OSTROWIEC

Strajk był rotacyjny. Na okupacyjny było za zimno

Miasto młodych emerytów

W Hucie Ostrowiec, z czterech tysięcy osób, które pracowały tam w zeszłym roku, ma zostać ostatecznie połowa

FOT. PIOTR KOWALCZYK

MICHAŁ MAJEWSKI

Matka sprząta w Neapolu, ojciec dorabia "na czarno" w Reichu. Piłkarze spadli do drugiej ligi, a ludzie w hucie zamiast pensji dostali zaliczki. W Ostrowcu trwa restrukturyzacja hutnictwa.

Dwa zawody liczyły się kiedyś w Ostrowcu - hutnik i szwaczka. Teraz Ostrowiec przoduje w całym kraju, jeśli chodzi o liczbę lumpeksów i ogłoszeń o wyjazdach do Włoch. Na każdym kroku używańce i ogłoszenia: "Bezpośredni dowóz furgonetką przez Starachowice, Rzym do Neapolu i na Sycylię".

Strajk na zimno

W Przedsiębiorstwie Budowy Maszyn i Konstrukcji strajk był rotacyjny. Musiał być rotacyjny, bo na okupacyjny zrobiło się za zimno. Ogrzewanie odcięto i co chwilę ktoś kaszlał, kichał albo wycierał nos. W taki ziąb ciężko strajkować na okrągło i dlatego ludzie przychodzili przesiedzieć swoje osiem godzin. W klitkach ponurego biurowca dogrzewali się farelkami. Ten biurowiec to labirynty ciemnych, wychłodzonych korytarzy. Większość pokojów zdewastowana, na podłogach walają się stare gazety, resztki skrzynek, kartonów. Nie lepiej jest w łaźni i szatniach. Blaszane szafki na ubrania trzymają chłód i wilgoć, w oknach dykta zastąpiła szyby, wszędzie unosi się drażniący smród stęchlizny.

W gigantycznej hali, w której budowano kadłuby wozów pancernych, też zimno, ale nie czuć stęchlizny. Ludzie zbierali się wokół żeliwnego piecyka. Podtrzymywali ogień, wrzucając drewniane podkłady, na których stały monstrualnych rozmiarów obrabiarki. Te maszyny to majątek. Bywa, że jedna jest warta pół miliona złotych. Trochę to dziwne, bo przed rokiem mało znana firma kupiła większościowe udziały przedsiębiorstwa za niecałe dwieście tysięcy.

Jak się kupuje fabrykę

Jerzy Buzek, Maciej Płażyński, Hanna Suchocka, Marian Krzaklewski, Longin Komołowski, Emil Wąsacz, posłowie i senatorowie RP, UOP, NIK, Komisja Krajowa "Solidarności", wojewoda, starosta, prokuratura - to tylko najważniejsi ludzie i instytucje, do których trafiły listy z upadającej fabryki. Komitet strajkowy pisze o prywatyzacji. I trzeba przyznać, że to ciekawa historia. Przedsiębiorstwo Budowy Maszyn i Konstrukcji to jeden z dawnych wydziałów gigantycznej Huty Ostrowiec (w czasach prosperity osiemnaście tysięcy pracowników). Przed sześcioma laty niektóre wydziały (na przykład Odlewnia Rur, Wytwórnia Konstrukcji Stalowych i PBMiK) zostały odłączone od huty i jako jednoosobowe spółki skarbu państwa zaczęły działać samodzielnie. W 1996 roku w ramach dalszej prywatyzacji akcje PBMiK zostały wniesione do narodowych funduszy inwestycyjnych. 14 października zeszłego roku V NFI Victoria (najwięcej akcji) i pozostałe fundusze sprzedały swoje 58 procent firmie Energobud z Kielc za śmiesznie niską kwotę 194 tysięcy złotych. [Energobud jest dobrze znany w Kłodzku. Miał tam postawić domki dla powodzian. Umowa w Kłodzku została jednak zerwana, bo kielecka firma nie dotrzymywała uzgodnionych warunków. Były też nieprawidłowości w finansowaniu budowy. W tej sprawie toczy się postępowanie prokuratorskie. - Do tej pory do urzędu zgłaszają się podwykonawcy, którym Energobud nie zapłacił za pracę - mówi Andrzej Jansa, sekretarz gminy w Kłodzku].

Energobud, zanim podpisał umowę kupna większościowych udziałów PBMiK w Ostrowcu, zdążył je odsprzedać Mazowieckiemu Przedsiębiorstwu Budownictwa Ogólnego z Raciąża, którego właścicielem jest Leszek Bogdański, były wiceprezes Energobudu. W ten sposób mieliśmy w Polsce prywatną fabrykę wozów bojowych, objętą planem mobilizacji. Mieliśmy, bo kilkanaście dni temu prezes złożył w sądzie wniosek o upadłość PBMiK. 

Pani Maria płacze,  pan Roman podbiera...

Zanim nastąpił krach, 550 pracowników przeżyło z nowymi właścicielami nędzny rok. W marcu pensje wypłacono w dwóch ratach, w kwietniu już w trzech. Od czerwca zaczęło się "rosołowe" albo inaczej "postne" - w kasie dawali tylko po 50 złotych tygodniowo. Jak żyć za 50 złotych? Pani Maria, operatorka suwnicy, pomaga sobie płaczem. Nie ma jeszcze południa, a ona płakała już dwa razy. Wypłakała w kiosku papierosy dla męża, w zajezdni wyszlochała anulowanie kary dla syna, którego "kanar" złapał w autobusie bez biletu.

Pan Roman, któremu stuknęła pięćdziesiątka, podbiera pieniądze córce. Dziewczyna dostała kredyt studencki i teraz cała rodzina pana Romana żyje z tych pieniędzy.

Robertowi, młodemu technikowi budowy maszyn, pomaga teściowa emerytka.

- Ostrowiec to miasto, w którym kochamy nasze teściowe emerytki! - pokpiwa młody technik. I tak musi trochę kombinować. Mieszka tuż za Ostrowcem i powinien mieć podmiejski bilet miesięczny. Jeździ z miejskim i nerwowo rozgląda się po autobusach. Żona i córka nie wsiadają do autobusu koło domu. Idą rano na następny, "miejski" przystanek. Dzięki tym zabiegom oszczędzają 50 złotych.

W sumie firma jest winna ludziom ponad trzy miliony złotych. W ostatnich dniach w zakładzie zabrakło pieniędzy na mydło, ciepłą wodę i ogrzewanie. Wyłączono telefony. Do komitetu strajkowego można było się dodzwonić, ale strajkujący nie mogli porozumieć się ze światem.

Kosmodrom w hucie

To było jak odliczanie na kosmodromie: sto, potem siedemdziesiąt, dalej cztery, trzy, dwa, jeden - Jerzy Stupnicki, kierownik ostrowieckiego urzędu pracy, opowiada, jak topniała grupa hutników, którzy chcieli uczyć się nowego zawodu. Ostał się jeden, ale podobno jeszcze się waha.

A do końca roku z Huty Ostrowiec ma odejść 1200 osób. Unia Europejska dała pieniądze, żeby uczyć ludzi innych, potrzebnych zawodów, ale na razie niewiele z tego wyszło. Jedna z propozycji zakładała, że odchodzący z zakładu hutnik uczy się nowego zawodu na specjalnych szkoleniach. W tym czasie dostaje normalną pensję - pieniądze wykłada huta, budżet państwa i Unia Europejska. Po szkoleniu urząd pracy znajduje hutnikowi nowe zajęcie.

Ale pod jednym warunkiem - pracownik, który decyduje się na taki kontrakt, nie może wziąć odprawy. A odprawa to teraz około 20 tysięcy złotych do ręki. I na razie wszyscy, oprócz tego jednego, który się waha, wolą dostać 20 tysięcy, niż uczyć się nowego zawodu. Na dodatek całe przedsięwzięcie jest mocno spóźnione - nadal nie wybrano instytucji, która poprowadzi szkolenia. Podobno w ostrowieckiej hucie zawiodła informacja o tym programie. Coś chyba jest na rzeczy, bo na przykład krakowska Huta Sendzimira przewidziała dla swoich hutników aż 750 kontraktów.

Są też inne projekty. Odchodzący hutnicy mieliby na przykład prawo wziąć nisko oprocentowane kredyty (do 50 tysięcy złotych). Ale na razie nie zostały wybrane banki, które mają ich udzielać.

Rezultat jest taki, że hutnicy w Ostrowcu biorą po 20 tysięcy i najczęściej od razu biegną do urzędu pracy po zasiłek dla bezrobotnych. - Ostrowiec staje się miastem młodych emerytów - z żalem mówi kierownik Stupnicki. We wrześniu, jak wyliczono, bezrobocie w mieście wynosiło nieco ponad 16 procent. Na początku stycznia już co piąta osoba będzie bez pracy.  Oczywiście oficjalnie, bo w Ostrowcu sporo ludzi kombinuje, jak przechytrzyć państwo.

Kołnierzyki od zawsze

Pan Marek Pronobis z urzędu pracy bezradnie się uśmiecha. - Przecież nie możemy ich śledzić.

Opowiada, jak "bezrobotni" oszukują jego instytucję. Urząd od czasu do czasu wzywa osoby pobierające zasiłek, żeby sprawdzić, czy nadal nie mają zajęcia. - Wystarczy wtedy rzucić okiem na parking przed urzędem. Stoją tam samochody zapchane towarem, bo ludzie przyjeżdżają prosto z bazaru - mówi.

Ostatnio jeden "bezrobotny", elegancko ubrany, na korytarzu, którym przechodził Marek Pronobis, tłumaczył komuś przez "komórkę", że troszeczkę spóźni się do pracy. - Co można zrobić? Poprosiłem dziewczyny, żeby regularnie posyłały temu panu wezwania - opowiada urzędnik. Właściciel sklepiku niedaleko huty, w którym dwanaście rodzin kupuje "na kreskę", opowiada, że w okolicy rozwodzi się sporo zgranych małżeństw. Rozwodzą się, ale nie rozchodzą, żyją tak jak przedtem. A rozwód potrzebny jest do tego, żeby wyciągnąć od państwa alimenty.

Dlaczego ludzie tak kombinują?

Odpowiedź jest banalna. Brakuje pracy, a jeżeli nawet jest, to za marne pieniądze. Ludzie nie palą się do pracy za siedemset złotych. Ostatnio Marek Pronobis organizował giełdę pracy dla przedsiębiorcy ze stolicy, który szukał piętnastu szwaczek. Pronobis ostro się z nim posprzeczał o to, ile pań należałoby zaprosić na giełdę. Przedsiębiorca mówił, że "najwyżej pięćdziesiąt". Pronobis nie dawał za wygraną: "co najmniej dwieście". Ostatecznie zaprosili dwieście. Z trudem wybrali siedemnaście. Panie podobno entuzjastycznie podeszły do giełdy i oferowanej pracy. Okazało się jednak, że większość z nich nie może podjąć pracy, bo wychowują małe dzieci albo są chore. Wielu po prostu brakowało umiejętności. W papierach napisane: "szwaczka", a okazuje się, że kobieta nie potrafi przyszyć rękawów do koszuli. Co robiła dwadzieścia lat w fabryce koszul? Wykładała kołnierzyki na lewą stronę.

Zamienię Ostrowiec

W Ostrowcu 10 października rozeszła się wiadomość, że pracownicy huty zamiast pensji odbierają jedynie zaliczki. Strach padł na ludzi, bo huta to nadal największy pracodawca w okolicy. Resztę wypłaty załoga dostała dopiero 21 października i potrzebna była na to pożyczka z Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych.

Trzeba przyznać, że huta ostatnio bardzo dużo zainwestowała - w zeszłym roku na przykład ponad 257 milionów złotych. Przedsiębiorstwo sprawiło sobie kosztowne i bardzo nowoczesne urządzenia do ciągłego odlewania stali. Jak na złość ma z tym sprzętem kłopoty techniczne. A konkurencja nie śpi. Huta w Zawierciu na przykład zakupiła też nowe urządzenia i od początku działały bezbłędnie. 

W Hucie Ostrowiec z czterech tysięcy osób, które pracowały tam w zeszłym roku, ma zostać ostatecznie połowa. Zwalniani i tak nie będą w najgorszej sytuacji - przewidziano dla nich hutniczy pakiet socjalny (na przykład świadczenia przedemerytalne albo szkolenia).

Na takie wsparcie nie mogą liczyć pracownicy tych przedsiębiorstw, które kilka lat temu zostały wydzielone z huty. Władze miasta chcą, żeby Rada Ministrów uznała Ostrowiec za miejsce dotknięte strukturalną recesją i degradacją społeczną. To pozwoliłoby m.in. stosować ulgi podatkowe.    

Energiczna dziennikarka z lokalnej gazety opowiada, że niewesoło jest też w słynnej Wólczance, szyjącej koszule. - Brakuje zleceń. Niemcy, którzy je dawali, wolą teraz tańsze szwalnie na Ukrainie - opowiada i boleje nad tym, że z miasta wynosi się renomowana francuska firma bieliźniarska. - Przenoszą się do Starachowic, bo tam jest specjalna strefa ekonomiczna.

Wynieść chciałby się też pan Stanisław, emerytowany hutnik. Wszystko przez to, że jego trzydziestoletnia córka nie może od roku znaleźć pracy. Dał ogłoszenie do gazety, w której pracuje energiczna dziennikarka. Napisał, że zamieni M-5 w ostrowieckim bloku na mniejsze mieszkanie w Warszawie. Na razie nie było chętnego.



