USA

Uciekinierzy z "Zawiszy Czarnego" stali się bohaterami mediów. Przez wiele lat zmagali się z mitem "polskich żeglarzy".

Wielka ucieczka

Waldemar Kaczmarski dziś

JAN PALARCZYK

JAN PALARCZYK z San Francisco

Dzień Niepodległości to w Stanach Zjednoczonych święto szczególne. 4 lipca w całym kraju odbywa się wielki festiwal wolności, po południu trwa pokaz ogni sztucznych, a przed kamerami i mikrofonami ustawiają się imigranci, którzy opowiadają, z jakiego trudu i cierpienia wyzwoliła ich Ameryka, jak w nowym kraju odnaleźli szczęście, spokój i godziwy zarobek. Są to ulubione programy Amerykanów - tego dnia tysiące cudzoziemców podnoszą prawą rękę w geście przysięgi, by stać się obywatelami Stanów Zjednoczonych.

Piętnaście lat temu do portu w Detroit zawinął "Zawisza Czarny", aby swą obecnością uświetnić polski festiwal przy Hart Plaza. Polski żaglowiec przypłynął z Kanady szlakiem wodnym rzeki św. Wawrzyńca oraz jezior Ontario i Erie. W Detroit witała go Polonia. "Zawisza" zabierał na pokład gości i odbywał z nimi krótkie rejsy po rzece. Niejaki Roman Rewald, amerykański prawnik polskiego pochodzenia, zabrał w taką podróż swoją dziewczynę, Paulę Gribbs. Na statku poznał żeglarza, któremu zostawił swą wizytówkę. Rewald był adwokatem w prestiżowej firmie Lopatin, Miller & Plunkett. Firma zajmowała wieżowiec z widokiem na Hart Plaza i rzekę Detroit.

We dwóch raźniej

Był sierpień 1984. W trakcie pożegnalnej nocy "Zawiszy" w Detroit - jacht odpływał rano do Toronto - Waldemar Kaczmarski z Nowej Soli, 23-letni student architektury Politechniki Wrocławskiej, ów żeglarz, któremu Rewald zostawił wizytówkę, podszedł do kapitana i powiedział, że schodzi na ląd. Kapitan Jan Sauer dał mu pół godziny na zastanowienie się i podjęcie decyzji. - Chciałem grać fair - wspomina dziś Kaczmarski. - Wróciłem, podziękowałem mu za to, że był kapitanem, i powtórzyłem, iż opuszczam statek. Kapitan strasznie się wtedy zdenerwował, zwyzywał mnie od najgorszych i powiedział, żebym się wynosił. A potem dodał, że nie wyda mi paszportu, bo dokument ten jest własnością Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej i do niej należy.

Parę minut przed północą 12 sierpnia 1984 roku Kaczmarski zszedł z pokładu "Zawiszy". Towarzyszył mu 25-letni Grzegorz Sołowiej, student ostatniego roku budownictwa na politechnice w Rzeszowie. - We dwójkę ucieka się łatwiej. Byliśmy bez dokumentów. W kieszeniach mieliśmy razem może 20 dolarów.

Polonia żegnała jacht, który z Kanady miał powrócić do Gdańska. - Na molo poprosiliśmy jakichś Polaków, by wzięli nasze podręczne torby.

- Nocą chodziliśmy po centrum Detroit i było jak w "Emigrantach" Mrożka. Tam i z powrotem, chociaż nie było nikogo. Staraliśmy się chodzić szybko i zdecydowanie, bo jak się idzie szybko, to znaczy, że się dokądś zmierza. A my chodziliśmy tak donikąd do piątej nad ranem.

Kiedy zaczęło świtać, poszli na kawę na pokład innego polskiego jachtu. - Czy wiecie o tym, że dwóch z "Zawiszy" dało tej nocy nogę? Uciekinierzy udali zdziwienie.

Jak przechytrzyć  "federalnych"

W poniedziałek 13 sierpnia rozpoczął się wyścig z czasem. Kapitan "Zawiszy" zawiadomił straż graniczną o ucieczce dwóch członków załogi. Straż powiadomiła urząd imigracyjny INS. "Federalni" zarządzili obławę. - To nie są żadni prześladowani żeglarze, to są kadeci - mówił potem mediom rzecznik federalnego urzędu.

Zarówno Kaczmarski, jak i Sołowiej nie przypłynęli na pokładzie "Zawiszy" z Gdańska. Do Kanady przylecieli z Warszawy samolotem i na pokład weszli w Quebecu jako żeglarze praktykanci. - Mam gotowy helikopter i jak tylko ich znajdziemy, zaraz odstawimy na jacht - odgrażał się szef urzędu INS w Detroit, James Montgomery.

O 9.00 rano Kaczmarski wyciągnął z kieszeni wizytówkę, podszedł do telefonu przy słupie na Hart Plaza i zadzwonił do firmy Rewalda.

- May I help you? - zapytała sekretarka.

- Kobieto, żebyś ty wiedziała, jak możesz mi pomóc - pomyślał nie mówiący jeszcze po angielsku uciekinier i wydukał do słuchawki swoje nazwisko. O dziwnym telefonie firma zawiadomiła prawnika. W gabinecie jego szefa znajdowała się luneta. Polak zaczął przez nią oglądać teren Hart Plaza. Polecił, by wszystkie telefony były przełączane bezpośrednio do niego. Kiedy na biurku zadzwonił telefon, Rewald namierzył lunetę na słup z aparatem telefonicznym, gdzie stali dwaj żeglarze. - Nie ruszajcie się stamtąd ani na krok - polecił i zadzwonił do swej ukochanej. Chodziło o to, kto pierwszy dotrze do uciekinierów.

Mecenas Paula Gribbs była szybsza od "federalnych". Wsadziła dwóch żeglarzy do swego samochodu. Przez telefon komórkowy połączyła się z urzędem INS, by uprzedzić, że wiezie "swoich klientów", którzy złożą wniosek o azyl polityczny. Tym samym uciekinierzy uzyskali chwilową "nietykalność". Władze federalne nie ukrywały potem w mediach swej wściekłości. Dwudziestoparoletni chłopcy z "Zawiszy" nie mogli bowiem lepiej trafić: Paula była córką byłego burmistrza Detroit, a potem sędziego Sądu Apelacyjnego w Michigan. I dziewczyna postawiła całe Detroit na nogi.

Media oszalały

- W tym urzędzie przesłuchania trwały parę godzin - wspomina Kaczmarski. - Chodzili koło nas agenci z wielkimi rewolwerami u pasa. Jakaś Murzynka zadawała nam pytania z formularza, a my musieliśmy na nie odpowiadać. Na koniec stwierdziła, że nie mamy podstaw do azylu i że możemy wracać do Polski. A wtedy Paula powiedziała, że w takim razie złożymy uzupełniające zeznania na piśmie, ale potrzebujemy na to parę dni. I tak też się stało.

Na schodach urzędu czekała na nich pierwsza ekipa telewizyjna, potem druga, trzecia. W swoim biurze Rewald zorganizował uciekinierom konferencję prasową. - "Polscy żeglarze" mają niezwykle małe szanse na otrzymanie azylu - mówił dziennikarzom. - Przeciwko nim działają statystyki.

Rewald poprosił o pomoc swego kolegę Mariusza Ziomeckiego z "Detroit Free Press". - Tak jak rodzimy się i umieramy bez doświadczenia, także uciekamy, nie wiedząc, jak to należy właściwie zrobić - wyjaśniał Ziomecki na drugi dzień na łamach tej gazety. Ktoś inny przypominał, że minęło dopiero 5 tygodni od wielkich obchodów Święta Niepodległości w Detroit.

Wtedy amerykańskie media oszalały. Zejście na ląd po trapie zacumowanego "Zawiszy" zamieniło się w "skok ze statku", "wybór wolności", "brawurowy czyn". Telewizja pokazywała "Zawiszę" na festiwalu, a potem uciekinierów jeszcze wśród załogi, na koniec zaś - już na wolności i bez swego jachtu. Była to jedna z najlepiej sfilmowanych "ucieczek" w historii mediów w Detroit. O "polskich żeglarzach" nakręcone zostały wtedy setki metrów taśmy. Stali się bohaterami metropolii.

Azyl dla żeglarzy

Był to rok wyborów. W Białym Domu urzędował Ronald Reagan. - Zrobię wszystko, aby pomóc "polskim żeglarzom" - zapewniał media demokratyczny senator Carl Levin - już rozmawiałem w tej sprawie z Departamentem Stanu. Prasa twierdziła, że na terenie Metro Detroit mieszka około 800 tys. wyborców polskiego pochodzenia. Za sprawą Ziomeckiego gazeta "Detroit Free Press" ogłosiła ankietę z pytaniem, czy "polscy żeglarze" powinni otrzymać azyl polityczny. Prawie wszyscy czytelnicy domagali się, aby Ameryka zatrzymała swych nowych bohaterów.

- Takie przypadki zdarzają się od czasu do czasu, ale nie towarzyszą im powody polityczne - mówił w mediach Jacek Gaca z Konsulatu PRL w Chicago. - Kapitan nas nawet o tej ucieczce nie zawiadomił.

- Przecież to nie jest zgodne z prawem. "Polscy żeglarze" winni złożyć wniosek o azyl po przekroczeniu granicy, czyli w Kanadzie, a nie dopiero w USA - coraz słabiej bronił się rzecznik urzędu INS.

Wobec tak wielkiej kampanii prasowej, nacisku polityków oraz przypuszczalnych monitów z Waszyngtonu szef urzędu James Montgomery poczuł, że traci grunt pod nogami. Uświadomił sobie, że nikt nie popiera stanowiska urzędu, a społeczność Detroit oczekuje happy endu. Wkrótce "polscy żeglarze" dostali azyl. Federalni przegrali pojedynek z Paulą Gribbs. Zwyciężyli uciekinierzy oraz ich prawnicy, którzy sprawę prowadzili bezpłatnie.

Ucieczka od sławy

Ceną wolności uciekinierów stała się utrata anonimowości. Telewizja towarzyszyła im, kiedy szli na zakupy lub na spacer z psem. Niewielu znało ich nazwiska, ale każdy mieszkaniec rozpoznawał na ulicy Sołowieja i Kaczmarskiego jako "polskich żeglarzy". Mijały lata, a oni podczas każdego Święta Niepodległości musieli znowu odgrywać swe role. Byli pod dużą presją. Przez pierwszy rok pracowali razem w fabryce. Potem ich drogi się rozeszły.

Grzegorz Sołowiej zmarł na zawał serca. Kaczmarski poznał prof. Jerzego Staniszkisa, który pomógł mu w kontynuowaniu studiów na uniwersytecie w Detroit. Dzięki Staniszkisowi został amerykańskim architektem. Ale kiedy nadchodził czwarty lipca, znowu musiał stawać przed kamerami. - Tego się już nie dało wytrzymać. Wszystko zaczynało się od nowa.

W 1989 roku Kaczmarski uciekł przed mitem "polskich żeglarzy". Z Detroit przeprowadził się do Kalifornii. - Zamieniłem cygańskie życie w światłach reflektorów na życie rodzinne w kalifornijskiej hacjendzie.

Co robią dzisiaj:

Roman Rewald i Paula Rewald Gribbs - małżeństwo prawników amerykańskich polskiego pochodzenia. Rewald jest wiceprzewodniczącym Polsko-Amerykańskiej Izby Handlowej. Mieszkają w Warszawie.

Mariusz Ziomecki - dziennikarz, szef "Komputer świat" (Alex Springer), mieszka w Warszawie.

Jerzy Staniszkis - emerytowany prof. architektury, mieszka w Warszawie, autor pomnika AK przed budynkiem Sejmu.

Waldemar Kaczmarski - architekt w Kalifornii, mieszka we własnym domu w Palo Alto z żoną i dwiema córkami.


