Świat nie interesował się wojną partyzancką w dalekim Kaszmirze. Dziś, gdy trwają zaciekłe starcia na granicy pakistańsko-indyjskiej, boi się nuklearnej eskalacji.

Krwawe wzgórza

Piloci indyjscy opowiadali, że Pakistańczycy nawet podczas bombardowań nie przerywali modłów, które odprawiali we właściwych porach na odkrytym terenie. Na zdjęciu: kaszmirscy bojownicy w pobliżu miejscowości Kargil.

AP

TADEUSZ MILLER

Pięciu żołnierzy pod dowództwem porucznika Saurabha Kalii wyruszyło na początku maja patrolować góry w okolicach Kargilu. Z patrolu nigdy nie wrócili. W miesiąc później armia pakistańska oddała rodzinom ciała żołnierzy w drewnianych skrzynkach. Mieli poobcinane nosy, uszy, genitalia i wydłubane oczy. Takich skrzynek pojawia się w Indiach i Pakistanie coraz więcej, w miarę jak konflikt zbrojny między obydwoma krajami narasta i nabiera coraz zacieklejszego charakteru.

- Posiekamy ich na kawałki - obiecywali koledzy z jednostki porucznika Kalii, mając na myśli pakistańskich intruzów. Wyruszające na front oddziały Gurkhów armii indyjskiej unoszą w górę zakrzywione noże khukri w geście groźnego powitania. Gurkhowie są bezwzględni. Kiedy podczas wojny falklandzkiej ich oddziały, stanowiące część inwazyjnej armii brytyjskiej, zdobyły pierwszą linię okopów argentyńskich, poobcinali poległym wrogom głowy, po czym wrzucili je do drugiej linii okopów.

Po drugiej stronie linii, która kiedyś była linią zawieszenia broni, zaciętość jest nie mniejsza. Piloci indyjscy opowiadali, że "pakistańscy intruzi", jak ich nazywają w Delhi, nawet podczas bombardowań nie przerywali modłów, które odprawiali we właściwych porach na odkrytym terenie. "Ci ludzie mają motywację" - przyznają indyjscy dowódcy. To zrozumiałe, bo "bojownicy o wolność", jak określa się ich w Islamabadzie, toczą dżihad, islamską świętą wojnę. Zwycięstwo podczas takiej wojny jest dla muzułmanina wielką cnotą, śmierć zaś gwarancją przekroczenia bram raju. Podobno wśród bojowników muzułmańskich znajduje się sporo kobiet.

Porażka wywiadu

Konflikt na linii zawieszenia broni, który rozpoczął się z początkiem maja, zaskoczył Delhi. Po lutowej wizycie premiera Atala Behariego Vajpayee w Lahore i jego serdecznych uściskach z premierem Pakistanu Nawazem Sharifem wydawało się, że oba kraje zmierzają do porozumienia. Ukuto nawet określenie "duch Lahore" mające oznaczać nowy początek w rozwiązywaniu trudnych problemów, które nawarstwiły się między obydwoma państwami w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat. Dziś w Delhi mówi się, że kiedy premierzy wygłaszali przyjazne toasty, armia pakistańska zajęła się przesuwaniem linii zawieszenia broni kilka kilometrów w głąb terytorium indyjskiego.

Nie jest to operacja prosta, bo na tym odcinku linia przebiega wierzchołkami gór na wysokości 5 - 6 tysięcy metrów. Zimą temperatura sięgająca 60 stopni poniżej zera uniemożliwia armii indyjskiej pobyt na tym terenie. Intruzom z Pakistanu, bo należy przyjąć, że przybyli z tego kraju, chociaż nie wiadomo, czy są członkami regularnej armii pakistańskiej, jak się okazało nawet takie mrozy nie przeszkadzają. Od końca lutego na strategicznych szczytach w ten potworny ziąb chłostani huraganowymi wichrami bojownicy dżihadu ryli kryjówki i konstruowali betonowe schrony z prefabrykowanych elementów. Gromadzili żywność i broń. Kiedy wreszcie nadeszła wiosna i śniegi częściowo stopniały, na patrol wyruszył indyjski pluton, po którym ślad zaginął.

Wygląda na to, że przez kilka miesięcy władze indyjskie nie miały pojęcia o tym, co dzieje się na granicy. Minister obrony George Fernandes oświadczył, że pierwsze wieści o ruchach "podejrzanych osobników" przynieśli pasterze wypasający owce na halach w okolicach miasteczek Drass i Kargil. Później zwiad lotniczy potwierdził te wiadomości. W Delhi coraz częściej pytają więc, co robił w tym czasie indyjski wywiad. Z kręgów wywiadowczych płyną następujące wyjaśnienia: otóż wywiad informował, ale nikt tych informacji nie traktował poważnie. Ale według analityków dane wywiadu okazały się tak niejasne, że trudno byłoby na takiej podstawie podejmować konkretne decyzje. Wywiad, armia i politycy indyjscy przegapili bardzo poważne naruszenie linii zawieszenia broni, ukołysani do snu przekonaniem o własnej potędze atomowej i uspokajającymi zapewnieniami z Lahore.

Monologi głuchych

Oba kraje stoczyły trzy "pełnowymiarowe" wojny, a drobnych potyczek granicznych nie sposób nawet zliczyć. Obecna sytuacja jest jednak szczególna ze względu na intensywność walk i zaangażowanie indyjskiego lotnictwa. W Delhi określa się ją jako "niemalże wojnę". Specyficzność sytuacji i poziom zagrożenia zwiększa dodatkowo broń jądrowa, którą od maja ubiegłego roku obydwa kraje już oficjalnie posiadają. Silniejsze pod względem uzbrojenia konwencjonalnego Indie zapowiedziały, że w razie wojny z Pakistanem pierwsze nie użyją broni jądrowej. Islamabad nie daje takich obietnic. Minister informacji Pakistanu Mushahid Hussain Syed w czasie wywiadu dla BBC na pytanie, czy podobne gwarancje złoży również jego kraj, odpowiedział: "Pakistan zawsze miał pokojowe intencje i żywimy nadzieję, że nie dojdzie do takiej sytuacji".

Wojna w rejonie Kargilu jest wynikiem długoletnich zaniedbań i braku umiejętności oraz woli porozumienia się obydwu krajów w kwestii kaszmirskiej. W 1948 roku wyznający hinduizm maharadża Kaszmiru zdecydował się przyłączyć swój kraj do hinduskich Indii. Problem polegał jednak na tym, że znaczną większość jego poddanych stanowili muzułmanie. Podczas pierwszej wojny indyjsko-pakistańskiej, zaledwie w rok po uzyskaniu niepodległości przez obydwa kraje, Kaszmir został podzielony na część pakistańską i indyjską. Indie zachowały stolicę, Srinagar, leżącą w malowniczej dolinie. Srinagar i okolice są do dziś prawie w całości muzułmańskie. 

W 1989 roku w indyjskiej części Kaszmiru rozpoczął się ruch zbrojny, którego Indie dotąd nie potrafiły stłumić pomimo rozmieszczenia w tym stanie prawie pół miliona żołnierzy. Nie ulega wątpliwości, że wraz z upływem lat muzułmańscy powstańcy zyskiwali moralne i materialne wsparcie od pakistańskich służb specjalnych. Problem kaszmirski zdominował wszystkie inne aspekty stosunków dwustronnych. Już od półwieku przedstawiciele Indii i Pakistanu co jakiś czas spotykają się i "kontynuują dialog" w celu "znormalizowania stosunków". Kiedy dochodzi do kwestii kaszmirskiej, dialog zamienia się w monolog głuchych i obie strony trzymają się sztywno własnego stanowiska. Żadna nie chce pójść na ustępstwa i każda utrzymuje, że wielkim osiągnięciem jest już samo zainicjowanie rozmów.

Precyzyjny plan

Prawie wszyscy obserwatorzy najnowszych wydarzeń na subkontynencie indyjskim uznają, że obecny konflikt zainicjował Pakistan, wysyłając przez linię zawieszenia broni grupy uzbrojonych powstańców. Wygląda na to, że była to drobiazgowo przygotowana akcja, która  jak się wydaje, dotąd przynosi militarne i polityczne korzyści. Pod względem wojskowym osłabia Indie, które na ten niewielki, liczący zaledwie z górą sto kilometrów, odcinek granicy musiały ściągnąć kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy. Wojna w wysokich górach jest niezwykle skomplikowana z powodu wysokości i problemów logistycznych. Na jednego biorącego udział w walce żołnierza przypada co najmniej czterech innych zajmujących się transportem zaopatrzenia. Stosunek sił biorących udział w operacji wojsk indyjskich do  umocnionych na szczytach wzgórz mudżahedinów wynosi dziesięć do jednego i jest to minimum, jeśli Delhi chce pokonać napastników. Okazuje się jednak, że Indiom brakuje żołnierzy, którzy nie tylko byliby w stanie walczyć, ale po prostu zdołaliby przetrwać na wysokości powyżej 3,5 tysiąca metrów nad poziomem morza. Żołnierze ściągnięci naprędce z nizin są tu bezużyteczni.

Ludzkie koszty tego konfliktu nie są dotąd znane, ale muszą być bardzo wysokie. Według strony indyjskiej armii tego państwa udało się w ciągu ostatnich dwóch tygodni wyprzeć intruzów z kilku punktów strategicznych po wschodniej stronie linii zawieszenia broni. Była to trudna i krwawa operacja, często dochodziło do walki wręcz. Te informacje niełatwo jednak potwierdzić, ponieważ dziennikarze zagraniczni nie mają dostępu do rejonu walk.

Również ponoszone przez Delhi koszty polityczne są znaczne. Przez lata podczas rozmów o sposobie rozwiązania problemu kaszmirskiego główną przyczynę kontrowersji stanowiła ewentualna mediacja strony trzeciej. Pakistan nalegał na przyjęcie mediatora, aby ułatwić proces porozumienia. Jednak Indie zdecydowanie odrzucały tę propozycję, uważając, że jest to problem, który dotyczy wyłącznie Indii i Pakistanu. Sytuację zmieniły jednak próby jądrowe na subkontynencie. O ile wcześniej świat nie interesował się szczególnie wojną partyzancką w dalekim Kaszmirze - według danych pakistańskich w ciągu dziesięciu lat walk zginęło około 60 tys. Kaszmirczyków - o tyle obecnie zaciekłe starcia graniczne nie mogą pozostać bez echa. Świat obawia się nuklearnej eskalacji. Siłą rzeczy więc kwestia kaszmirska przestaje być problemem jedynie dwóch stron. Ze strony Islamabadu jest to pewien rodzaj atomowego szantażu i dopiero czas pokaże, jak dalece jest on skuteczny.

Już dziś koszty wojny są ogromne. Obydwie strony wystrzeliły dziesiątki tysięcy pocisków artyleryjskich. Indie, które straciły dwa samoloty i helikopter, oceniają dzienne wydatki na wojnę w Kargilu na cztery miliony dolarów. Rządzącej koalicji zależy na zwycięskim zakończeniu wojny z Pakistanem jeszcze przed zaplanowanymi na wrzesień wyborami powszechnymi. Jeśli ten plan się nie powiedzie, to szanse koalicji na zwycięstwo wyborcze gwałtownie stopnieją.

Hindusi odzyskali Górę Tygrysa

Prezydent Bill Clinton rozmawiał w niedzielę w Waszyngtonie o wzroście napięcia w Kaszmirze z premierem Pakistanu Nawazem Sharifem. Tego samego dnia Indie oznajmiły o zdobyciu strategicznego szczytu w Himalajach w północnej części spornego terytorium.

Podróż szefa rządu pakistańskiego została uzgodniona w czasie rozmów telefonicznych, jakie Clinton przeprowadził w sobotę z Sharifem i premierem Indii Atalem Beharim Vajpayee. Rzecznik Białego Domu podał, że trzej przywódcy byli zgodni, iż sytuacja w Kaszmirze jest niebezpieczna i że może dojść do eskalacji konfliktu, jeśli spór nie zostanie zażegnany. Stany Zjednoczone wezwały Pakistan, by doprowadził do wycofania zbrojnych grup, które w maju zajęły pozycje w górach po indyjskiej stronie dzielącej Kaszmir linii demarkacyjnej.

Wizyta w Waszyngtonie jest dla premiera Sharifa dość kłopotliwa z uwagi na antyindyjskie nastroje w Pakistanie. Tamtejsza opinia publiczna popiera grupy bojowników islamskich, którzy przeniknęli do indyjskiego rejonu Kargil w Himalajach. Nakłonienie ich do wycofania się z zajmowanych pozycji może osłabić prestiż szefa rządu pakistańskiego. Zdaniem obserwatorów w Waszyngtonie Clinton zapewne obiecał Sharifowi zniesienie niektórych ograniczeń w pomocy gospodarczej i wojskowej dla Pakistanu, jeśli doprowadzi do złagodzenia sporu z Indiami.

Clinton zaprosił na rozmowy do Waszyngtonu również premiera Indii, ale Vajpayee odpowiedział, że w obecnej sytuacji nie może opuszczać kraju.

Armia indyjska odbiła w niedzielę po ciężkich walkach strategiczną Górę Tygrysa wysokości 4590 m n. p. m., zajmowaną od 9 maja przez propakistańskich partyzantów. W walkach zginęło od soboty 23 żołnierzy indyjskich, w tym trzech oficerów. Pakistan stracił 21 żołnierzy - podano w Delhi. Władze indyjskie poinformowały również o zatrzymaniu północnokoreańskiego statku wiozącego do Pakistanu maszyny i narzędzia precyzyjne, które mogą być używane do produkcji części rakiet.

Z powodu walk w Kaszmirze Francja zapowiedziała wstrzymanie dostaw do Pakistanu myśliwców bombardujących typu "Mirage". Paryż wezwał władze w Islamabadzie do okazania dobrej woli i uczynienia gestu, który zachęciłby Indie do wznowienia rozmów pokojowych.

S. G., REUTERS, AFP, DPA


