ODSZKODOWANIA

Kompromis w sprawie rekompensat za pracę przymusową jest trudniejszy, niż oczekiwano 

Zanim padnie pytanie, "ile" 

KRZYSZTOF DAREWICZ 

z Waszyngtonu

Jeśli trzecia runda negocjacji w sprawie odszkodowań za pracę przymusową w III Rzeszy, która odbyła się na początku lipca w Waszyngtonie, przyniosła jakieś istotne rezultaty, to bodaj najważniejszy z nich sprowadza się do tego,  że uczestnicy i obserwatorzy rozmów zaczęli w końcu rozumieć, z jak bardzo skomplikowanym problemem mają  do czynienia. I że w związku z tym dotychczasowe oczekiwania na proste i szybkie rozwiązanie były nierealistyczne.

Nie chodzi tu zresztą wyłącznie o kwestię pracy przymusowej. Wydaje się, że negocjatorom towarzyszy coraz większa świadomość, że wypracowana przez nich formuła uregulowania problemu odszkodowań będzie miała z pewnością charakter modelowy dla wielu innych spraw o charakterze rozliczeniowo-zadośćuczynieniowym, których fala narasta wraz ze znikaniem zimnowojennych barier. 

Ząb czasu

Złożoność problemu odszkodowań wynika z kilku przyczyn, a pierwsza to historia. Od rozpoczęcia drugiej wojny światowej mija już 60 lat i zwykły upływ czasu sprawił, że ustalenie faktów i zgromadzenie dokładnych danych stanowi nie lada trudność. Część dokumentów została zniszczona jeszcze w czasie wojny, część po, a te, które przetrwały, rozproszone są po rozmaitych archiwach, muzeach, bibliotekach i prywatnych domach we wszystkich zakątkach świata. Tymczasem, każdy starający się o odszkodowanie będzie, tak czy inaczej, musiał udowodnić, że wykonywał pracę przymusową. 

W przypadku byłych więźniów obozów koncentracyjnych, gett czy  łagrów dokumentacja jest w miarę zasobna, ale ci, którzy byli wywożeni na roboty z łapanek albo przerzucani z jednego miejsca pracy do drugiego nie zawsze dysponują jakimikolwiek dowodami. Strona niemiecka, poniekąd nie bez racji, pilnie domaga się możliwie jak najpełniejszych list z nazwiskami osób kwalifikujących się do pobrania odszkodowania, by na tej podstawie ustalić, jaka jest skala roszczeń. Polska, Czechy i Izrael są już do tego dość dobrze przygotowane, ale Białoruś, Rosja i Ukraina mogą potrzebować na to jeszcze sporo czasu. Dlatego do tej pory nie wiadomo nawet w przybliżeniu, ile ostatecznie osób powinno otrzymać rekompensaty.  

Teraz najczęściej wymienia się liczbę około miliona jeszcze żyjących  byłych robotników przymusowych, ale wydaje się dość prawdopodobne, że jest ich znacznie więcej, skoro tylko w naszym kraju do grupy tej zalicza się około 400 tys. osób. 

Brak dokładnej dokumentacji spowodował, że do tej pory nie uzgodniono ostatecznych kryteriów podziału poszkodowanych na kategorię A, czyli wykonujących pracę niewolniczą, i kategorię B, czyli wykonujących pracę przymusową. 

Do pierwszej mają zaliczać się więźniowie obozów koncentracyjnych, obozów przejściowych, łagrów jenieckich oraz mieszkańcy gett, a drugiej wszystkie inne osoby wywożone do pracy w III Rzeszy. Podział na te kategorie ma się również wiązać ze stopniem represji wobec robotników i warunkami, w jakich pracowali. Ale dziś bardzo trudno jest wiarygodnie ustalić, w której z fabryk praca miała charakter bardziej niewolniczy  niż przymusowy oraz w którym gospodarstwie rolnym traktowano robotników gorzej niż w innym. 

Innym problemem wiążącym się z historią jest to, że niektóre zakłady przemysłowe, które zatrudniały robotników ze Wschodu, już nie istnieją, inne podzieliły się bądź połączyły, jeszcze inne zostały sprywatyzowane. Przestały istnieć również  "instytucje" III Rzeszy, masowo korzystające z robotników przymusowych, jak SS, zmienili się też właściciele gospodarstw rolnych i rozmaitych firm. Przedstawiciele 16 niemieckich przedsiębiorstw, które uczestniczą w negocjacjach, zadeklarowali ostatnio gotowość przejęcia zobowiązań po niektórych przedsiębiorstwach przemysłowych już nie istniejących lub nie chcących przyłączyć się do negocjacji. 

O wiele bardziej skomplikowana jest jednak sprawa odszkodowań dla robotników, którzy nie pracowali w zakładach przemysłowych. Strona reprezentująca poszkodowanych postuluje, by wypłacono je z funduszu federalnego, który powinny utworzyć niemieckie władze na mocy ustawy Bundestagu. Ale strona niemiecka nie zdeklarowała dotąd, kiedy zamierza taki fundusz stworzyć i raczej niechętnie widzi się w roli spadkobiercy zobowiązań po hitlerowskich instytucjach publicznych jak siły zbrojne, koleje czy poczty, które wykorzystywały robotników przymusowych. Dotąd też strona niemiecka ani razu nie wyraziła otwarcie zgody na objęcie odszkodowaniami z ewentualnego funduszu federalnego osób, które pracowały w gospodarstwach rolnych. 

Odpowiedzialność  czy wyrachowanie

Z trudnościami natury historycznej splata się problem odpowiedzialności. Strona niemiecka uchyla się od deklaracji, że kwestia odszkodowań wymaga uregulowania nie tylko ze względu na to, że przeciwko konkretnym przedsiębiorstwom zostały złożone w sądach pozwy zbiorowe, lecz także, a raczej przede wszystkim ze względu na moralną odpowiedzialność Niemiec za zadośćuczynienie zbrodniom i krzywdom popełnionym w czasie wojny. 

Strona niemiecka oczekuje jednak, że wypłata odszkodowań przyjęta zostanie jako akt dobrej woli, a nie przymus, wobec którego stanęła, gdy pozwy trafiły do sądów. W zamian za ów akt dobrej woli strona niemiecka domaga się prawnych gwarancji, że pozwy zostaną wycofane i nie będą składane nowe. 

Niektórzy poszkodowani, zwłaszcza narodowości żydowskiej, uważają, że taka postawa strony niemieckiej ma wyraźnie na celu ucieczkę zarówno od odpowiedzialności moralnej, jak i prawnej. Pogląd ten podzielają też niektórzy Niemcy. Na przykład, dr Matthias Rath, znany chemik i działacz na rzecz praw człowieka, opublikował  16 lipca na łamach "New York Timesa" list otwarty, w którym pisze m.in.: "Prawdziwym celem negocjacji jest ukrycie zbrodni popełnionych przez niemieckie przedsiębiorstwa  w czasie wojny i ochrona ich przed wymiarem sprawiedliwości w sądach w Ameryce i na całym świecie. 

Odszkodowania oferowane teraz przez niemieckie przedsiębiorstwa ofiarom holokaustu to prowokacja. Część  ofiar dostanie tylko po kilkaset dolarów, a reszta zostanie zignorowana. Proponowany układ będzie oznaczał, że niemieckie firmy otrzymają  rozgrzeszenie i zwolnienie z odpowiedzialności za ograbienie całej Europy i  doprowadzenie do śmierci 60 mln osób w zamian za dotację w wysokości kilku milionów dolarów. (...) Celem niemieckich przedsiębiorstw jest wyjęcie spod prawa wszystkich już złożonych i przyszłych pozwów. Tak bardzo boją się one własnej przeszłości, że  szantażują ofiary i międzynarodową społeczność żądaniem powszechnej i wiecznej amnestii. Nigdy nie można do tego dopuścić. (...) Cała prawda o holokauście musi ujrzeć światło dzienne. Ofiary holokaustu muszą dostać pełną rekompensatę, a nie symboliczną jałmużnę. (...) Jako obywatel niemiecki i przedstawiciel nowego pokolenia Niemców wzywam każdego Amerykanina do zajęcia w tej sprawie zdecydowanego stanowiska. Nie może być przebaczenia dla organizatorów Auschwitz". 

W swym apelu dr Rath przypomina, że to właśnie w imieniu największej w czasie wojny  korporacji chemicznej IG Farben, która później została podzielona na koncerny Hoechst, Bayer i BASF, niemiecki Deutsche Bank finansował budowę obozu w Auschwitz i że 24 menedżerów IG Farben było sądzonych przez Trybunał Norymberski za zbrodnie przeciwko ludzkości. 

Kwestia odpowiedzialności, zarówno w aspekcie moralnym, jak i prawnym, poważnie rzutuje na przebieg negocjacji. Dotyczy to zwłaszcza wspomnianego już problemu stworzenia niemieckiego funduszu federalnego  i zakresu jego zobowiązań. Strona reprezentująca poszkodowanych domaga się kompleksowego uregulowania sprawy odszkodowań, czyli jednoczesnego powołania do życia funduszy przez niemieckie przedsiębiorstwa i władze. 

Strona niemiecka wolałaby raczej doprowadzić w pierwszej kolejności do wypłat odszkodowań z funduszu przedsiębiorstw, bo te zostały już pozwane do sądów,  a dopiero w drugiej kolejności, jeśli w ogóle,  odnieść się do zagadnienia odpowiedzialności spoczywającej na niemieckich władzach. 

Oczekiwać jednak można, że w toku negocjacji strona niemiecka zmieni swą pozycję, ponieważ podczas ostatniej rundy rozmów rząd amerykański poparł stanowisko strony reprezentującej poszkodowanych i uzależnił udzielenie Niemcom gwarancji prawnych związanych z wycofaniem pozwów właśnie od stworzenia funduszu federalnego i określenia jego zobowiązań. 

Kruczki prawne

Kolejną przyczyną komplikującą negocjacje i powodującą ich przeciąganie się są problemy natury formalnoprawnej. Odpowiedź na zasadnicze  pytania, komu, jak, za co i w jakiej wysokości wypłacić odszkodowania, wymaga wypracowania kompromisowych rozwiązań opartych na bardzo skomplikowanych w tej dziedzinie regulacjach prawa amerykańskiego, międzynarodowego czy niemieckiego, a czasem nie mających po prostu prawnych precedensów. W pewnych kwestiach zdołano już osiągnąć porozumienie lub stan znacznego zbliżenia stanowisk. Można się więc spodziewać, że wypłaty będą miały charakter jednorazowy, a nie rent, co pierwotnie proponowała strona niemiecka. 

Wiadomo też na pewno, że odszkodowania dla osób zaliczonych do kategorii A będą wyższe niż należących do kategorii B. Ale nadal większość problemów jest otwarta. Na przykład, czy zróżnicować wysokość odszkodowań tylko między dwoma kategoriami, czy też w obrębie każdej z nich i w zależności od czego. 

Tu jednym z kryteriów powinien być przepracowany okres, ale strona niemiecka proponuje, by uprawniającym do otrzymania odszkodowania był okres sześciu miesięcy, a strona reprezentująca poszkodowanych sprzeciwia się ustalaniu takiego minimum. Strona niemiecka postuluje, by najpierw odszkodowania wypłacić najbardziej potrzebującym i zróżnicować ich wysokość zależnie od siły nabywczej przeciętnej emerytury obowiązującej obecnie w kraju, w którym mieszka dany poszkodowany. Temu też strona reprezentująca poszkodowanych się sprzeciwia. 

Niemcy chcieliby również odliczenia z funduszy rekompensat kwot już wypłaconych przez władze lub przedsiębiorstwa, a jak wiadomo, od końca wojny Niemcy przeznaczyły dotąd na ten cel około 100 mld marek, natomiast niektóre przedsiębiorstwa na własną rękę powypłacały już odszkodowania niektórym robotnikom przymusowym. Na taki warunek strona reprezentująca poszkodowanych również nie chce się zgodzić, argumentując, że przyznając chociażby  kwotę 1,8 mld marek fundacjom  w pięciu krajach Europy Środkowej i Wschodniej (Polsko-Niemiecka Fundacja Pojednanie otrzymała 500 mln marek) władze niemieckie nigdy nie określały, iż ma ona, w jakiejkolwiek części, charakter odszkodowania za pracę przymusową. 

Inny, skomplikowany problem polega na tym, czy odszkodowania powinny się należeć spadkobiercom byłych robotników przymusowych. Co roku, jak się szacuje, umiera bowiem mniej więcej jeden procent  tych, którzy przeżyli wojnę. Czy po kimś, kto teraz czeka na odszkodowanie i nawet zdąży złożyć niezbędne dokumenty, a potem umrze, rodzina będzie mogła otrzymać rekompensatę? I na jakich zasadach? Na równi z żyjącymi poszkodowanymi, pomniejszoną, w drugiej kolejności? Prawo przemawia tu na korzyść spadkobierców, strona niemiecka wolałaby ustalenie takich kryteriów, które do minimum zredukowałyby liczbę potencjalnie uprawnionych do otrzymania odszkodowań.  

W tej sytuacji na razie w ogóle nie ma mowy o ich wysokości, choć wygląda na to, że inicjatywa w kwestii "ile" wypłynie od prawników, którzy złożyli pozwy zbiorowe do sądów w imieniu poszkodowanych  i teraz są  uczestnikami negocjacji. 

Kolejny, wielki zestaw problemów przyczyniających się do przeciągania się negocjacji dotyczy tzw. prawnego zamknięcia, czyli gwarancji dla strony niemieckiej, iż w zamian za podjęcie konkretnych zobowiązań wycofane zostaną z sądów pozwy zbiorowe przeciwko niemieckim przedsiębiorstwom i nie będą składane nowe. Rząd amerykański, który ma tu zasadniczą rolę do odegrania, ponieważ większość pozwów złożona została w sądach w USA, gotów jest takie gwarancje dostarczyć. W ramach swych uprawnień prezydent może zobowiązać sądy federalne do nierozpatrywania  konkretnej kategorii spraw. 

Trudno jednak przewidzieć, jeśli amerykańsko-niemieckie porozumienie miałoby formę bilateralnego traktatu, czy i kiedy zgodziłby się na jego ratyfikację skłócony z prezydentem Kongres i czy inne państwa, nie będące obecnie stroną negocjacji,  udzieliłyby podobnych gwarancji, gdyby ktoś wystąpił z pozwem zbiorowym, na przykład w Australii albo Argentynie. 

Do tego dochodzi jeszcze kwestia sposobu nadzorowania realizacji podjętych przez stronę niemiecką zobowiązań lub choćby  sprawa wysokości honorariów dla amerykańskich prawników, którzy, godząc się na odstąpienie od procesów sądowych, też muszą mieć gwarancje, że ich wkład nie zostanie zanegowany. 

Wierzchołek góry lodowej

Wszyscy uczestnicy procesu negocjacji zgadzają się, że przy tej złożoności problemu pytania, kiedy, komu i ile są grubo przedwczesne. 

Oczekiwania na szybkie rozwiązanie rozbudzone zostały  w dużej mierze przez casus banków szwajcarskich, które w stosunkowo krótkim czasie zgodziły się, również pod presją pozwów sądowych, wypłacić rekompensaty  Żydom, którzy przed wojną ulokowali w nich oszczędności. Ale, jak w miniony czwartek zauważył przewodniczący negocjacjom amerykański podsekretarz stanu Stuart Eizenstat, sprawa banków szwajcarskich okazuje się "dziecinnie prostym przypadkiem" w porównaniu z problemem odszkodowań za pracę przymusową. Widać to jednak dopiero teraz, gdy wszystkie karty wyłożono na stół i gdy negocjatorzy mogą ocenić, ilu elementów brakuje, jak dalekie są różnice stanowisk i jak wiele wysiłku wymagać będzie znalezienie kompromisu. 

Eizenstat nie ukrywał również, że negocjacje w sprawie odszkodowań za pracę przymusową są w pewnym sensie poligonem doświadczalnym, który przynieść ma modelowe rozwiązanie  do ewentualnego zastosowania w innych przypadkach zbiorowych roszczeń o zadośćuczynienie. Znikanie zimnowojennych barier i poszerzanie się obszarów demokracji na świecie sprawia bowiem, że fala tych roszczeń narasta w szybkim tempie. 

Ze spraw dotyczących tylko spuścizny po drugiej wojnie światowej ostatnio pojawiły się lub odżyły  takie roszczenia, jak o odszkodowania od towarzystw ubezpieczeniowych, zwrot zrabowanych dzieł sztuki czy rekompensat dla Żydów, którzy zmuszani byli jeszcze przed wojną przez nazistowskie władze Niemiec do wyzbywania się majątków. 

W naszym kraju ciągle nie uregulowana pozostaje sprawa zwrotu mienia utraconego w wyniku wojny lub zagarniętego po wojnie przez władze komunistyczne i polski rząd już został pozwany do sądu przez grupę polskich Żydów z USA i Wielkiej Brytanii. Tymczasem, stanowi to dopiero wierzchołek wielkiej góry lodowej, bo pokrzywdzonych na świecie nacji, grup etnicznych i stron konfliktów jest co niemiara. Od ofiar wybuchu bomby atomowej w Hiroszimie czy wojny wietnamskiej, po ofiary czystek etnicznych na Bałkanach. Dla nich to, co wypracują uczestnicy waszyngtońskich negocjacji, też nie będzie bez znaczenia. 


