"Ogniem i mieczem"

Trudna lekcja kapitalizmu: producenci zarabiają, ale zwlekają z rozliczeniami

Pojedynek przy kasie

BARBARA HOLLENDER

Film "Ogniem i mieczem" obejrzało ponad 7 milionów widzów. Zostawili oni w kinowych kasach blisko 105 mln złotych. To astronomiczna suma. Zarobiły kina, dystrybutor, a także producent filmu - "Zodiak Jerzy Hoffman Film Production" sp. z o.o. Zważywszy, że na konto tej spółki wpłynęło  prawie 40 mln zł, koszt produkcji "Ogniem i mieczem" zwrócił się i film przynosi już zyski. W całym rozliczeniu jest tylko jeden przegrany: Agencja Produkcji Filmowej, która w film włożyła pieniądze budżetowe, a więc pochodzące z kieszeni podatników. Jak dotąd państwo nie tylko na "Ogniem i mieczem" nie zarobiło, ale nawet nie odzyskało swojego wkładu.

Rick McCallum, jeden z najlepszych amerykańskich producentów filmowych, współtwórca "Gwiezdnych wojen", powiedział mi niedawno: - W historii kapitalizmu nie ma dziedziny, która by tak szybko jak film mogła zwrócić zainwestowane pieniądze. Problem polega tylko na tym, że w każdym roku wielki sukces odnoszą trzy, cztery filmy, a trzeba zrobić 400 i nikt naprawdę nie wie, który będzie na szczycie.

O tym, jak wielkim interesem może być kino, świadczy także fakt, że kinematografia znajduje się na czele listy najbardziej opłacalnych eksportowych gałęzi przemysłu USA. Ale Amerykanie uczą się kapitalizmu w sztuce od 100 lat. Polscy twórcy ćwiczą ten problem dopiero od dziesięciu, a "Ogniem i mieczem" jest pierwszym filmem, który w nowym systemie finansowania odniósł tak spektakularny sukces. Tym bardziej jego przykład jest istotny.

Kto kręcił lody?

"Ogniem i mieczem" wyprodukowała spółka z o.o. "Zodiak Jerzy Hoffman Film Production". Jednocześnie z filmem powstał serial telewizyjny, nad którym prace właśnie się kończą. 

Lwią część budżetu "Ogniem i mieczem" stanowiły pieniądze z kredytu, jaki zaciągnęli producenci w Kredyt Banku. Początkowo kredyt ten opiewał na 13 mln zł, potem został zwiększony do blisko 18 mln zł. Na film kinowy złożyły się, poza pieniędzmi spółki pochodzącymi z kredytu, fundusze od Browaru Okocim - 2 mln zł  i od Agencji Produkcji Filmowej - 3 mln zł.  

Ponadto 6 mln zł wyłożyła TVP S.A. TVP dostała prawa do korzyści majątkowych płynących z tytułu eksploatacji serialu w kraju i za granicą, producent filmu wraz z koproducentami otrzymał prawo do eksploatacji filmu kinowego. 

Umowa pomiędzy Agencją Produkcji Filmowej (agencją Komitetu Kinematografii) oraz spółką z o.o. "Zodiak Jerzy Hoffman Film Production" została zawarta 5 czerwca 1997 roku. Ze strony Agencji Produkcji Filmowej podpisali ją pełniąca wówczas obowiązki dyrektora Jolanta Rajzacher i zastępca dyrektora ds. finansowych Ryszard Rosiak. Ze strony producenta - członek zarządu Andrzej Leszek Stempowski i członek zarządu Jerzy Kajetan Frykowski. Obaj ci panowie nie są już zresztą dzisiaj członkami zarządu spółki. Teraz prezesem spółki jest Jerzy Hoffman, a wiceprezesem Jerzy Michaluk. Jednak w 1997 roku, w czasie podpisywania umowy, Jerzy Michaluk był jeszcze szefem państwowego Studia Filmowego "Zodiak", w spółce go nie było.

- Ale to ja te lody kręciłem - mówi.

Na mocy umowy Agencja stała się koproducentem filmu "Ogniem i mieczem". Jej wkład finansowy wynosił 3 mln zł. Budżet całego filmu określono wówczas na 18 mln zł. Wkład Agencji obliczono na 16,6 proc. I w takim właśnie procencie Komitet Kinematografii miał partycypować w dochodach z filmu.

Najpierw bank

Agencja swój wkład 3 mln zł miała przekazać w 13 ratach (w umowie było 12, potem zawarto aneks). Raty te były przekazywane nadzwyczaj sumiennie, jedenastą wypłacono nawet - za zgodą Komitetu Kinematografii - dużo przed terminem, pod koniec 1998 roku. Na rachunek "Ogniem i mieczem" nie trafiły tylko dwie ostatnie raty w wysokości 70 tys. zł, które zgodnie z umową miały zostać przelane po zakończeniu prac, przedstawieniu wynikowych kosztów produkcji filmu, rozliczeniu środków inscenizacyjnych i potwierdzeniu przez Filmotekę Narodową przyjęcia materiałów (chodzi o kopię filmu, listy dialogowe, fotosy). Produkcja "Ogniem i mieczem" nie przedstawiła rozliczenia i nie przekazała materiałów Filmotece.

Zazwyczaj w przypadku umów z producentami prywatnymi Agencja Produkcji Filmowej ma pełne prawa koproducenta filmu i idące za tym udziały we wpływach "od pierwszej złotówki". Oczywiście, od pierwszej złotówki przekazanej producentowi. Bo z każdego sprzedanego biletu ok. 50 proc. zostaje w kinach. Od pozostałej sumy najpierw odejmuje się koszty dystrybucji. Od tego, co zostanie, 25 proc. bierze dystrybutor, dopiero reszta przekazywana jest producentom. I właśnie te kwoty dzielone są na poszczególnych inwestorów, w odpowiednich do ich udziałów procentach. 

W przypadku "Ogniem i mieczem" wszyscy koproducenci zgodzili się, aby najpierw spłacić kredyt bankowy wraz z odsetkami, a dopiero później dzielić proporcjonalnie wpływy producenta.

Ze strony Agencji Produkcji Filmowej było to wówczas duże ustępstwo. Negocjatorzy zgodzili się na nie, bo inaczej Kredyt Bank nie dałby "Ogniem i mieczem" kredytu. Przedsięwzięcie, zdaniem bankowców, było ryzykowne. Inny bank, po rozpoznaniu, odmówił współpracy. Kredyt Bank zaś, co jest rzeczą zrozumiałą, żądał zabezpieczeń. Dwa mieszkania - Jerzego Hoffmana i Jerzego Michaluka mu nie wystarczały. Chodziło przecież o sumę 13 mln zł.

- Pół roku spotykaliśmy się z przedstawicielami banku, którzy mieli różne pomysły zabezpieczeń - mówi Ryszard Rosiak. - Ale najważniejsze było właśnie żądanie spłaty kredytu w pierwszej kolejności. Musieliśmy się na to zgodzić. 

- W ten sposób Agencja w istocie partycypowała w spłacie kredytu bankowego nic z tego nie mając - tłumaczy dyrektor Agencji Produkcji Filmowej Kazimierz Sioma. - Dopiero następne wpływy miały być dzielone między koproducentów.

Według umowy zawartej między Agencją Produkcji Filmowej a spółką "Zodiak Jerzy Hoffman Film Production" Agencji przypadało 16,66 proc. wpływów, a innym koproducentom - 83,34 proc. 

Umowa z Okocimiem zapewniała tej firmie - 5 proc. (Okocim  zgodził się na taki udział, nieproporcjonalny do wysokości wkładu 2 mln zł, ponieważ uznano, że realną korzyścią jest dla niego reklama, jaką zapewniają producenci filmu). Spółce "Zodiak Jerzy Hoffman Film Production" przypadło 78,34 proc. 

Na mocy umowy Agencja Produkcji Filmowej w 16,66 proc. partycypuje więc we wszystkich wpływach z "Ogniem i mieczem" -  z kin, kaset, ze sprzedaży filmu za granicę. Nie ma praw do zysków z telewizji - wyłącznym właścicielem tych praw jest TVP S.A. 

Dzisiaj już wiadomo, że "Ogniem i mieczem" odniosło wielki sukces. Konto producenta pęcznieje. Film zarobił blisko 105 mln zł. Połowa została w kinach, swoją część odebrał dystrybutor. Po tych operacjach na koncie producenta już w maju bieżącego roku było ok. 30 mln zł. Dzisiaj - co mówi sam Jerzy Michaluk - jest o prawie 10 mln więcej. A koproducent państwowy nie odzyskał jeszcze nawet wyłożonych na film pieniędzy - bądź co bądź pieniędzy podatników.

W środowisku filmowym huczy, zwłaszcza że od kwietnia kinematografia nie ma pieniędzy na produkcję filmową i rozdaje głównie promesy na rok przyszły, a nie żywą gotówkę wspierającą budżety kręconych filmów.

Według obliczeń dyrektora do spraw finansowych Agencji Ryszarda Rosiaka, w czerwcu, po pierwszym rozliczeniu, na konto Agencji powinno wpłynąć 2,4 mln zł. Te pieniądze nie zostały wpłacone, a Jerzy Michaluk przedstawił własne wyliczenie. 

- To rozliczenie przedstawione nam przez kolegę Michaluka było nie do przyjęcia - mówi Ryszard Rosiak. - Zostało sporządzone niezgodnie z naszą umową. Nie mogliśmy uznać sumy kredytu 18 mln zł, bo w umowie mamy 13 mln, nie przyjęliśmy też kosztów promocji krajowej i zagranicznej. Z pierwszego wyliczenia Michalukowi wyszło, że jest nam winien niewiele ponad 1 mln zł.

Od tej pory trwają rozmowy. Do tej pory w rozmowach tych reprezentował spółkę Jerzy Michaluk. Jerzy Hoffman nie brał w nich udziału, choć - jak mówi - rozmawiał z przewodniczącym Komitetu Kinematografii prywatnie.

Dżentelmeńskie rozmowy

Dyrektorzy Agencji twierdzą, że w każdej rozmowie pojawiają się nowe propozycje rozliczeń przedstawiane przez wiceprezesa spółki "Zodiak Jerzy Hoffman Film Production" Jerzego Michaluka. Dyskusje odbywają się w coraz bardziej nieprzyjemnej atmosferze, przerwy pomiędzy kolejnymi spotkaniami są ogromne, ponieważ w maju producent bawił dwa tygodnie w Cannes, w lecie promował swój film w Ameryce, a w połowie sierpnia wyjechał na miesiąc do Australii. Wrócił dopiero w połowie września.

2 lipca Agencja wystosowała do produkcji "Ogniem i mieczem" pierwsze oficjalne pismo. Jerzy Michaluk w ustnych rozmowach twierdził, że ma dla Agencji kolejne propozycje, ale mimo wcześniejszych jego zapowiedzi i próśb dyrektora Siomy, do dnia 29 września do Agencji nie wpłynęło kolejne oficjalne pismo, w którym produkcja "Ogniem i mieczem" precyzowałaby, jak zamierza rozliczyć się i jakie dokładnie kwoty wyłączać z podziału zysków.

- Agencja nie mieści się na drugim końcu świata - twierdzi Jerzy Hoffman. - Wydawało nam się, że wystarczą dżentelmeńskie rozmowy.

Dyrektorzy Agencji uważają, że w toczonych rozmowach Jerzy Michaluk nie kwestionował wysokości udziału agencji w budżecie filmu. Ta wysokość, określona na 16,6 proc., jest zresztą - zdaniem Ryszarda Rosiaka i dyrektora Agencji Produkcji Filmowej Kazimierza Siomy - nie do negocjacji. 

Oczywiście, początkowy budżet "Ogniem i mieczem", określany na 18 mln zł, został przekroczony. O ile? To dosyć trudno powiedzieć. W prasie podawano sumę ok. 24 mln zł, jednak i ona nie jest precyzyjna. Pieniędzy zostało wydanych znacznie więcej. Ale jednocześnie z filmem fabularnym realizowany był serial telewizyjny, na który TVP S.A. wyłożyła kolejne 6 mln zł. Kredyt bankowy zwiększył się, sięgając niemal 18 mln zł. To, wraz z pieniędzmi od innych inwestorów, już daje sumę bliską 29 mln zł. Ale ile z tego pochłonął serial, który jest właśnie kończony? Nie wiadomo. Zdjęcia kręcono jednocześnie, kostiumy, scenografia są te same, aktorzy grali w filmie i serialu, delegacje ekipy powinny obciążać i film, i serial... 

Paragraf 5 punkt 4 umowy mówi jednak dokładnie, że "każde przekroczenie wydatków poza kwoty wyszczególnione w przyjętym kosztorysie filmu obciąża wyłącznie producenta, jest działaniem na własne ryzyko producenta i nie zmienia proporcji udziałów i praw Agencji do partycypowania we wpływach i zyskach z rozpowszechniania". 

Taka sytuacja jest w filmowym świecie normalna. Zdarzyła się nawet przy produkowanym przez wytwórnię 20th Century Fox "Titanicu". Jak podawało pismo "Variety", Fox podpisał umowę koprodukcyjną z wytwórnią Paramount, która za 65 mln dolarów udziału w budżecie miała dostać prawa do wpływów z całej dystrybucji w USA. Ale budżet "Titanica" określano wówczas na 120 mln dolarów. Kiedy film przekraczał koszty, Fox chciał renegocjować umowę. Szefowie Paramountu nie zgodzili się. Ostatecznie "Titanic" kosztował ponad 200 mln dolarów, a Paramount miał swoje wpływy z rynku amerykańskiego za 65 mln dolarów. Całe ryzyko poniósł Fox i też zresztą na tym wygrał, bo zyski z rynków światowych przyniosły mu fortunę. 

W Polsce też zdarza się, że filmy przekraczają zakładany budżet. Przytrafiło się to również drugiej wielkiej polskiej produkcji, która niedługo wejdzie na ekrany - "Panu Tadeuszowi".

- Agencja Produkcji Filmowej dała nam 715 tys. zł, co stanowiło wówczas 5,88 proc. budżetu - mówi Paweł Poppe, prezes "Heritage Films", producenta filmu Andrzeja Wajdy. - Taki też Agencja ma udział we wpływach z filmu. W trakcie realizacji przekroczyliśmy zakładany budżet, ale jest oczywiste, że udział Agencji się z tej racji nie zmienia. Takie przekroczenia zawsze obciążają producenta. 

Dyrektorom Agencji Produkcji Filmowej wydawało się, że po pierwszej próbie rozliczeń, potem już w rozmowach Jerzy Michaluk nie negował owych 16,66 proc. wpływów Agencji. Negował natomiast podstawę, od jakiej owe sumy mają być naliczane. 

- W Okocimiu - mówi Jerzy Michaluk - uznali mi wszystkie wydatki dystrybucyjne: mam przecież faktury na zrobienie kopii. Z 3,5 mln zł wydanych na promocję, odjąłem tylko 700 tys. Bo kogo obchodzi, że "przećwiczyłem" Cannes i antypody. Odciągnąłem tylko koszty reklamy w polskim radiu i w telewizjach prywatnych, nie odjąłem od zysków kosztów reklamy w telewizji publicznej, która skasowała mnie na 800 tys., zamiast dać mi bonusy. 

Michaluk chce, by Agencja uznała mu jako koszty całe odsetki, jakie zapłacił w Kredyt Banku. Od dyrektora Siomy słyszę, że Agencja powinna uznać tylko część odsetek, od sumy 13 mln zł, a nie od kredytu zwiększonego do 18 mln.

- W umowie miałem zapisane, że muszę spłacić kredyt razem z odsetkami do czerwca 2000 - twierdzi Jerzy Michaluk. -  Spłaciłem natychmiast, więc odsetki i tak były mniejsze. Dlatego uzurpuję sobie prawo do zawarcia w moich kosztach całej sumy odsetek.

Dyrektor Sioma mówi, że gdyby tylko o to chodziło, nie byłoby pewnie kłopotu z porozumieniem się. Dałoby się pewnie także uznać fakt, że producenci na własny koszt zrobili 50 kopii filmu. Ale innych kosztów, które pojawiają się w każdej rozmowie z Jerzym Michalukiem, jak twierdzą zgodnie obaj panowie - Kazimierz Sioma i Ryszard Rosiak - nie można przyjąć. 

Na razie dostali na chleb

Poważnym punktem spornym jest również termin płatności. Według dyrektora Siomy ok. 2,4 mln zł, czyli to, co według jego obliczeń należy się Agencji po spłaceniu z 30 mln zł kredytu i odsetek, powinno było trafić na konto Agencji jeszcze w czerwcu  1999 roku. Nie trafiło, choć było już na koncie spółki "Zodiak Jerzy Hoffman Film Production". Przy czym, co bardzo ważne, nie można w tym przypadku narzekać na zatory bankowe ani na to, że pieniądze są tylko na papierze.

- Syrena ma wypracowaną metodę rozliczeń z kinami - przyznaje sam Jerzy Michaluk. - O każdej porze mogę wiedzieć, jakie mam wpływy. I te pieniądze nie są na papierze, tylko w banku.

W przypadku "Ogniem i mieczem" warunkiem, pod jakim kina dostawały kopię filmu, było natychmiastowe odprowadzanie pieniędzy na specjalnie założone dla "Ogniem i mieczem" konto Syreny. Na początku, gdy film oglądało po kilkaset tysięcy widzów tygodniowo, właściciele kin wpłacali pieniądze na to konto dwa razy w tygodniu. Teraz, kiedy film już nie ma wysokiej frekwencji, wpłaty następują w odstępach dwutygodniowych.

- Od razu po wpłynięciu pieniędzy na nasze konto - twierdzi szef Syreny Jerzy Jednorowski - potrącałem własne koszty i marżę, a  pozostałą część pieniędzy przekazywałem na rachunek producentów filmu.

Oni z kolei powinni natychmiast rozliczać się ze swoimi partnerami proporcjonalnie do ich wkładu. Agencja jednak swoich należności nie dostawała, bo Jerzy Michaluk negocjował wysokość kwoty. Na monity dyrektora Siomy producenci wpłacili w trzech ratach zaliczkę na poczet przyszłych rozliczeń. 18 czerwca wpłynęło na konto Agencji 500 tys. zł, 6 sierpnia - 500 tys. zł i 18 sierpnia - 200 tys. zł. Razem do tej pory 1 mln 200 tys. zł. Połowa kwoty wyliczonej przez Agencję w maju 1999. Dzisiaj wpływy z "Ogniem i mieczem" są wyższe. Jerzy Michaluk mówi, że Syrena odprowadziła już na konto "Zodiak Jerzy Hoffman Film Production" prawie 40 mln zł. Tak więc koszt filmu zwrócił się całkowicie. Ale Agencja dostała zaledwie 40 proc. sumy, jaką w produkcję zainwestowała. O zyskach nie warto nawet wspominać.

Michaluk twierdzi, że umowa jest niedoskonała i nie precyzuje terminów rozliczeń. 

- Na razie dałem im na chleb - mówi. - Na rozliczenie mam czas. Za pół roku, za rok, na dzień 31 grudnia? To dobra data, zwłaszcza że wtedy pewnie zamknę inwestycję "Ogniem i mieczem".

Wiceprezes "Zodiak Jerzy Hoffman Film Production" twierdzi, że w umowie cywilnoprawnej powinny być jasno określone terminy rozliczania się. Podobnie jak to, czy ma ono nastąpić od wpływów netto czy brutto. Uznaje, że umowa z Agencją, podpisana na wzorcowych drukach, jest niedobra.

- Jeśli ktoś kwestionuje dzisiaj umowę, to gdzie był, kiedy była ona podpisywana? - pyta przewodniczący Komitetu Kinematografii Tadeusz Ścibor-Rylski. - Można ją było negocjować. Ale wtedy nikt umowy nie kwestionował. Produkcja "Ogniem i mieczem" nie zgłaszała żadnych próśb o uściślenie czegokolwiek.

- To dobra umowa, jedyna, jaką można było w tym czasie wynegocjować, żeby film doszedł do skutku - twierdzi Jerzy Kajetan Frykowski, producent wykonawczy  "Ogniem i mieczem", który podpisał umowę z Agencją w imieniu spółki. - Precedensowa, bo po raz pierwszy Agencja poszła na ustępstwo i w produkcji prywatnej zrezygnowała ze swojego prawa do rozliczeń "od pierwszej złotówki" przyznając pierwszeństwo bankowi.

Co do braku terminów rozliczeń Tadeusz Ścibor-Rylski wyjaśnia:

- To specyficzna sprawa. Nie mogliśmy narzucić terminu, np. 15 czerwca. To jest film, a nie fabryka gwoździ. A gdyby premiera się przesunęła? "Pan Tadeusz" miał wejść do kin w kwietniu, wejdzie w październiku. Co by było, gdybyśmy wpisali, że produkcja ma się rozliczyć np. 1 lipca? Zawsze terminem spłaty Agencji był termin rozliczenia się z dystrybutorem. Tak jest we wszystkich filmach - jak producent dostaje pieniądze, rozlicza się. Fakt, że polskie filmy rzadko zwracają pieniądze. Ale jeśli odnoszą sukces, to rozliczają się uczciwie. W ub. roku do Agencji wpłynęło 900 tys. zł i nie było problemu, kiedy ma to nastąpić.

- Zaraz po rozliczeniu z dystrybutorem, producent zwraca Agencji, co się jej należy - dodaje Ryszard Rosiak. - Tak było przy wszystkich filmach. Z przyjemnością rozliczałem się z firmą Da Vinci, która wyprodukowała "Młode wilki". Nie było żadnych problemów z "Kilerem", z "Sarą". "Sztos" miał kłopot, bo raport od dystrybutora mieli, a żywe pieniądze ugrzęzły. Zadzwonili, poprosili o dwa tygodnie zwłoki, potem zaraz się rozliczyli.

Umowę na tych samych drukach podpisał z Agencją na "Pana Tadeusza" prezes "Heritage Films" Paweł Poppe. 

- Nie mam żadnych wątpliwości, kiedy mam się rozliczać z państwowym inwestorem - mówi. - Dla mnie jest oczywiste, że gdy wypisuję dystrybutorowi rachunek i dostaję od niego określoną kwotę, to natychmiast muszę uregulować swoje zobowiązania finansowe względem partnerów. 

Tymczasem rozmowy z Jerzym Michalukiem przedłużają się. Kolejne dni i tygodnie lecą. Uczestnicy spotkań narzekają, że w negocjacjach padają coraz bardziej nieparlamentarne słowa. Michaluk uważa, że może sobie pozwolić na najlepszych prawników i może nawet stanąć przed sądem. W Agencji wiedzą, że sprawa sądowa to ostateczność. Bo takie procesy trwają latami i kto wie, co się w tym czasie może zdarzyć.

Pasztet z Zodiakiem

Agencja ma zresztą jeszcze jeden problem. "Ogniem i mieczem" zostało wyprodukowane przez prywatną spółkę Jerzego Hoffmana i Jerzego Michaluka. Tymczasem obaj panowie zostawili za sobą studio państwowe Zodiak z zadłużeniem, które - razem z odsetkami - wynosi już dzisiaj 3 mln zł. Komitet Kinematografii nie ma jak takich długów spłacić. Coraz częściej więc powtarza się pytanie: dlaczego "Ogniem i mieczem" nie zostało wyprodukowane przez państwowe studio, tylko prywatnie?

Jerzy Hoffman odszedł ze studia Zodiak jako pierwszy. Złożył prośbę o zwolnienie go ze stanowiska dyrektora, która została przez Przewodniczącego Kinematografii przyjęta. W studiu pozostał Jerzy Michaluk. Studio miało wówczas zadłużenie 400 tys. zł, ale w błyskawicznym tempie narastały odsetki. 

Jerzy Michaluk twierdzi, że chciał przeprowadzać produkcję przez Zodiak.

- Spółka mogła zawrzeć z państwowym Zodiakiem umowę koprodukcyjną. Pieniądze mogły pójść przez państwowe studio i spłaciłbym długi. Komitet nie wyraził zgody, to ja tę sprawę olałem i poszedłem tylko przez spółkę kapitałową. A potem po cichutku zlikwidowali studio państwowe. Dlaczego? Nie wiem. Zawiść.

- Komitet Kinematografii chciał, aby "Ogniem i mieczem" powstało w studiu Zodiak - wyjaśnia Tadeusz Ścibor-Rylski. - Ale bank nie chciał udzielić kredytu zadłużonej firmie. Dzisiejszy rynek wymaga czystych partnerów, bez przeszłości i zadłużeń. Zgodziłem się na odejście ze studia Zodiak Hoffmana, a potem Michaluka, żeby nie utrudniać im zbierania pieniędzy na film, żeby "Ogniem i mieczem" mogło powstać. A studio postawiłem w stan likwidacji, ponieważ już od lat nie produkowało, a teraz jeszcze nie miało szefów.

Dzisiaj w Agencji siedzą ciągle kontrole NIK-owskie i poselskie. Zodiak jest zadłużony w ZUS-ie i Urzędzie Skarbowym (są tam jeszcze stare popiwki i podatki od wynagrodzeń), a także w Wytwórni Filmów Dokumentalnych i Fabularnych (to nie popłacone rachunki za usługi dla filmu "Piękna nieznajoma" Jerzego Hoffmana).

- Teraz zaproponowałem Hoffmanowi i Michalukowi powrót do studia Zodiak - mówi Tadeusz Ścibor-Rylski.

Jerzy Michaluk nie chce. Uważa, że odpowiedzialność za niespłacone długi spada na Komitet Kinematografii, który zlikwidował studio "nieroztropną decyzją".

Rozgoryczenie

Jerzy Michaluk czuje się rozgoryczony. Atmosferę wokół rozliczeń "Ogniem i mieczem" traktuje jako coś wyjątkowo niesmacznego. Uważa, że gdy przez lata starał się o zapięcie budżetu filmu, nikt mu nie pomógł. A teraz wszyscy liczą na jego pieniądze.

- Ale jak liczą, to się przeliczą - mówi.

Minister Podkański go oszukał, dał na piśmie zobowiązanie, że dołoży do "Ogniem i mieczem" 4 mln zł i nigdy się z tego nie wywiązał. Następna pani minister - Nazarowa - też, zdaniem Michaluka, obiecywała, że wyrwie pieniądze z zysków telewizji publicznej i przekaże na produkcję. I też skończyło się na słowach. Koledzy, całe niemal środowisko, byli przeciwni realizacji, młodsi krzyczeli, że "Ogniem i mieczem" zeżre całe pieniądze kinematografii. A teraz chcą pieniędzy. 

W środowisku rośnie niesmak. Bo to prawda, że większość twórców była przeciwna realizacji "Ogniem i mieczem". Ale też prawdą jest, że teraz przyznała się do błędu. Co nie zmienia faktu, że oczekuje rozliczeń, zadając pytanie, dlaczego pieniądze należne narodowej kinematografii nadal tkwią na koncie "Zodiak Jerzy Hoffman Film Production" i tam również procentują.

- Bierzemy pieniądze z państwowej kasy - mówi Lew Rywin,   najlepszy polski producent filmowy, sprawdzony w trudnej koprodukcji z samym Stevenem Spielbergiem. - Ale jeśli zdarzy się dochód, to musimy się rozliczać. Na tym polega ten system.

O swoim rozgoryczeniu mówi także przewodniczący Komitetu Kinematografii Tadeusz Ścibor-Rylski.

- Kiedy wszyscy byli przeciwni, podjąłem pozytywną decyzję, angażując państwowe pieniądze w "Ogniem i mieczem". Wtedy nie mówiło się o zyskach, tylko o tym, żeby ten film powstał. Bez naszych gwarancji bank nie dałby żadnego kredytu, ustąpiłem nawet ze swego prawa do podziału zysków od pierwszej złotówki. Kiedy bank zażądał czystego partnera, nie trzymałem Hoffmana i Michaluka w państwowym studiu, nie kazałem im porządkować spraw finansowych, bo ten film nigdy by nie powstał. Potem, kiedy mogłem, poszedłem produkcji na rękę i kiedy bardzo im były potrzebne pieniądze, wcześniej wypłaciłem przedostatnią ratę. A teraz muszę prosić o rozliczenie, o zwrot pieniędzy? Przecież to strasznie upokarzające. W nowym systemie finansowania wyprodukowaliśmy już 173 filmy i jeszcze nigdy coś takiego nam się nie zdarzyło. Nie przyjmuję do wiadomości żadnych pretensji do umowy, która została zawarta w pełnej świadomości nie tylko panów Hoffmana i Michaluka, ale także banku, dla którego była warunkiem i innych partnerów. Ciągle wierzę, że obaj panowie rozliczą się prawidłowo.

Na posiedzeniu w dniu 29 września członkowie Komitetu Kinematografii poprosili, by Przewodniczący Komitetu wystąpił do producentów "Ogniem i mieczem" z żądaniem rozliczenia się z Agencją.

A przecież to wszystko dopiero początek. Rozliczenie wpływów z kina. Co będzie, gdy dojdzie do rozliczeń dystrybucji kaset i sprzedaży zagranicznej, która - jak mówił w Cannes Jerzy Michaluk - idzie doskonale?

Okazało się, że nie wystarczy odnieść sukces. Pierwsza poważna lekcja kapitalizmu w kinematografii okazała się ogromnie trudna.

PS  30 września o godz. 15.00 do Agencji wpłynęło pismo z "Zodiak Jerzy Hoffman Film Production". Po raz pierwszy, obok podpisu głównej księgowej, był na nim również podpis Jerzego Hoffmana. W piśmie tym Hoffman wnioskuje o sporządzenie aneksu do umowy związanego ze zmianą wysokości kredytu bankowego. Chce również, aby agencja uznała inne przekroczenia kosztów związane z dystrybucją i promocją.

- Stoimy na stanowisku - mówi mi w rozmowie Jerzy Hoffman - że Agencja w rozliczeniach powinna uznać koszty filmu łącznie z odsetkami bankowymi i zwiększonym kredytem. Sumy wyłożone na promocję też powinny zostać uznane, ponieważ bez tych działań nie byłoby takich wyników dystrybucji.

Jerzy Hoffman uważa również, że nie czas jeszcze na zajmowanie się publiczne sprawami rozliczeń. Na razie muszą się nad nimi pochylić prawnicy.


