Polakom zaoferowano role, których grać ich nikt nie uczył, dlatego wielu skłonnych jest je odrzucać

Widmo rewolucji

JANUSZ A. MAJCHEREK

III Rzeczpospolita powstała w wyniku ewolucji i kompromisu, a więc wbrew tradycyjnym normom i formom działania Polaków, przejawiającym się w buntach, rewoltach i powstaniach.

Ta rozbieżność z narodową tradycją jest jednym z powodów, dla których tak znaczna część społeczeństwa czuje się nieswojo w obecnych realiach i daje temu głośno wyraz.

W 1989 r. w Polsce nie miało miejsca żadne spektakularne wydarzenie, porównywalne z ogłoszeniem deklaracji niepodległości, zburzeniem muru, masowym buntem czy tym bardziej zbrojną rebelią zakończoną rozstrzelaniem przywódcy dotychczasowego reżimu - jak to się zdarzyło w sąsiednich krajach komunistycznych. Polacy wyszli z komunizmu w sposób nie tylko nietypowy na tle większości państw bloku i byłych republik sowieckich, ale zupełnie niezgodny ze swoją własną tradycją, a jeszcze bardziej z wyobrażeniem o niej, kształtowanym przez etos powstańczy.

Z początku nawet usiłowano z tego uczynić przedmiot dumy i powód do chwały, lecz rychło odezwały się głosy, że brak heroicznego, a najlepiej martyrologicznego momentu w okresie inauguracji nowej Polski uniemożliwił uczynienie jej odpowiednio atrakcyjną, na pewno zaś pozbawił uświęcenia, które związałoby z nią jej obywateli silnymi emocjami patriotycznymi. Odzwierciedliło się to bodaj w postawie znacznej części Polaków, zdezorientowanych w nowej rzeczywistości i nie umiejących się z nią utożsamić. Zamiast rewolucji nastąpiła bowiem transformacja, a czy można się poświęcać dla transformacji?

Kulturowa dezorientacja

Polska transformacja zawierała wprawdzie pewien element rewolucyjny, odzwierciedlony w strategii i metodzie terapii szokowej zaaplikowanej gospodarce, faktycznie była to jednak raczej kontrrewolucja, w swoich dążeniach nakierowana na restytucję (prywatnej własności) czy wręcz restaurację (kapitalizmu, wolnego rynku). Od uczestników nie wymagała bynajmniej szalonych porywów i bohaterskich uniesień, lecz inicjatywy i umiejętności o charakterze gospodarczym. Większość Polaków miała prawo czuć się podwójnie zdezorientowana: nie tylko nie wzywano ich na żadną ruchawkę, lecz na dodatek skłaniano ich, by okazali cnoty mieszczańskie, do których nie tylko nie byli przysposobieni, ale którymi dawniej sugerowano im raczej gardzić. Zamiast powstańca burżuj - to dla Polaka oferta trudno zrozumiała i mało inspirująca, raczej drażniąca niż zachęcająca.

Nastroje buntu i rewolty nie mogły zaś znaleźć ujścia poza sferą materialną, a więc w warstwie duchowej, kulturowej, bo społeczny ogół był i pozostaje pod tym względem zbyt ograniczony, by taką kompensatę i zaspokojenie sobie stworzyć, a kulturalne i artystyczne elity również nie wykreowały nowych form ekspresji dla tych zbiorowych nastrojów. Ponadto czas, czyli ostatnia dekada stulecia, nie sprzyjał tendencjom kontestatorskim i kontrkulturowym, nieobecnym także w napływającej do Polski kulturze masowej. Z tych dwóch powodów zamiast ożywczych ruchów kontrkulturowych rozwinęły się jedynie destrukcyjne ruchy subkulturowe, a zamiast twórczej kontestacji rozlała się masowa agresja. Symbolem tego rodzaju "rebelii" stał się kij bejsbolowy, a formą ekspresji prostacka siła i przemoc oraz wulgaryzacja obyczajowa i językowa.

Wolta w rewolcie

Wśród zdezorientowanych i nie znajdujących w nowej rzeczywistości miejsca dla siebie wezwania do buntu i insurekcji padały i wciąż padają jednak na podatny grunt, jeśli tylko są sformułowane z odpowiednią dozą demagogii i populizmu przez samozwańczych przywódców i domorosłych watażków, umiejących skrzyknąć zdesperowanych straceńców.

Paradoks, a nawet swoisty absurd polega na tym, że o ile w początkowym okresie ten nieco bezładny bunt kierowany był przez radykalnych antykomunistów pod hasłami stanowczego i definitywnego rozliczenia z dawnymi lub niezbyt dawnymi władcami, o tyle potem został przejęty i wykorzystany przez niegdysiejszych działaczy PZPR i aktywistów okresu PRL oraz poprowadzony przeciw zupełnie nowemu establishmentowi. Początkowo najbardziej kontestatorski trzon społecznej rewolty stanowili nieprzejednani zwolennicy rozliczeń z komuną i nomenklaturą, reprezentowani przez radykałów związkowych w rodzaju Zygmunta Wrzodaka, łączących werbalny antykomunizm z demagogicznymi rewindykacjami socjalnymi. W wyniku przemian w samej "Solidarności", a zwłaszcza odzyskania przez nią znaczącego statusu politycznego i miejsca w legalnych instytucjach władzy, przestała być ona wyrazicielką tej politycznej i socjalnej rewolty. Do roli tej zgłosiło się natychmiast wielu samozwańczych wodzów, wśród których najsilniejszą, a w każdym razie najbardziej eksponowaną pozycję zajął Andrzej Lepper. Nie bez powodu w swojej propagandowej kampanii tak często odwoływał się do skojarzeń insurekcyjnych, zapowiadając chłopskie powstanie i poprowadzenie zbrojnej rebelii przeciw rządowi. Usiłował więc nawiązać do tradycji, która w 1989 r. została w zasadzie zaniechana.

Czy jest on prawdziwym powstańcem albo rewolucjonistą? Oczywiście nie, jest karykaturą rewolucjonisty i powstańca. W jego osobie i działalności polskie tradycje insurekcyjne zamieniły się w farsę i parodię.

Ostatnio nawet Lepper usiłuje przedzierzgnąć się w polityka. W tej kategorii nie ma jednak szans, bo konkurencja zbyt silna, a demonstrowane dotychczas talenty niekoniecznie przydatne.

Misja niemożliwa

Nie oznacza to, że w sferze stricte politycznej nie było i nie ma rewolucyjnego zapału. Idzie o to, że nie przynosi on politycznych sukcesów.

Wezwania do użycia rewolucyjnych metod w procesie przezwyciężania komunizmu rozlegały się niemal od samego początku tego procesu. Wzmogły się zwłaszcza w okresie kampanii prezydenckiej 1990 roku, kiedy wznieśli je niektórzy równie entuzjastyczni jak naiwni (tak to z rewolucjonistami bywa) zwolennicy Lecha Wałęsy, widzący w nim lub pragnący zeń uczynić przywódcę rewolty przeciw umiarkowanej "polityce grubej kreski". Kiedy poczuli się przez niego zdradzeni, w typowy dla wszelkich zawiedzionych rewolucjonistów sposób przeszli do formowania wąskiej, kadrowej grupy, złożonej z najbardziej zaufanych osób i skoncentrowanej na walce z wszystkimi podejrzanymi o kontakty z wrogami oraz demaskowaniu ich zakamuflowanych dawnych współpracowników lub obecnych sprzymierzeńców. Kulminacją działalności tej grupy było przejęcie steru rządu przez reprezentującą ją ekipę Jana Olszewskiego i rozpoczęcie demaskatorskiej akcji lustracyjnej pod kierunkiem Antoniego Macierewicza, któremu złośliwi krytycy do dziś wypominają młodzieńcze fascynacje postacią latynoamerykańskiego rewolucjonisty, Ernesta Guevary zwanego Che. Akcja ta skończyła się kompletnym fiaskiem i choć mnożyły się oskarżenia o zamach stanu, w istocie w jej wyniku żadna rewolucja się nie dokonała. A przegrani rewolucjoniści zawsze źle kończą.

Nie zniechęciło to innych zwolenników działań radykalnych i rozstrzygnięć równie jednoznacznych jak definitywnych. Ich wyrazicielem w obecnej ekipie został Janusz Pałubicki, całą swoją postacią uosabiający typowego rewolucjonistę: strój niedbały, swobodny zarost, ponury wyraz twarzy, zaciśnięte usta, dosadne epitety ciskane pod adresem przeciwników, głęboka nieufność i podejrzliwość, nie skrywane poczucie misji. 

Nie wiadomo jednak, czy zdoła ją wypełnić,wszystko wskazuje bowiem na to, że zostanie ona przerwana przez wyborczą porażkę obozu, który Pałubicki reprezentuje, i zwycięstwo sił przez niego znienawidzonych. Taki to dziwny i paradoksalny jest los rewolucjonistów w demokratycznym państwie. Można się zastanawiać, w jakim stopniu sami go kształtują własnymi poczynaniami, czy nie przyczyniają się aby swą działalnością do klęski tej sprawy, o którą walczą. Na pocieszenie mogą wziąć pod uwagę i rozwagę, że w państwie niedemokratycznym przegrani rewolucjoniści kończą o wiele gorzej.

Jednak urok burżuazji

Misją każdego rewolucjonisty jest radykalnie zmienić świat i skierować bieg jego spraw na zupełnie inne tory. Jeśli popatrzeć z tego punktu widzenia, to największe pod tym względem sukcesy w Polsce ostatniego dziesięciolecia osiągnęli nie bojówkarze, jak Andrzej Lepper, związkowi radykałowie spod znaku "Solidarności", nieprzejednani antykomuniści z Ligi Republikańskiej czy owładnięci poczuciem misji koordynatorzy tajnych służb, lecz dynamiczni, energiczni, niezmordowani i niepowstrzymani pionierzy kapitalizmu. Najbardziej rewolucyjne zmiany są dziełem polskich przedsiębiorców, to są dzisiejsi ludzie czynu.

Ta rewolucja miała już swoją fazę masową i uliczną - gdy zaroiło się od polowych łóżek i prowizorycznych straganów, zwiastujących całkowitą zmianę stosunków ekonomiczno-społecznych w kraju. Ten rewolucyjny proces został następnie zinstytucjonalizowany i przeniesiony do specjalnie temu służących miejsc, od hal fabrycznych, przez banki i supermarkety, do budynku giełdy. Kiedy dawna siedziba KC PZPR została zajęta na siedzibę Giełdy Papierów Wartościowych, można było uznać komunistyczną Bastylię za zdobytą.

Mieszczaństwo było w historii siłą sprawczą rewolucji. Dziś już w Polsce nie ma jednak żadnej Bastylii ani barykad do zdobycia, jest sporo wyzwań i przedsięwzięć do wykonania. Przemiany dokonują się już nie na ulicach, choć zmiany ich wyglądu świadczą o ciągłym tych przemian trwaniu. Nie mają one jednak charakteru masowego, bo z natury swojej opierają się na indywidualnym wysiłku i prywatnej inicjatywie, każdy więc musi w nich szukać swojego własnego miejsca osobiście. Nie wszyscy potrafią je znaleźć, okazują więc swoje niezadowolenie, z rewolucją ma to jednak niewiele wspólnego.



