w zupełnie innych rękach; właścicieli zmieniło też wiele gospodarstw na zachodzie, w których w czasach nazistowskich pracował zazwyczaj jeden lub dwóch robotników przymusowych, w stosunku do nich nie używa się zresztą nazwy robotnik przymusowy (Zwangsarbeiter), lecz robotnik obcokrajowiec (Fremdarbeiter).

Ale czy Fremdarbeiter nie był po prostu jednym z Zwangsarbeiterów? - Można tak powiedzieć - przyznaje Michael Lohse - ale jego praca była zupełnie inna niż w obozach czy fabrykach. Bez straży, bez lufy przy głowie.

Rzecznik Związku Rolników przedstawił mi nawet sielankową wizję pracy w małych gospodarstwach na zachodzie Niemiec, w których "pracownicy należeli do rodziny". O wielu poniżających zakazach, które obowiązywały Fremdarbeiterów, i wielu innych niegodziwościach, które ich dotykały, nie wspomniał.

Sprawa prac przymusowych nie była rozwiązana także w Niemieckiej Republice Demokratycznej. - W NRD uczono nas, że nazizm był ostatnią fazą imperializmu kapitalistycznego. Mówiono, że naziści żyli potem na zachodzie, w RFN, a na wschodzie zostali ci, których trzymano za Hitlera w obozach i więzieniach. Panowało zatem przekonanie, że my w NRD jesteśmy zwycięzcami historii, a nie sprawcami zbrodni nazistowskich - opowiada ostatni premier nie istniejącego już państwa Lothar de Maiziere.

W kwietniu 1990 roku parlament enerdowski wydał uchwałę, w której przyznawano, że Niemcy z NRD są częścią narodu ponoszącego odpowiedzialność za holokaust.

Lider postkomunistów Lothar Bisky przyznaje, że NRD - "która powstała jako państwo antyfaszystowskie" - nie płaciła robotnikom przymusowym: - Trzeba jednak dodać, że wielkie banki i wielkie przedsiębiorstwa, które korzystały z pracy przymusowej, nie pozostały w NRD. Oczywiście współodpowiedzialni za zbrodnie żyli w obu częściach Niemiec.

Fundusz  może nie powstać

Ignatz Bubis obawia się, że fundusz może w ogóle nie powstać: - Mój sceptycyzm związany jest z jednym zdaniem, które znalazło się w projekcie funduszu [przedstawionego 10 czerwca - przyp. red.]. Jest w nim mowa o "nieodzownym warunku" założenia funduszu i przygotowania się do wypłat. Chodzi o gwarancję, że roszczenia takie nie pojawią się w przyszłości.

- Kto jednak może to zagwarantować? - zastanawia się przewodniczący Centralnej Rady Żydów.

- Bezpieczeństwo prawne to bardzo ważny punkt. Ale przedstawiony projekt to pierwszy szkic, który jest przedmiotem dyskusji - mówi Ursula Mertzig z DaimleraChryslera.

- Jeżeli wszyscy podejdą do tematu z życzliwością, to fundusz ma szansę powstać - podkreśla Ursula Mertzig. - Ale gdy tylu mówi: "To nam nie wystarcza, to nie tak ma wyglądać, tego nie chcemy", to czy warto sobie zadawać trud powoływania go do życia?

Teoretycznie jest jeszcze szansa na dotrzymanie planowanego wcześniej terminu pierwszych wypłat - 1 września, w sześćdziesiątą rocznicę wybuchu wojny.

- Kanclerz Gerhard Schroder spodziewał się, że z powstawaniem funduszu będą kłopoty - mówi wspomniany na początku obserwator sceny politycznej - dlatego nie chciał, by go z tym identyfikowano.


