DEKOMUNIZACJA

Odrzucony przez Sejm projekt ustawy odwoływał się do odpowiedzialności zbiorowej i nie służył interesom prawicy

Jak rozliczać przeszłość

ALEKSANDER HALL 

Nie spodziewałem się, że moje głosowanie nad ustawą dekomunizacyjną wzbudzi taki rezonans. Głosowałem przeciwko ustawie, moim zdaniem źle przygotowanej, nie służącej rzetelnemu rozliczeniu się z komunizmem i niezgodnej z interesami prawicowego obozu politycznego. Nie głosowałem nad komunizmem ani nad PRL, ale nad konkretnym projektem ustawy. 

Komunizm był zbrodniczym systemem. W jego imię zamordowano dziesiątki milionów ludzi, a setkom milionów odebrano szansę na godne życie. Chociaż liczba ofiar komunizmu była znacznie wyższa niż ofiar nazizmu (między innymi wynika to z faktu, że system komunistyczny panował znacznie dłużej), to wielu ludzi lewicy oburza się z powodu stawiania znaku równości między komunizmem a nazizmem. Według nich jest to niesprawiedliwe, gdyż ideologia nazizmu była zbrodnicza, a zbrodnie popełniane w imię komunizmu były wypaczeniem rzekomo humanistycznych idei leżących u podstaw tego systemu. Nie zgadzam się z tym poglądem.

Dlaczego znak równości

Z punktu widzenia ofiar zbrodni i prześladowań jest obojętne, czy doznają cierpień w imię ideologii zakładającej nierówność ras i prawo likwidowania ras rzekomo niższych przez rasę wyższą, czy też w imię ideologii zakładającej, że dla nowego człowieka i powstania społeczeństwa bezklasowego można likwidować fizycznie przedstawicieli klas posiadających i przeciwników systemu.

W ideologii będącej dziełem Marksa i Engelsa znajdowały się przesłanki, które mogły, a być może musiały, prowadzić do wielkich zbrodni. Walka klas jako motor dziejów, dyktatura proletariatu jako metoda wprowadzania nowego ustroju, zniesienie własności prywatnej i unicestwienie klas posiadających w celu realizacji utopijnej wizji bezklasowego społeczeństwa to tylko niektóre z doktrynalnych założeń komunizmu, które kierowały marksistowskie partie w kierunku przemocy na wielką skalę po przejęciu władzy. PPR i PZPR powstały w Polsce jako narzędzie ideologii komunistycznej. Miały spełniać jednak także inną rolę: służyć interesom Związku Radzieckiego, który po drugiej wojnie światowej narzucił naszemu krajowi swą dominację. Taka była geneza partii marksistowskiej w Polsce.

Totalitaryzm ewoluował

Czy jednak na tej podstawie, w dziesięć lat po odzyskaniu przez Polskę suwerenności i zmianie ustroju, słuszne byłoby ustanowienie prawa, które wykluczałoby możliwość sprawowania przez dziesięć lat wielu funkcji publicznych i możliwość pracowania w niektórych zawodach przez wszystkich ludzi, którzy przez 45 lat istnienia PRL osiągnęli określony szczebel kariery w aparacie partyjnym lub państwowym? Jestem przekonany, że nie jest to właściwe rozwiązanie. Co prawda przez cały ten 45-letni okres "Polska Ludowa" zachowywała pewne wspólne cechy: była państwem niesuwerennym, niedemokratycznym i zachowującym totalitarną fasadę, ale przechodzącym zmienne koleje losu i podlegającym znaczącej ewolucji. Uogólniając: kierunek tej ewolucji można określić jako stopniowe cofanie się systemu od fazy najostrzejszego terroru i próby narzucenia radzieckiego totalitarnego wzorca w czasach stalinowskich, po autorytaryzm zdolny do wprowadzania elementów gospodarki rynkowej i tolerowania opozycji (koniec lat 80.).

Rzecz jasna proces upadku ideologii i systemu nie dokonywał się samoistnie. Był rezultatem oporu narodu przybierającego zróżnicowane formy, niewydolności samego systemu i fiaska polityki gospodarczej, a także - chociaż z pewnością nie był to czynnik najważniejszy - umasowienia, a więc także unarodowienia, samej partii komunistycznej w Polsce. W ciągu 45 lat przez PZPR przewinęły się miliony ludzi. Byli wśród nich zdrajcy, oportuniści, ale także ludzie, którzy nie wyobrażali sobie innej Polski niż PRL i chcieli dla niej pracować. Byli także ludzie, którzy uwierzyli w socjalizm, a później tę wiarę tracili. Wielu z nich z partii odeszło. Wadą przedłożonej w Sejmie ustawy dekomunizacyjnej, i to wadą o znaczeniu podstawowym, jest to, że nie przewiduje się w niej indywidualnej odpowiedzialności członków aparatu partyjno-państwowego PRL za czyny przez nich popełnione, ale jednakowo traktuje wszystkich, którzy osiągnęli określony stopień w tymże aparacie. W ten sposób zrównuje się dygnitarzy z czasów stalinowskich, w których mordowano najlepszych polskich patriotów, i ludzi gotowych przeciwstawić się groźbie radzieckiej interwencji wojskowej w Polsce w październiku 1956 roku. Nie odróżnia się tych ludzi partyjnego aparatu, którzy dążyli do konfrontacji z "Solidarnością", a nawet gotowi byli prosić o pomoc towarzyszy radzieckich, od tych, którzy uważali, że dialog z "Solidarnością" trzeba kontynuować, a nawet sympatyzowali z nią. Być może gdyby w Polsce, na przykład w roku 1956 czy 1970, zwyciężyła narodowa rewolucja, obalając dyktaturę partii komunistycznej, potrzebna byłaby ustawa stosująca odpowiedzialność zbiorową.

Nasz przypadek był inny

W Polsce w latach 1989  - 1990 dokonała się co prawda rewolucyjna przemiana, ale odbyła się ona drogą ewolucyjną przez układy Okrągłego Stołu, kontraktowe wybory z 4 czerwca 1989 roku i rozstrzygnięcia prawne, które zapadły w parlamencie nie mającym w pełni demokratycznej legitymacji. Dziesięć lat po powstaniu III Rzeczypospolitej nie ma powodu, by uchwalać ustawę dekomunizacyjną odstępującą od zasady indywidualnej odpowiedzialności za czyny na rzecz odpowiedzialności zbiorowej. Należę do tych, którzy uważają, że do rozliczenia z komunizmem, które jest konieczne ze względu na sprawiedliwość i świadomość historyczną Polaków, wystarczą istniejące ustawy i instytucje: zmiany w kodeksie karnym umożliwiające ściganie zbrodni komunistycznych popełnionych w Polsce w latach 1944  - 1989, Instytut Pamięci Narodowej i ustawa lustracyjna. Rozumiem jednak, że można mieć pogląd, że to nie wystarcza i potrzebna jest jeszcze ustawa dekomunizacyjna, aby mogła ona jednak zyskać szersze poparcie, jej rzecznicy muszą przedstawić rozwiązania w zasadniczy sposób różniące się od przyjętych w ustawie, która właśnie niedawno upadła w Sejmie.

Przywrócić prawdę o historii

Sprawa ustawy dekomunizacyjnej obok aspektu moralnego i prawnego ma także wymiar polityczny. Należę do ludzi, którzy uważają, że podział na politycznych spadkobierców Polski posierpniowej i spadkobierców PRL zachowuje swą aktualność. Ważne są dla mnie programy i przyszłość, ale uważam, że nie można zapomnieć o przeszłości. Dlatego niepokoją mnie wysokie notowania SLD i wyraźnie niższe ugrupowań centroprawicowych. Uważam, że sprawująca władzę centroprawica musi zdobyć się na wielki wysiłek, aby pozyskać zaufanie i sympatię nie tylko swych zawiedzionych zwolenników, ale także ludzi o poglądach centrowych lub nie mających wyklarowanych politycznych sympatii. Nie sądzę, aby mogła ich przekonać do naszego obozu ustawa, która po dziesięciu latach od zmiany ustroju w Polsce, po trzykrotnych wyborach parlamentarnych, które dały politykom SLD o pezetpeerowskich życiorysach demokratyczną legitymizację, pozbawiałaby czołówkę obecnej lewicowej opozycji dostępu do stanowisk rządowych w przypadku wygrania przez SLD następnych wyborów parlamentarnych.

Polsce potrzebne jest rozliczenie się z PRL i systemem komunistycznym. Taka dekomunizacja jest niezbędnym warunkiem przywrócenia narodowi prawdy o jego historii i jest bardzo przydatna w kształtowaniu obywatelskiej świadomości Polaków. Od tej pożądanej dekomunizacji mogą nas oddalać pomysły aktów prawnych nie mających szans uchwalenia przez parlament, przeciwko którym można też wytoczyć zarzut, że są elementem politycznej rozgrywki. Polska prawica tego nie potrzebuje.

Autor jest jednym z liderów AWS.


