TERRORYZM

Saudyjski milioner Osama bin Laden za cel swego życia uznał pokonanie niewiernych. Jego fanatyczni zwolennicy walczą we wszystkich częściach świata.

Wojownik islamu

W grudniu ubiegłego roku Osama bin Laden udzielił wywiadu dziennikarzom magazynu "Time" w jednym z obozów wojskowych w południowym Afganistanie.

(C) AP

RYSZARD MALIK

Na zniszczonym od lat lotnisku w Kabulu podchodzi do lądowania samolot transportowy oznaczony godłem Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Pytam stojącego ze mną przestawiciela Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, skąd w tym ogarniętym wojną kraju wziął się transportowiec z Dubaju. Harald, rodowity Szwed, urzędnik MCK, zaczyna coś tłumaczyć, ale huk motorów olbrzymiego samolotu zagłusza jego odpowiedź. Może to i lepiej, bo stojący obok nas agent rządzących w Afganistanie Talibów wyraźnie nadstawia ucha. 

Harald kończy swoją odpowiedź już w samolocie, którym obaj wracamy z Kabulu do Peszawaru w Pakistanie.

Pod presją  fundamentalistów

Interesy robione przy podniesionej kurtynie przez obywateli ZEA z Talibami i Osamą bin Ladenem, najbardziej poszukiwanym terrorystą na świecie, zdenerwowały w końcu Waszyngton. W lipcu po interwencji Amerykanów Dubaj zapowiedział, że ukróci praktyki prania pieniędzy w Dubai Islamic Bank, który jest pod kontrolą rządu. O wsparciu udzielonym przez ten bank bin Ladenowi napisał "The New York Times". Rząd amerykański podejrzewał również, że minister spraw zagranicznych Kataru ostrzegł Chaleda Shaika Mohammada, współpracownika międzynarodowego terrorysty islamskiego, Ramzi Ahmeda Jusefa, że specjalna grupa FBI zamierza go schwytać.

Jusef został aresztowany i skazany w USA na dożywocie za podłożenie bomby pod gmach World Trade Center w Nowym Jorku w 1993 roku, natomiast Mohammad - według organów ścigania USA - planował zdetonować ładunki wybuchowe w 12 amerykańskich samolotach pasażerskich w chwili, gdy obywałyby one lot nad Pacyfikiem. Ten ostatni zamiar nie powiódł się. Jak ocenia FBI, za tymi planami oraz innymi antyamerykańskimi operacjami stoi bin Laden.

Zjednoczone Emiraty Arabskie i Katar należą do grupy prozachodnich państw rejonu Zatoki Perskiej, z Arabią Saudyjską na czele, z którymi USA utrzymują bardzo dobre stosunki, którym pomagają i sprzedają najnowocześniejsze typy broni. Współpraca ta opiera się na kalkulacjach, że konserwatywni szejkowie i emirowie będą zaporą dla radykalnych krajów islamskich takich jak Iran.

Rewelacje o skrytym wspieraniu terrorystów potwierdzają jednak ostrzeżenia tych ekspertów, którzy sądzą, że nawet proamerykańskie rządy państw arabskich są pod presją sił sympatyzujących z muzułmańskim fundamentalizmem i mogą prowadzić politykę "na dwie strony" - choćby po to, aby swoje kraje uchronić przed atakami terrorystycznymi.

W tym kontekście nie dziwią - po sierpniowej ofensywie islamistów na Dagestan - oskarżenia Rosjan pod adresem emiratów znad Zatoki Perskiej i Arabii Saudyjskiej. Nie chodzi przy tym tylko o to, że z tych krajów pochodzą bojownicy, którzy dziś walczą po stronie Szamila Basajewa i emira Chattaba, a wcześniej po stronie mudżahedinów brali udział w wojnie z Armią Radziecką w Afganistanie. Moskwa ma za złe przede wszystkim przymykanie oka na finansowanie antyrosyjskiej rebelii pieniędzmi z kont w bankach kuwejckich, saudyjskich czy katarskich.

Stingerów nie brakuje

Wiadomość o tym, że czeczeńscy islamiści Basajewa i Chattaba mają na wyposażeniu stingery, potwierdza zestrzelenie kilka dni temu dwóch samolotów rosyjskich. Stingery to rakiety produkcji amerykańskiej, które trafiły do Afganistanu w latach 80. w ramach pomocy dla walczących z Rosjanami mudżahedinów, a później przeszły w ręce Talibów. W 1993 r. (już po zakończeniu wojny afgańskich mudżahedinów z ZSRR) Centralna Agencja Wywiadowcza wysłała do Pakistanu, Afganistanu i innych krajów regionu setki agentów z walizkami dolarów. Mieli jedno zadanie: skupować na czarnym rynku stingery - rakiety, które mogą zestrzelić każdy samolot czy helikopter z odległości 5 km. Obsługa jest bardzo prosta: rakieta "idzie" za celem, kierując się źródłem ciepła, a wystrzelić potrafi ją nawet analfabeta. Amerykańscy agenci oferowali sumę dwukrotnie wyższą od fabrycznej. Szukano około 200 stingerów. Ile z nich pozostało w Afganistanie, przekonamy się niebawem, licząc zestrzelone rosyjskie maszyny.

Talibowie, których reżim uznają tylko trzy państwa (Arabia Saudyjska, Pakistan i Zjednoczone Emiraty Arabskie), są ignorowani w świecie i nie mają dostępu do rynków zagranicznych. Dlatego każda kwota liczy się dla nich podwójnie, a dwieście tysięcy dolarów za jedną rakietę nie wydaje się złą zapłatą. 

Nie tylko Harald z Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, ale i inni przebywający w Afganistanie cudzoziemcy twierdzą, że niezależnie od wojennego dramatu, który rozgrywa się w tym państwie i którego końca nie widać, obowiązuje tu ta sama co wszędzie zasada: business is business. Broń, jakiej używają Talibowie, dociera do Afganistanu niemal z całego świata. Pokazywano mi egzemplarze z Egiptu, Czech, Gruzji... Talibowie, surowi w sprawach religii, w robieniu interesów nie widzieli żadnego grzechu, niezależnie od tego, jakiej wiary był kupiec. Sam widziałem w hotelu przedstawicieli rządu czeczeńskiego przybyłych w interesach. Jakich? Ahmed, mój nieoficjalny przewodnik w Kabulu, powiedział, że przywieźli broń, która pozostała im po wojnie z Rosją. Wydaje się więc niemal pewne, że prawdziwe są informacje o sprzedaży stingerów przez rząd w Kabulu islamistom znowu walczącym z Rosjanami.

Pieniądze dla bojowników

Najważniejsze pytanie, jakie pojawia się w związku z pieniędzmi, dotyczy sponsora tych zakupów. Jak twierdzą Rosjanie, jest nim bin Laden. Najbardziej poszukiwany na świecie terrorysta znajduje się od ponad trzech lat w Afganistanie. Ma na pieńku z Rosjanami jeszcze z czasów sowieckiej okupacji Afganistanu. Teraz, według Moskwy, znów znalazł powód, aby nie pałać do nich miłością. Rosja ponownie najechała bowiem muzułmańską Czeczenię i towarzysze wspólnej walki z lat 80. potrzebują pomocy.

Według dziennika "Kommiersant Daily" przedstawicielem bin Ladena na północnym Kaukazie jest emir Chattab, którego Saudyjczyk poznał w 1987 roku w Afganistanie. Chattab, były student kairskiego uniwersytetu, urodzony w jednym z krajów Zatoki (jak twierdzą Jordańczycy - w Arabii Saudyjskiej), walczył po stronie mudżahedinów w końcowej fazie wojny w Afganistanie, m.in. dowodził artylerią pod Kandaharem. Tam też został ranny. Jest to człowiek doskonale wykształcony, władający angielskim (chodził do szkoły średniej w USA, kiedy mieszkał tam z rodzicami), arabskim, pasztuńskim i francuskim.

Bin Laden nie tylko finansuje Basajewa i Chattaba, ale i - jak twierdzą Rosjanie - zorganizował na terenie Czeczenii specjalny obóz (w okolicach Nożajjurtu). Wykładowcami są tam zarówno ludzie, którzy brali udział w wojnie czeczeńskiej, jak i przysłani przez bin Ladena specjaliści. Według rosyjskiego premiera przywódca światowej wojny z niewiernymi osobiście pojawiał się we wrześniu w Dagestanie i przekazał Basajewowi i Chattabowi walizkę z 30 milionami dolarów. Dziennik "Siegodnia", powołując się na rosyjski kontrwywiad, twierdzi, że w obozie szkolono również osoby zamieszane w akcje terrorystyczne przeciwko obywatelom amerykańskim, żołnierzom w Jemenie i Arabii Saudyjskiej oraz ambasadom USA w Kenii i Tanzanii. Z kolei "New York Post", który powołuje się na amerykańskich specjalistów w zwalczaniu terroryzmu, podaje, że bin Laden wysłał do Dagestanu pieniądze i setki swoich zwolenników. Wielu z nich - pisze nowojorski dziennik - to weterani wojny w Afganistanie.

Przeciwko barbarzyńcom

Ścigany przez CIA bin Laden uciekł w 1996 r. z Sudanu i schronił się w Afganistanie, rządzonym przez studentów szkół koranicznych, Talibów. Podbijali oni Afganistan z karabinem w jednej ręce, i Koranem w drugiej. Bin Laden szybko znalazł z nimi wspólny język, a najwyższy rangą przywódca Talibów, mułła Omar, oddał mu za żonę swoją córkę, co w tradycji afgańskich górali jest najbardziej cenionym gestem gospodarza wobec gościa. Talibowie nie chcieli słyszeć o wydaniu Waszyngtonowi swego "drogiego gościa" mimo nalegań USA i zbombardowania rejonu Kandaharu, gdzie terrorysta miał przebywać. Aby zamknąć sprawę, afgański Sąd Najwyższy w sierpniu tego roku uznał, że bin Laden jest niewinny.

43-letniego bin Ladena uważa się za głównego sponsora terrorystów islamskich. Po licznych zamachach, o których zorganizowanie jest podejrzewany, to dziś najbardziej poszukiwany człowiek na świecie. Jego rozmowy są podsłuchiwane. Miejsce, gdzie przypuszczalnie przebywa, nieustannie kontrolują satelity wywiadowcze amerykańskiej National Security Agency. Za pomoc w jego ujęciu Stany Zjednoczone wyznaczyły nagrodę 5 milionów dolarów.

Historia tego saudyjskiego milionera (jego fortunę szacuje się na 259 milionów dolarów) jest zadziwiająca. Kiedy w 1979 r. Armia Radziecka wkroczyła do Kabulu, bin Laden rozpoczął akcję pomocy afgańskim mudżahedinom. Współpracował z Amerykanami i Pakistańczykami. Ale w 1997 r. w wywiadzie dla CNN oświadczył, że "siły amerykańskie stacjonujące w Arabii Saudyjskiej będą celem ataków w czasie świętej wojny islamskiej (dżihadu) z obcymi". Przyznał też, że z jego polecenia w Somalii zginęło wielu żołnierzy USA. Amerykańską obecność w krajach Zatoki Perskiej uznał za nowy najazd barbarzyńców, podobny do wypraw krzyżowców do Ziemi Świętej.

Bin Laden udowodnił, że potrafi działać i dziś nie ma już wątpliwości, że ataki na amerykańskie obiekty są dziełem siatki, którą kieruje. Dzięki milionom dolarów może pomagać islamskim grupom terrorystycznym w Algierii, Egipcie, Jemenie, Sudanie, Libanie i na Filipinach. To on stał za atakiem na World Trade Center w Nowym Jorku w 1993 r., to z jego polecenia dokonano zamachu na prezydenta Egiptu Hosniego Mubaraka w Addis Abebie w 1995 r. i to on planował zamach na papieża oraz na prezydenta Billa Clintona w Manili. Bombę, która w 1995 r. zabiła pięciu żołnierzy amerykańskich w Rijadzie, podłożyła organizacja pod przywództwem bin Ladena. Rok później jego grupa dokonała zamachu w Dahranie (Arabia Saudyjska) na amerykańską bazę wojskową, gdzie zabito 19 wojskowych. Teraz jego "żołnierze" zajęli się Azją Środkową. Aby poszerzyć wpływy rządzących w Kabulu Talibów, próbują obalić prezydenta Tadżykistanu, a ostatnio pojawili się w Kirgizji.

Komandosi gotowi do akcji

Bin Laden kieruje swoją organizacją al Qa'ida z Afganistanu. Ma wielką rezydencję w Kandaharze oraz kilka innych posiadłości, między innymi w pobliżu Dżalalabadu. Kiedy rok temu w Kabulu próbowałem w Ministerstwie Informacji dowiedzieć się, czy są jakieś szanse na spotkanie z nim, moi rozmówcy najpierw udawali, że nie rozumieją pytania, a potem dali mi do zrozumienia, że byłoby to dla mnie - mówiąc delikatnie - mało bezpieczne.

Amerykanie opracowali plan usunięcia bin Ladena. Jednak po dokładnych analizach doszli do wniosku, że operacja w Afganistanie, której celem miało być zabicie terrorysty, może zakończyć się fiaskiem. W 1998 r. wysłali do Talibów Billa Richardsona, ówczesnego ambasadora USA w ONZ, z prośbą o wydanie bin Ladena. Spotkali się z odmową. Rozpoczęto jego inwigilację za pomocą urządzeń satelitarnych. Od kilku miesięcy jego ruchy śledzi specjalny satelita wywiadowczy amerykańskiej National Security Agency, znajdujący się nad Dżalalabadem. Podobno specjalna grupa komandosów czeka w Pakistanie na sygnał do wyruszenia na łowy...



