Polityka przesłania prostą prawdę, że telewizję publiczną po prostu bylejaczy się programowo

Bądźmy realistami,  żądajmy rzeczy niemożliwych

STEFAN BRATKOWSKI

Wyznaniem wiary pewnego wybitnie utalentowanego dziennikarza w służbie minionego reżimu była jego maszyna do pisania. Deklarował się tak z przekory wobec kolegów, kiedy ci niespodziewanie dlań zrezygnowali z pozycji pieszczochów reżimu, choć nikt od nich tego nie wymagał ani tym bardziej nie mógł tego na nich wymusić.

Niedawno w niepoważnym programie telewizyjnym na poważne tematy sędzia Sądu Najwyższego głosił, że dziennikarstwo jest służbą wobec państwa oraz społeczeństwa. Cóż, wolałbym pełną jasność w tej kwestii: nie chodzi o służebność wobec administracji państwowej, której w imię interesu państwa jako całości dziennikarze mają patrzeć na ręce, lecz o służbę społeczeństwu.

Dlatego nie dziwię się, iż wybitny publicysta średniego już pokolenia, który akurat przez parę lat uosabiał przyzwoitość, talent i zdrowy rozsądek, odpowiedział, że dziennikarstwem rządzi rynek. Skądinąd wiem jednak, że i on, przeszedłszy na emeryturę półpustych programów telewizyjnych, od dziennikarstwa wymaga czegoś więcej.

Nie można stracić  zaufania społeczeństwa

Zdrowy rozsądek powiada, że wszystkie zawody, w których spełnia się jakieś usługi wobec innych członków społeczeństwa, wszystkie zawody, w których o klasie profesjonalnej nie przesądza rynek i cena, jaką gotowi są uiścić zainteresowani, muszą wytwarzać własne kryteria ocen i wymagań. I że pilnować ich muszą przede wszystkim najwybitniejsi przedstawiciele profesji. We własnym, dobrze rozumianym interesie; inaczej bowiem ich sprawność zawodowa straci wszelkie znaczenie - skoro do ich dobrej wiary i przyzwoitości straci zaufanie społeczeństwo jako klient zbiorowy. Wydawcę sprawdza zysk; dziennikarza nie kwalifikuje honorarium. Jak sędziego nie kwalifikują pobory.

Dlatego czepiam się telewizyjnych programów informacyjnych i publicystycznych. Chcą czy nie chcą, są wizytówką naszego zawodu wobec społeczeństwa. Przyzwolenie w nich na partactwo rzutuje na opinię całego zawodu. Zgoda, wina za to spada na rządzących mediami publicznymi polityków; jeden z nich, pan K., owa peeselowska szara eminencja programów informacyjnych i publicystycznych, po moim artykule o chorobie TV na politykę tłumaczył mi, że sami dziennikarze zalecają się do polityków i faworyzują swoich wybrańców. Ale muszą na to czuć przyzwolenie ze strony ludzi, którym podlegają, wiedzieć, że to uchodzi, skoro obserwujemy to w permanencji.

Sama koncepcja tego dziennikarstwa budzi we mnie zasadnicze wątpliwości. Czas na programy informacyjne TV kurczy się coraz bardziej - co uważam za profesjonalne nieporozumienie. Znam z TV kablowej stacje, które przekazują wyłącznie informacje i z tego żyją. Do dziś "Wiadomości" są najszerzej oglądanym programem telewizji publicznej; coraz bardziej okrawane, same schodzą na margines - bo nie ma czasu nie tylko na mniej ważne, ale nawet na bardzo ważne informacje. Błąd tkwi zatem już w samej koncepcji.

Z błędu koncepcji wynika drugorzędność zawodowa

Z tego prawdopodobnie wynika zgoda na drugorzędność zawodową ludzi, którzy programy informacyjno-publicystyczne robią i nawet nie przymierzają się do tych lepszych czy najlepszych.

Tomasz Lis z TVN oparł się naciskom i nadał w "Faktach" zdjęcia ilustrujące stan "pomroczności jasnej" polityka rządzącego na dystans telewizją publiczną - podczas gdy kijowski korespondent publicznej telewizji musiał zdać do Warszawy taśmy z Charkowa.

Ale ta "polityka" przesłania prostą prawdę, że telewizję publiczną po prostu bylejaczy się programowo. Może i nie zdaje sobie z tego sprawy szef telewizji czy ów polityk z problemami, jego pryncypał; zawsze wolę domniemanie przyzwoitości. Zwłaszcza że w interesie ich obu leży wiarygodność - jeśli rzeczywiście telewizja publiczna ma pomóc temu drugiemu w wyborach. Kiedy bowiem publiczność uświadomi sobie, że telewizja publiczna o dziennikarską wiarygodność nie dba, telewizja straci prymat w konkurencji programów informacyjno-publicystycznych.

Trudno nie zauważyć, jak dalece panie Czajkowska czy Olejnik, przygotowane do każdej rozmowy, górują nad panami prowadzącymi różne inne programy. Każdym pojawieniem się na ekranie pan O. sygnalizuje, że będzie coś na korzyść SLD, ale nie w tym rzecz; on to robi byle jak. Podobnie z panem K. Ktoś, kto występował jako agitator jakiegoś polityka, w ogóle nie pasuje do ekranu publicznej TV, którą powinno obowiązywać domniemanie dziennikarskiej niezależności. Ale ten kiedyś niezły partner Bobera teraz po prostu robi to, co robi - kiepsko, bez źdźbła poczucia odpowiedzialności za swą rolę. Kolega Ż. promieniuje pewnością siebie, miast pomyśleć, o co chodzi w programie, który prowadzi; nie jest orłem i na taką dezynwolturę parę lat temu jeszcze by sobie nie pozwolił. Pana M. nie znam jako dziennikarza w ogóle - a przecież znam w tym zawodzie parę tysięcy ludzi; i znów nie chodzi o jego stronniczość ani proweniencję. Chodzi o przygotowanie i kompetencję.

Mamy autorytety  publiczne i fachowców

"Linia specjalna" z Janem Nowakiem-Jeziorańskim uświadomiła widzom, że telewizja publiczna mogłaby zapewnić im kontakt z ludźmi wybitnymi, przyzwoitymi i mądrymi. Każdy z nas chętnie słuchałby kogoś takiego stale, przez choćby dziesięć minut w tygodniu. Mamy też innych ludzi o wysokim autorytecie publicznym, których nie można podejrzewać o próżność, chęć zrobienia kariery, prywatę czy skłonność do partyjnictwa. Jak - tylko przykładowo - profesor Barbara Skarga, Jacek Bocheński, profesor Henryk Samsonowicz, profesor Jerzy Mikułowski-Pomorski z Krakowa czy profesor Edmund Wnuk-Lipiński (choć umiem sobie wyobrazić i kącik dla niezwykłych osobowości, jak profesor Maria Janion). Mamy Wisławę Szymborską, mamy Ewę Szumańską, mamy Małgorzatę Musierowicz - panie tyleż utalentowane, niezwykłe i różne od siebie, co bardzo mądre i z poczuciem humoru. Mamy fachowców od administracji, organizacji czy prawa, fachowców o kwalifikacjach uznanych w międzynarodowych społecznościach; nawet jeśli nie korzysta z nich rząd, miejmy przynajmniej szansę posłuchać od czasu do czasu ich mądrych uwag zamiast pogróżek Leppera. 

Są wreszcie czołowi dziennikarze czołowych gazet i czasopism, uznawanych jednak w telewizji publicznej za wrogie - i tacy redaktorzy naczelni gazet lokalnych, jak Łęski senior, lekarz z Radomska... Telewizja nie jest skazana na trzeci sort telewizyjnych osobowości. "Panorama", jak słyszę, podawać ma o 18.30, co się ciekawego dzieje w kraju, w społecznościach lokalnych. Ale chodzi o to, by takie wiadomości trafiały i do najważniejszego serwisu dnia, żeby obraz kraju nie sprowadzał się do gier politycznych. Przede wszystkim chodzi mi o to, by najbardziej masowa gazeta kraju rozmawiała sama ze sobą i z innymi zawodowcami o tym, co i jak robi. Nie należy schodzić do poziomu rządu i opozycji. Kiedy zawodzi klasa polityczna kraju, obowiązuje nas tym wyższe poczucie odpowiedzialności.

Na marginesie: jak rozumiem, polityków tak zeźlił "Dziennik telewizyjny" Jacka Fedorowicza, że trzeba go było zepchnąć na sobotę, kiedy jest mniejsza oglądalność. Proszę więc kolegów po fachu, by przyłączyli się do mnie i poinformowali swych czytelników oraz słuchaczy, że Fedorowicza zesłano teraz na sobotę, ale można go obejrzeć też w niedzielę o 19.05 w TV Polonia. To moja odpowiedź na represje wobec naszego poczucia humoru.

Być może, pisząc to wszystko, oczekuję spełnienia utopii. Skoro jednak zostałem już raz na zawsze skompromitowany jako nieuleczalny optymista, pozostanę wierny jedynemu hasłu paryskiego maja 1968, które do mnie przemówiło: bądźmy realistami, żądajmy rzeczy niemożliwych.



