KENIA

Sao Gamba, absolwent łódzkiej szkoły filmowej, był świadkiem wielu okrucieństw popełnionych przez ludzi ugandyjskiego władcy

Filmowałem dyktatora Amina

SYLWESTER WALCZAK

z Hippo Valley (Kenia)

Kiedy zasiedliśmy do obiadu, w otwartym oknie pojawiła się małpa. "Trzeba na nią uważać, niedawno ukradła nam kilka rzeczy z kuchni" - powiedziała nasza gospodyni Joanna Gamba. "Przychodzą też do nas lwy, tygrysy, bawoły i lamparty, ale nie ma się czego bać" - dodał jej mąż, Sao Gamba, absolwent łódzkiej szkoły filmowej.

Siedzieliśmy w restauracji prowadzonego przez małżeństwo Gambów hotelu Hippo Valley Inn. Okrągłe, kryte strzechą budynki hotelu przypominają z zewnątrz masajską wioskę, jakich wiele można spotkać na sąsiadującej z posiadłością Gambów masajskiej Równinie Kitengela. Z drugiej strony Hippo Valley Inn graniczy z Parkiem Narodowym Nairobi. Jest to chyba jedyny park narodowy na świecie znajdujący się w administracyjnych granicach miasta. Przejeżdżając przez niego, widzieliśmy zebry, żyrafy, antylopy i strusie, spacerujące dostojnie po ciągnącej się po horyzont sawannie.

Po kolacji odprężony Sao zaczął opowiadać o swej krótkiej karierze filmowej w Ugandzie. Wkrótce po ukończeniu łódzkiej szkoły filmowej (w której studiował dzięki stypendium od rządu polskiego) został zatrudniony przez ugandyjskiego dyktatora Idiego Amina jako szef propagandy filmowej. "Przed spotkaniem przywódców państw Organizacji Jedności Afrykańskiej w Kampali Idi Amin polecił oczyścić ulice ugandyjskiej stolicy z żebraków - wspomina Sao. - Zadanie wykonał major Malia Mungu. Jego ludzie załadowali żebraków na ciężarówki, mówiąc im, że prezydent chce ich zaprosić na przyjęcie. Następnie żołnierze wywieźli żebraków dziewięcioma wielkimi ciężarówkami nad Wodospady Murchisona na północy Ugandy, gdzie rzucili ich na pożarcie krokodylom".

Sao pracował dla Idiego Amina przez kilkanaście miesięcy w latach 1972 - 73. W tym czasie był świadkiem wielu okrucieństw, niektóre z nich nawet rejestrował kamerą. "Kiedyś musiałem filmować, jak przywiązanego do deski człowieka rozcinano piłą tarczową" - mówił Sao. Innym razem major Malia Mungu poczęstował burmistrza jednego z miast cygarem. Kiedy tamten podziękował mówiąc, że nie pali, żołnierze odcięli mu penisa i wsadzili w usta.

Sfilmowane okrucieństwa były pokazywane w kronikach filmowych na prowincji, aby wzbudzić strach ludności przed Idim Aminem. Dla telewizji Sao produkował filmy sławiące osiągnięcia ugandyjskiego dyktatora. Pewnego dnia Amin zdecydował się wydalić z kraju kilkadziesiąt tysięcy Hindusów, co wywołało oburzenie społeczności międzynarodowej. Sao nakręcił wtedy film, w którym wypędzani Hindusi sławili Amina. "Mówili do kamery, że zawsze chcieli wyjechać, ale Wielka Brytania nie chciała ich wpuścić. - wspomina Sao. - Dopiero Idi Amin zmusił Londyn do przyjęcia posiadających brytyjskie paszporty Hindusów".

Idi Amin miał poczucie humoru. Odsuniętemu od władzy w wyniku afery Watergate prezydentowi Richardowi Nixonowi zaoferował azyl w Ugandzie. "Dam ci dom i drugą żonę" - napisał w depeszy do Nixona. Nawet wojnę z Tanzanią próbował rozstrzygnąć w niekonwencjonalny sposób. "Po co mają ginąć ludzie, skoro możemy całą sprawę załatwić na bokserskim ringu" - napisał Amin do prezydenta Tanzanii Juliusa Nyerere. Ten ostatni zamiast walki bokserskiej zaproponował partię szachów.

Ucieczka

Sao nie ukrywa, że swego czasu żywił wiele sympatii do Idiego Amina. "Dla najbliższego otoczenia to był bardzo miły człowiek, Afrykanie go kochali". Między innymi dlatego, że drwił w żywe oczy z przywódców mocarstw zachodnich. Przebywający z wizytą w Kampali brytyjski minister spraw zagranicznych James Callaghan musiał przeczołgać się pod bardzo niskim wejściem, aby dostać się do chaty, w której miał odbyć spotkanie z Aminem. Następnego dnia wszystkie ugandyjskie gazety zamieściły na pierwszych stronach odpowiedni fotomontaż, opatrzony triumfalnym tytułem: "Callaghan klęczy przed Aminem".

Kiedy zazdrośni Ugandyjczycy z otoczenia dyktatora zaczęli intrygować przeciw pochodzącemu z Kenii Sao, ten zdecydował się na ucieczkę z Ugandy, mimo że Amin obiecał mu całodobową ochronę. "Pomógł mi dyrektor lotniska, którego znałem ze studiów w Polsce - wspomina Sao. - Powiedziałem mu, że prezydent wysyła mnie z tajną misją, o której nikt nie może wiedzieć. Przeprowadził mnie bez kontroli paszportowej i zawiózł do samolotu własnym samochodem. Potem już tylko liczyłem minuty do startu."

W czasie studiów w Łodzi Sao poznał Joannę, swą obecną żonę. Dziś w Polsce studiują dwie córki państwa Gambów. Magda kończy w Gdańsku medycynę. Iza chce być dziennikarką, ale najpierw musi dobrze nauczyć się języka polskiego w szkole dla cudzoziemców w Łodzi.

Sao nakręcił kilkanaście filmów dokumentalnych. Zebrał za nie kilka nagród na festiwalach w Berlinie i w Lagos. W 1981 roku dostał nawet informację, że związek zawodowy "Solidarność" przyznał mu specjalną nagrodę za film o wizycie papieża Jana Pawła II w Kenii. Z powodu stanu wojennego w Polsce Sao nie był w stanie potwierdzić tej informacji ani odebrać nagrody.

Obrzędy na obrazach

Z powodu trudności z uzyskaniem funduszów na produkcję filmową w Kenii Sao odszedł od filmu i poświęcił się drugiej swojej pasji - twórczości artystycznej opartej na mitach i wierzeniach Afrykanów. 

W pokojach Hippo Valley Inn można podziwiać wiele obrazów Sao. Jeden z nich przedstawia ugandyjski rytuał bawnuma, podczas którego czarownik doprowadza zmarłą kobietę do urodzenia dziecka. Rytuał jest wynikiem przekonania niektórych plemion, że jeśli ciężarna kobieta umrze, nie wolno jej pogrzebać razem z noszonym przez nią dzieckiem. Ponieważ religia zabrania również rozcinania jej brzucha, szaman musi skłonić zmarłą do urodzenia dziecka. "Zdarza się, że dziecko przychodzi na świat żywe - mówi Sao. - Po urodzeniu wpada do rzeki i jeśli nie utonie (utonięcie jest oznaką opętania przez demony), to jest wychowywane przez rodzinę zmarłej".

Duch zaklęty w korzeniu

Z gór Ngong pochodzą też stare korzenie, które są materiałem do wykonywanych przez Sao rzeźb. Zanim trafią w jego ręce, leżą wiele lat w wodzie i piasku rzeki Athi. Dzięki temu twardnieją i nabierają kolorów: niektóre czernieją, inne stają się ciemnoczerwone. Sao twierdzi, że jego praca polega na wydobywaniu ukrytego w nich ludzkiego ducha. Najczęściej przybiera on postać zwierząt. Z pełnych skomplikowanej symboliki dzieł Sao wyłaniają się głowy słoni, krokodyli, hien, bawołów i innych mieszkańców sawanny. Na wykonanie jednej rzeźby Sao poświęca kilka miesięcy, pracując prawie codziennie od świtu do zmierzchu.

"Według tradycji afrykańskiej istota ludzka składa się z duszy (soul), ducha (spirit), umysłu (mind) i ciała (body). Po śmierci ciało zamienia się w popiół, dusza idzie do nieba, a duch i umysł ukrywają się w korzeniach drzew. Mogą one potem wejść w ciało nowo narodzonej osoby" - wyjaśnia Sao. Wkrótce zamierza otworzyć w Hippo Valley muzeum swych prac. Dlatego nie sprzedaje obrazów, których - jak twierdzi - i tak nikt nie zrozumie. "Rzeźby będę sprzedawał, muszę z czegoś mieć pieniądze na założenie muzeum" - uśmiecha się Sao znad kolejnego dzieła, nad którym pracuje już od czterech miesięcy. "A mógł wywieźć te filmy, które zrobił dla Amina - dodaje ze śmiechem Joanna. - Na pewno dobrze by je sprzedał i dzisiaj nie musiałby się martwić o pieniądze".

Współpraca: Szymon Karpiński


