Badania naukowe

Uczeni obojętni na własne słabości nie będą poważnym partnerem do dyskusji nad przyszłością Polski

Kto za to odpowiada

Leszek Kuźnicki

Niedawno ukazał się "Stan nauki i techniki w Polsce". Na 55 stronach bogato ilustrowanych barwnymi zestawieniami liczbowymi przedstawiono dystans, jaki na obu polach dzieli Polskę od krajów wysoko rozwiniętych oraz sformułowano szereg słusznych wniosków i postulatów. W tym opracowaniu wydanym przez Komitet Badań Naukowych zabrakło jednak odpowiedzi na podstawowe pytanie, kto jest za ten stan odpowiedzialny.

Puste deklaracje

Za obecny stan nauki winę ponosi przede wszystkim elita polityczna, i to niezależnie od orientacji, którą co najwyżej stać było na puste deklaracje i nie realizowane uchwały. Również niemałą winą należy obarczyć ludzi nauki - moje środowisko,  które w ustroju demokratycznym wielokrotnie okazało się  oportunistyczne, zachowawcze i kierujące się interesami partykularnymi. Co gorsza, ludzie nauki pełniący role kierownicze nie potrafili przekonać ani rządu, ani parlamentu, ani społeczeństwa do roli nauki i jej znaczenia dla przyszłości Polski.

Nie mam zamiaru wrzucać kamyków do cudzego ogródka. Z wielką przykrością więc stwierdzam, że ja sam, jeżeli chodzi o promowanie nauki w Polsce znacznie większe sukcesy odniosłem w latach 1955  - 1958, jako wiceprzewodniczący Sekcji Nauki Związku Nauczycielstwa Polskiego, czy w latach 70., jako jeden z wielu profesorów, niż w latach 1990 - 1998, kiedy pełniłem funkcję wiceprezesa, a następnie prezesa Polskiej Akademii Nauk.

Jest to wysoce zastanawiające, ponieważ w drugiej połowie XX wieku wiedza naukowa, zwłaszcza ta, którą można wykorzystać do celów praktycznych, stała się powszechną strategią największych potęg gospodarczych świata, korporacji przemysłowych i tych krajów, które zanotowały najszybsze tempo rozwoju.

Polskie elity polityczne założyły, że najpierw muszą być rozwiązane inne sprawy - a kiedy poprawi się sytuacja ekonomiczna Polski - będziemy mogli się zająć promocją nauki. Odzwierciedleniem tej polityki były nakłady z budżetu państwa na naukę i badania rozwojowe, które w 1998 r. spadły do poziomu 0,46 proc. produktu krajowego brutto (PKB). Nakłady na badania i rozwój łącznie ze wszystkich źródeł w ostatnich latach kształtowały się na poziomie około 0,8 proc. PKB, a więc poniżej przeciętnej światowej, wynoszącej 1,4 proc.

Skutkiem takich działań było obniżenie pozycji Polski w porównaniu ze stanem nauki w innych krajach. Strat w rankingu światowym nie da się prędko odrobić, a można mieć nawet obawy, czy w ogóle jest to możliwe.

Biedne nauki rolnicze

Obecnie walkę konkurencyjną na rynku wygrywa ten, kto produkuje nie tylko taniej, ale lepiej pod względem jakości i nowoczesności. Tych celów nie można zrealizować bez nowych technologii, opartych na bieżących pracach badawczych. Zostało to dwadzieścia lat temu rozpoznane przez wielkie korporacje przemysłowe, które mają coraz większy udział w nakładach na badania i prace rozwojowe. W krajach należących do Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) w 1981 r. budżety państwowe przeznaczone na badania naukowe i rozwojowe stanowiły 45 proc. z ogółu zaangażowanych środków finansowych, zaś 51,2 proc. pochodziło z przemysłu. Pozostałe 3,8 proc. - z innych źródeł. W 1996 r. proporcje te kształtowały się inaczej. Przemysł partycypował już w 61,3 proc., zaś środki kierowane na potrzeby nauki przez rządy stanowiły 32,3 proc. W tymże roku General Motors pierwszy na liście światowych prywatnych inwestorów przeznaczył na prace badawcze i rozwojowe 8,9 mld dol.

Co znaczy we współczesnej gospodarce wiedza naukowa i postęp technologiczny wyraźniej można prześledzić na przykładzie rolnictwa, zwłaszcza produkcji żywności. Poczynając od lat 50. XX wieku gwałtownie spada powierzchnia gruntów uprawnych przypadających na jednego mieszkańca Ziemi i obecnie wynosi ona niewiele ponad 0,1 ha. Jednocześnie znacznie szybciej niż przyrost ludności wzrasta produkcja żywności, która w ciągu ostatnich dwudziestu lat powiększyła się o ponad 50 proc. Ta tendencja będzie się nadal utrzymywała w związku z wprowadzeniem pod uprawy i do hodowli roślin i zwierząt genetycznie modyfikowanych i rozszerzeniem się obszarów wydajnej produkcji roślinnej. Kiedy w latach 90. trwał w najlepszych laboratoriach wyścig naukowy w dalszym udoskonalaniu produkcji żywności, w naszym kraju nauki rolnicze nie tylko zabiedziliśmy, ale spowodowaliśmy zaniechanie badań w wielu ważnych kierunkach.

Obniżenie wymogów

Wraz ze zmianami politycznymi i gospodarczymi powstała konieczność zmian aktów prawnych z zakresu nauki i szkolnictwa wyższego. Niestety w roku 1990 ustawy były przygotowane pospiesznie i pod naciskiem tej części środowisk uczelnianych, które były bądź zagrożone rotacją, bądź poszukiwały nie merytorycznych lecz ustawowych mechanizmów szybkiego awansu. W rezultacie nastąpiło obniżenie wymogów kwalifikacyjnych, czego jaskrawym przykładem stała się łatwość lub wręcz automatyzm uzyskiwania w roku 1991 i w latach późniejszych stanowiska kontraktowego profesora nadzwyczajnego w wielu szkołach wyższych.

W minionych dziesięciu latach ta tendencja nie tylko nie osłabła, lecz jeszcze się nasiliła. Nie wiem, jaki ostateczny kształt przyjmie kolejny projekt ustawy o szkołach wyższych, przygotowywany w Ministerstwie Edukacji Narodowej. Wszystkie kolejne projekty, z którymi miałem możność się zapoznać, miały jedną wspólną cechę - dalsze obniżenie wymogów kwalifikacyjnych, tym razem mające dotyczyć habilitacji i uzyskiwania tytułu profesora. Czy są to pomysły wysokich urzędników państwowych, którzy szukają rozwiązania problemu luki pokoleniowej? Ależ nie, pochodzą one z niektórych środowisk szkół wyższych, które pod hasłem autonomiczności uczelni dążą od lat do zniesienia jakiejkolwiek zewnętrznej merytorycznej oceny poziomu habilitacji i wniosków o nadanie tytułu profesora.

Są też wielokrotnie powtarzane propozycje ograniczenia procesu kształtowania kadr naukowych do doktoratu, tak jak ma to miejsce  w Stanach Zjednoczonych. Pomysł do rozważenia, pod warunkiem że przyjęte zostaną inne amerykańskie zasady, jak np. powszechność zatrudniania okresowego, konieczność opuszczania uczelni, w której uzyskało się doktorat, stała kontrola i weryfikacja efektywności dydaktycznej i naukowej. Wobec standardów amerykańskich w Polsce efektywność działalności naukowej i dydaktycznej zawsze była niska, a w ostatnim dziesięcioleciu, w związku z rozpowszechnianiem w szkolnictwie wyższym pracy na więcej niż jednym etacie, uległa dalszemu obniżeniu.

Złe rozwiązanie

Główną jednak słabość naszego środowiska naukowego dostrzegam w jego niemocy wprowadzania w życie nawet tych postulatów, których realizację uważa się za konieczną. Posłużę się jednym przykładem. Ustawa o Komitecie Badań Naukowych, która weszła w życie z początkiem 1991 r. ustanowiła dwie odrębne komisje: Komisję Badań Podstawowych oraz Komisję Badań Stosowanych. Było to od samego początku rozwiązanie złe i sprzeczne z tendencjami światowymi. Współcześnie granice między tymi rodzajami badań bardzo się zawęziły, a nawet zatarły. Od lat sprawa zmiany struktury Komitetu Badań Naukowych jest postulowana, ale nie przynosi to żadnych rezultatów. A jak długo środowisko ludzi nauki pozostanie obojętne na własne słabości, tak długo nie będziemy poważnym partnerem do dyskusji nad przyszłością Polski, zarówno z decydentami, jak i społeczeństwem.

----------------

Autor jest profesorem w Instytucie Biologii Doświadczalnej im. Marcelego Nenckiego i przewodniczącym Komitetu Prognoz 2000 Plus


