ROZMOWA

Alpha Oumar Konare, prezydent Mali

Kończy się czas bezkarnego polowania

JAKUB OSTAŁOWSKI

Afryka to kontynent, z którym ma się niewesołe skojarzenia. Oglądając migawki telewizyjne, widzimy chaos w Kongu, brutalne walki klanowe w Somalii, mordy etniczne w Rwandzie i Burundi. Wojny domowe, uchodźcy, klęska AIDS, wielkie zadłużenie, bieda - te słowa od lat niezmiennie kojarzą się z Afryką. Dlaczego tak się dzieje?

Ma pan rację, oglądając telewizję, przeciętny mieszkaniec globu widzi, że w Afryce są tylko problemy. Nie mam nic na usprawiedliwienie tej smutnej rzeczywistości. To się rzeczywiście dzieje, to nie jest film fabularny. Na kontynencie giną ludzie, giną plemiona i całe narody. My, w Afryce, bolejemy nad tym. Nie jest to jednak cała prawda o tym kontynencie. Jeśli spojrzeć na mapę Afryki, to widać kraje, w których zwyciężyła demokracja, gdzie jest postęp społeczny i gospodarczy, gdzie udało się w drodze dialogu i porozumienia wypracować kompromisową formułę zarządzania państwem.

... Wiem. Wiem, że racja jest po pana stronie, kiedy kiwa pan głową z niedowierzaniem...

Nie z niedowierzaniem, tylko dlatego, że państwa, o których pan mówi, można policzyć na palcach. Jeśli by je wymienić, są to: Botswana, pański kraj, może Namibia i od niedawna Mozambik. Chyba nikogo nie pominąłem? Na czele reszty krajów - prawie czterdzieści lat po uzyskaniu niepodległości przez większość państw afrykańskich - stoją dyktatorzy, łamiący prawa człowieka, zabijający przeciwników politycznych, używający siły do rozwiązywania sporów z sąsiadami. Jak pan i inni demokratycznie wybrani szefowie państw możecie to tolerować, spokojnie patrzeć jak np. w Kongu nowy prezydent Laurent Kabila, który trzy lata temu obalił dyktatora Mobutu Sese Seko, gnębi opozycję i stosuje przemoc, niewiele się różniąc od swego poprzednika?

Na szczycie Organizacji Jedności Afrykańskiej w lipcu tego roku w Algierze szefowie państw i rządów potępili wszystkich dyktatorów. Wezwali do bojkotu krajów przez nich rządzonych. Zaapelowali do unikania siły jako metody rozwiązywania sporów politycznych i do dialogu między opozycją i władzą. Stało się tak po raz pierwszy od narodzin OJA.

A co pan sądzi o przywódcy Libii? Rządzący tym krajem od 30 lat pułkownik Muammar Kadafi jest często kojarzony z aktami terroru czy też łamaniem prawa międzynarodowego. Jednak na jego zaproszenie we wrześniu przybyli do Trypolisu przywódcy niemal wszystkich państw afrykańskich, a pułkownik zaproponował powstanie enigmatycznego tworu: Stanów Zjednoczonych Afryki. Czy pan był na tym spotkaniu?

Tak, byłem w Trypolisie. Libia rzeczywiście przez wiele lat finansowała działania różnych grup politycznych i organizacji działających, mówiąc delikatnie, nie zawsze zgodnie z prawem. Takie działania, jak stosowanie terroru, stanowczo potępiam. Jednak przywódca Libii zrozumiał swój błąd i zerwał z niechlubną przeszłością. Jest to godne szacunku i dlatego tak liczna obecność na uroczystościach 30-lecia rządów pułkownika Kadafiego wielu najwyższej rangi polityków, nie tylko z Afryki. Uważam, że idea pułkownika budowy nowej, żyjącej w pokoju Afryki, ze względu na doskonałe kontakty Libii z Burundi, Rwandą, Sierra Leone, Liberią i innymi krajami oraz ze względu na potencjał gospodarczy, jakim Libia dysponuje, ma szanse realizacji w wielu konkretnych przypadkach.

Afryka nie potrafi, czy nie chce znaleźć drogi wyjścia z kryzysu, w jakim jest pogrążona? A może czeka na to, że problemy rozwiąże ktoś z zewnątrz? W Belgii, Francji, Republice Południowej Afryki są ludzie, którzy mówią, że być może - proszę się nie obrazić - najlepszym lekiem na afrykańską chorobę jest powrót byłych kolonizatorów.

To kompletna bzdura. Powrót kolonizatorów jest niemożliwy. Oni sami najlepiej zdają sobie z tego sprawę. Kończy się też czas bezkarnego polowania - jak ja nazywam rabunkową eksploatację afrykańskich bogactw naturalnych. Przecież za wieloma konfliktami na pozór etnicznymi czy też sąsiedzkimi stoją niektóre demokracje zachodnie, a jeszcze częściej wielkie ponadnarodowe korporacje i koncerny. Afrykanie dojrzeli już do zmian w podejściu świata do Afryki, dojrzewa też pomału na kontynencie demokracja...

A więc jest pan optymistą, jeśli chodzi o przyszłość Afryki?

Tak. Obserwując zmiany, prawda, że powolne, dochodzę do wniosku, że wszystko jeszcze przed Afrykanami. Mnogość zasobów surowcowych, bogate ziemie, obfitość lasów i wszelkiej roślinności daje nam wielką przewagę nad innymi kontynentami, nieporównanie bardziej zniszczonymi przez cywilizację. Na końcu tego wieku Afryka nie prezentuje się najlepiej, ale już na początku nowego millenium pokaże inne oblicze.

Jest pan muzułmaninem. Nie tylko Afrykę coraz częściej dotykają konflikty o podłożu religijnym. Wojujący islam, ostatnio w Dagestanie, zdaje się zagrażać stabilności i pokojowi także poza kontynentem afrykańskim? Jak pan ocenia tzw. islamskie zagrożenie, czy jest to tylko wymysł, czy też realna groźba dla przyszłości Afryki i świata?

Kto używa islamu do walki politycznej, popełnia wielką zbrodnię. Ale ja się pytam: kto rozpętał demony islamskiego terroryzmu, skąd pochodzą pieniądze, jakie wielkie państwo rozpoczęło wspieranie fanatyków religijnych w Afganistanie?

W sąsiadującej z Mali Algierii toczy się wojna domowa, gdzie zginęło ponad 100 tysięcy ludzi. Czy nie zagraża to pana krajowi?

W Mali żyjemy jak normalni ludzie. Religia nie służy do celów politycznych. Nie ma też fanatyków religijnych. Na razie.

Jaka pana zdaniem winna być polityka wielkich mocarstw i organizacji międzynarodowych wobec Afryki? Prezydent Bill Clinton w ubiegłym roku odbył wielką podróż do Afryki. Czy to był tylko gest?

USA mają swoje interesy w Afryce. Jednak nie jest wcale dobrze ani dla Stanów Zjednoczonych, ani dla Afryki, a tym bardziej dla świata, aby był tylko jeden dyrygent. Ambasady USA w Kenii i Tanzanii wyleciały w powietrze dlatego, że Amerykanie są utożsamiani z narzucaniem wszędzie swej wizji politycznej i kulturowej. To musi się dla nich źle skończyć. Na świecie musi powstać nowy ład, inny niż do tej pory, bardziej wyważony, dla dobra nas wszystkich. Wracając do Afryki, jest u nas potrzebna obecność wszystkich państw europejskich, w tym Polski.

Polska leży daleko od Afryki, czy pana zdaniem ma tam do odegrania jakąś rolę?

W czasie pobytu w Polsce rozmawiałem o tym z prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim i premierem Jerzym Buzkiem. Proszę mi wierzyć, że Polska ma wielkie atuty. Po pierwsze, jako kraj nie mający kolonii w Afryce, po drugie, jako państwo znające ciężar podziału i okupacji, po trzecie, jako kraj walczący z sukcesem o prawo do wolności i demokracji. Jako przyszły członek Unii Europejskiej Polacy nie powinni układać stosunków z państwami afrykańskim pod dyktando byłych mocarstw kolonialnych. Muszą mówić swoim głosem i mogę zapewnić, że polskie stanowisko będzie w Afryce z wielką uwagą wysłuchane. Zapominacie o tym, że przez wiele lat w polskich szkołach wyższych studiowały tysiące studentów z Afryki. Ja i moja żona jesteśmy absolwentami polskiej uczelni. Wykorzystajcie to.

Rozmawiał Ryszard Malik

Alpha Oumar Konare

Alpha Oumar Konare jest prezydentem Mali od 1992 r., kiedy wygrał pierwsze demokratyczne wybory w tym państwie. 53-letni Konare jest absolwentem studiów doktoranckich na Uniwersytecie Warszawskim. W Polsce studiowała także jego żona, a w Warszawie przyszła na świat ich pierwsza córka. W dniach 26 - 30 września prezydent Konare złożył wizytę w Polsce. Spotkał się między innymi z prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim, marszałkiem Sejmu Maciejem Płażyńskim i premierem Jerzym Buzkiem.

Mali to była kolonia francuska w zachodniej Afryce, która niepodległość uzyskała w 1960 r. Leży na południowym krańcu Sahary, ma spore zasoby różnych surowców, w tym uranu, jednak ich eksploatacja, z wyjątkiem złota, jest nieopłacalna. Złoto stanowi 17 proc. eksportu Mali, a nowe zbadane zasoby potwierdziły rezerwy tego kruszcu do ponad 500 ton. Mali jest też drugim w Afryce, po Egipcie, producentem bawełny, która stanowi 58 proc. eksportu.	R.M.


