REPORTAŻ

Kongijskie miasto Kisangani było kiedyś piękne i bogate. Dziś z ratusza pozostała odrapana rudera, a w zrujnowanych rezydencjach kwaterują żołnierze.

Jądro ciemności

Latem ubiegłego roku setki żołnierzy kongijskich zbuntowały się przeciwko Kabili i chciały zdobyć Kinszasę. Rebelianci zostali rozbici i musieli wycofać się na wschód. Stąd podjęli regularną ofensywę i z pomocą Ugandy, Rwandy oraz Burundi opanowywali kolejne kongijskie miasta. Na zdjęciu: rebelianci przed wyruszeniem do walki z oddziałami wiernymi Kabili.

FOT. (C) REUTERS

SYLWESTER WALCZAK

z Kisangani

O ryzyku związanym z podróżą do Kisangani nasłuchaliśmy się wiele. - Jeśli wpadniecie w tarapaty, nie będziemy mogli wam pomóc - powiedziano nam w ambasadzie polskiej w Nairobi. - Wschodnie Kongo jest jak czarna dziura. Nasza ambasada w Kinszasie też wam nie pomoże, bo tereny te opanowali rebelianci.

Z pomocą przyszła Alicja Piekarska, młoda Polka pracująca na lotnisku w Entebbe. Dzięki jej kontaktom z załogami samolotów transportowych, odbywających loty z Ugandy do Konga, udało się nam polecieć bez żadnych specjalnych zezwoleń. - Lecicie jako turyści. Nie przyznawajcie się, że jesteście dziennikarzami - zapowiedziała.

Pobić czy zastrzelić

Drewniane drzwi zamknęły się z łoskotem, odcinając dopływ światła. Przykucnęliśmy pod ścianą, oszołomieni wydarzeniami ostatnich godzin. W celi panował trudny do zniesienia zaduch. "To prawdziwe jądro ciemności - odezwał się Szymon. - Mamy wreszcie to, czego chcieliśmy". W sto lat po Josephie Conradzie byliśmy w Kisangani nad rzeką Kongo.

Siedzący obok Anderson oglądał swoje rany, pojękiwał i ocierał łzy. Kilka minut wcześniej nasz kongijski przyjaciel został skatowany przez grupę żołnierzy. Dyrektor aresztu kazał nam patrzeć, jak kilkunastoletni chłopcy z przewieszonymi przez ramię karabinami okładali go grubymi kijami. Gdy zaczął uciekać do celi, biegnący za nim żołnierz odbezpieczył broń, udając, że chce go zastrzelić.

Kiedy zaczęli zabierać rzeczy do depozytu, włożyłem diamenty do ust. Myślałem, że przechowam. Ale kiedy pobili Andersona, straciłem zimną krew i połknąłem je. Nie warto ryzykować dla kilku kamyczków.

Cela miała 3 na 4 metry. Świeże powietrze wchodziło tylko przez dużą szparę pod drzwiami i dwie umieszczone wysoko szczeliny okienne wielkości małej cegły. Siedzieliśmy na tekturowym kartonie, rozłożonym na połowie powierzchni betonowej podłogi. Oprócz kartonu nie było w celi nic.

- Jeśli was wypuszczą, a mnie zostawią, nie wyjdę stąd żywy. Na pewno mnie zabiją. Popatrzcie, co mi zrobili - odezwał się Anderson, pokazując krwawe pręgi na plecach. Jego głos drżał z przerażenia. - Albo wyjdziemy stąd razem, albo wszystkich nas zastrzelą - powiedziałem bez przekonania. W istocie, Andersona mogli bezkarnie zabić w każdej chwili. My mieliśmy większe szanse, chociaż nasi oprawcy najwyraźniej uznali nas za szpiegów. Nie chciało nam się wierzyć, że mogliby się zdecydować na zabicie dwóch Europejczyków i związany z tym rozgłos.

Próbowaliśmy ułożyć się do snu, kiedy ktoś zapukał do drzwi celi. - Mówi, że zaraz przyjdą was bić i że w tym areszcie biją ludzi rano i wieczorem - poinformował nas Anderson po wysłuchaniu przybysza. - Pyta, ile możecie im dać, żeby nas wypuścili. - Mamy tylko to, co nam zabrali: 500 dolarów, trochę ugandyjskich szylingów i aparaty fotograficzne. Część pieniędzy musi nam zostać na bilety lotnicze - odpowiedziałem. Mężczyzna zniknął spod drzwi i nie pojawił się więcej.

Dźwięk przekręcanego klucza wyrwał nas z odrętwienia. Ktoś otworzył drzwi i kazał nam wyjść na zewnątrz. Przykucnęliśmy pod ścianą, mrugając nie przyzwyczajonymi do światła oczami. - Macie gościa, przywiózł wam kolację - powiedział strażnik. Naszym dobroczyńcą okazał się ksiądz Franciszek Kuchta, polski misjonarz, od 15 lat pracujący w Kisangani. - Jutro będę rozmawiał z przełożonym - zapewnił. - Zrobię wszystko, żeby was jak najszybciej wyciągnąć.

Ksiądz Franciszek, którego poznaliśmy pierwszego dnia pobytu w Kisangani, był naszą jedyną nadzieją. Pod koniec wielogodzinnego przesłuchania udało nam się go zawiadomić przez posłańca, że zostaliśmy zatrzymani. Fakt, że ktoś dowiedział się o naszym losie, podniósł nas na duchu. Oznaczało to, że nie znikniemy bez śladu i że będziemy mieli co jeść. W tutejszych aresztach nie dają zatrzymanym jedzenia ani picia.

Z samochodów na rowery

Transportowy boeing 707 firmy Planet Air, którym przylecieliśmy z Entebbe do Kisangani, wypełniał różnorodny ładunek: od kosmetyków i produktów spożywczych po motocykle i części samochodowe. Od roku całe zaopatrzenie półmilionowego miasta przybywa wyłącznie drogą powietrzną. Nawet benzynę przywozi się samolotami. Nie kursują towarowo-pasażerskie statki z Kinszasy. Drogi przez dżunglę z Ugandy i Rwandy są zniszczone. Ostatnia ciężarówka z leżącej przy granicy z Ugandą Bunii przyjechała dwa lata temu i zajęło jej to trzy miesiące. W mieście półki sklepowe świecą pustkami. Mała puszka sardynek kosztuje półtora dolara, a średniej klasy motocykl - 5 tysięcy.

Kontrolowane przez ugandyjską armię lotnisko Bangoka jeszcze kilka lat temu miało bezpośrednie połączenia z Europą. Dziś wieża kontrolna nie działa, a obok pasa startowego rdzewieje wrak porzuconego boeinga 707. Budynki lotniska rozsypują się, a pracujący tam urzędnicy imigracyjni jak hieny rzucają się na obcokrajowców, wyrywając im paszporty i prowadząc szczegółową kontrolę bagażu. Na wiadomość, że jesteśmy turystami i przyjechaliśmy odwiedzić polskich misjonarzy, kręcili z niedowierzaniem głowami, ale wydali za 50 dolarów od osoby ośmiodniowe zezwolenie na wjazd do miasta.

Do parafii księdza Franciszka w dzielnicy Choppo dojechaliśmy na rowerach. W Kisangani prawie nie ma taksówek, ale rowerzyści za drobną opłatą dowiozą w każdy punkt miasta. Trzeba usiąść na bagażniku i starać się nie stracić równowagi, gdy kierowca pedałuje przez pełne dołów piaszczyste ulice. Z tego jedynego środka komunikacji korzystają kobiety z siatkami zakupów, żołnierze z przewieszonymi przez plecy kałasznikowami, mężczyźni z teczkami opartymi na kolanach.

- Wcześniej było tu dużo samochodów - wspominał ksiądz Franciszek. - Mieliśmy nawet sygnalizację świetlną. Kisangani było pięknym bogatym miastem. Na tutejszych uczelniach wykładało wielu profesorów z zagranicy, w tym kilkunastu Polaków. W pobliskim Yangambi mieścił się wybudowany przez Belgów rolniczy ośrodek badawczy. W tej chwili nic tam nie działa, a setki pięknie położonych willi zarasta dżungla.

Słynący niegdyś z wysokiego poziomu Uniwersytet Kisangani wciąż istnieje i wydaje niewiele warte dyplomy. Sprywatyzował się z konieczności. Studenci łożą teraz na utrzymanie swych profesorów, płacąc po 100 dolarów za semestr.

Większość budynków w mieście powoli się rozsypuje. Wiele rezydencji w stylu kolonialnym nie nadaje się już do zamieszkania. Pozostałe zajęli żołnierze. Oni też okupują prawie wszystkie działające jeszcze hotele, które poza skrzypiącym łóżkiem w zagrzybionym pokoju nic więcej nie oferują. Z ratusza pozostała odrapana rudera, strasząca wyrwanymi oknami. W pokojach, w których nie zawalił się dotąd sufit i pozostały jakieś biurka, siedzą od czasu do czasu śmiertelnie znudzeni urzędnicy. - Większość urzędników od lat nie dostaje żadnej pensji - opowiadał ksiądz Franciszek. - Żyją z kradzieży i łapówek.

Sytuacja załamała się w ostatnich latach panowania dyktatora Mobutu Sese Seko, który przez ponad 30 lat traktował bogaty w surowce kraj jak własny folwark. Dwa lata temu obalił go Laurent Desir Kabila. Obiecał ludziom raj gospodarczy, który miała zapewnić współpraca z Kubą, Libią i Chinami. Zaczął nawet wypłacać pieniądze urzędnikom państwowym, ale zaraz potem wybuchła kolejna rebelia, powstańcy zajęli połowę kraju, a administracja ponownie została bez pensji.

Diamenty za półdarmo

Wydawało się nam, że leżące w środku dżungli półmilionowe miasto, prawie całkowicie odcięte od świata, nie ma prawa przetrwać. Tymczasem - choć wiele młodych kobiet sprzedaje się tam za grosze żołnierzom - nikt nie umiera z głodu na ulicach i trudno spotkać żebraka. Zamiast półnagich nędzarzy w łachmanach widzieliśmy czysto ubranych, uprzejmych ludzi. Wielu z nich najwyraźniej stać było na drogie, sprowadzane samolotami towary.

Tajemnicę można wyjaśnić jednym słowem: diamenty. Rejon Kisangani to wielkie zagłębie diamentowe. W setkach leżących głęboko w dżungli kopalni półnadzy kongijscy górnicy wypłukują z ziemi miliony małych błyszczących kamyków. Mało kto decyduje się potem na kilkudniową niebezpieczną podróż do Kisangani. Większość sprzedaje swój urobek na miejscu, za pół ceny.

Pośrednicy przywożą diamenty do Kisangani, gdzie odsprzedają je kilkunastu licencjonowanym dealerom. Ci ostatni pakują je i wysyłają drogą lotniczą do Antwerpii, światowego centrum handlu nie szlifowanymi diamentami. Dealerzy, Libańczycy, płacą żywą gotówką, która utrzymuje przy życiu gospodarkę miasta.

Punkty skupu diamentów to najokazalsze i najlepiej utrzymane budynki w Kisangani. Transakcje odbywają się w klimatyzowanych pokoikach na zapleczu. - Interesy nie idą teraz najlepiej - mówił Abdul, który swą karierę handlarza diamentów rozpoczynał 13 lat temu w Sierra Leone. - Jest wojna, ludzie boją się jeździć do dżungli. Żołnierze na posterunkach żądają od nich pieniędzy. Do miasta trafia mało kamieni, jedna trzecia tego, co w normalnych czasach.

Co gorsza, w panującym zamęcie wielu Kongijczyków otworzyło swoje własne nielegalne punkty skupu diamentów. Zgodnie z tutejszymi przepisami skup mogą prowadzić tylko obcokrajowcy, którzy zapłacą 50 tysięcy dolarów rocznie za licencję. Miejscowi handlarze nic nie płacą.

Obcokrajowcy z kolei nie mają prawa jeździć do leżących w dżungli kopalń, gdzie diamenty są najtańsze. Ta działalność zarezerwowana jest dla miejscowych. - Biały nie ma szans tam pojechać - tłumaczył Zbigniew Kowal, polski misjonarz pracujący w Kisangani razem z księdzem Franciszkiem. - Jeśli jakimś cudem go przepuszczą, zostanie obrabowany na posterunku.

Zarówno Abdul, jak i ksiądz Zbigniew ostrzegali też, by nie próbować wywozić diamentów z Kisangani. - To nielegalne. Z powodu diamentu wartości kilku dolarów możecie mieć poważne kłopoty - stwierdził Abdul.

Dla Andersona, który od razu zdobył naszą sympatię, nie było rzeczy niemożliwych. Poszliśmy z nim do ratusza i do jednego z komendantów armii powstańczej, aby załatwić zezwolenie na wyjazd z miasta. - To turyści, chcą pojechać do dżungli i zrobić zdjęcia w ładnych miejscach - tłumaczył zaskoczonym urzędnikom. Odnosiliśmy wrażenie, że nikt w to nie wierzy. - Jestem tu od dwóch lat, nigdy jednak nie widziałem turystów - stwierdził francuski lekarz z jedynej organizacji charytatywnej działającej w Kisangani "Lekarze bez granic". - Jesteście turystami, a ciągle pytacie o sprawy polityczne - zauważył jeden z oficerów.

Największa wojna Afryki

Niektórzy twierdzą, że to bogactwa naturalne Konga są przyczyną obecnej wojny domowej, że Uganda i Rwanda, państwa popierające powstanie przeciwko prezydentowi Kabili, wywożą z Konga znaczne ilości złota i diamentów.

- Nie interesują nas kongijskie bogactwa ani kongijska ziemia - powiedział nam w Kigali Emanuel Gassana, doradca wiceprezydenta Paula Kagame, faktycznego przywódcy Rwandy. - Chodzi o nasze bezpieczeństwo.

Przed interwencją w Kongu bandy rebeliantów z plemienia Hutu pustoszyły północno-wschodnie tereny Rwandy. Atakujący z baz w Kongu napastnicy należeli do milicji Interhamwe, odpowiedzialnej za masakrę 800 tysięcy rwandyjskich Tutsi w 1994 roku.

W podobny sposób usprawiedliwiają interwencję w Kongu władze Ugandy. - Nie chcemy obalać Kabili, naszym jedynym celem jest bezpieczeństwo zachodniej Ugandy, zagrożone przez rebeliantów przenikających z Konga - powiedział nam w Kampali Paul Nagenda, rzecznik prezydenta Yoweriego Museveniego.

Mało kto wierzy w te zapewnienia. Walka z rebelią w górach Ruwnezori nie wymaga obecności żołnierzy ugandyjskich w Kisangani, tysiąc kilometrów na wschód od granicy z Ugandą. Podobnie, jeśli Rwandzie zależy wyłącznie na stworzeniu kordonu sanitarnego przeciw Interhamwe, nie bardzo wiadomo, dlaczego jej żołnierze walczą o zdobycie zagłębia diamentowego Mbuji Mai na południu Konga.

Laurent Kabila przed dwoma laty doszedł do władzy w Kongu (wtedy jeszcze Zairze) przy wydatnej pomocy Rwandy i Ugandy. Ich pierwsza interwencja cieszyła się cichym poparciem Waszyngtonu i afrykańskich sąsiadów, zmęczonych skrajnie nieudolnymi rządami Mobutu. Kabila rozczarował jednak swych protektorów. Latem ubiegłego roku popierani przez Rwandę zbuntowani żołnierze kongijscy porwali kilka samolotów transportowych i polecieli do Kinszasy, aby wyrzucić Kabilę. Ten uciekł do swej rodzinnej prowincji Katanga, a w jego obronie wystąpiły wojska Angoli i Zimbabwe. Stojący u wrót stolicy rebelianci zostali rozbici i musieli wycofać się na wschód. Stąd podjęli regularną ofensywę i z pomocą Ugandy, Rwandy oraz Burundi opanowywali kolejne kongijskie miasta.

W obronie Kabili walczą tysiące żołnierzy z Angoli, Zimbabwe, Czadu i Namibii. Wojna w Kongu stała się konfliktem na skalę ogólnoafrykańską - pierwszym tego typu w historii Czarnego Kontynentu.

Najlepiej było za Mobutu

Sytuację komplikuje rozłam wśród antykabilowskich powstańców i rosnąca nieufność między popierającymi ich sojusznikami, Rwandą i Ugandą. W kwietniu tego roku wspierana przez Rwandę frakcja dokonała przewrotu w grupującym powstańców Kongijskim Ruchu na rzecz Demokracji (Congolese Rally for Democracy - CRD). Przewodniczący CRD, profesor historii Wamba dia Wamba, odmówił ustąpienia. Popierany przez Ugandę, przeniósł swą siedzibę z Gomy do Kisangani. Jean-Pierre Ondekane, komendant wojskowy CRD, pozostał w Gomie i poparł nowego szefa organizacji, Emila Ilungę.

- Ostatniej nocy wierni Wambie powstańcy wypędzili żołnierzy rwandyjskich z hotelu Congo Palace w centrum miasta - opowiadał ksiądz Franciszek pierwszego dnia naszego pobytu w Kisangani. - Strzelanina trwała kilka godzin.

- To ja jestem odpowiedzialny za tę akcję - powiedział nam spotkany tego samego wieczora brodaty oficer, Jodo Mutombo Diedome. - Wkrótce wyrzucimy wszystkich Rwandyjczyków z Konga, nie będą się tu panoszyć - zadeklarował, maszerując opustoszałą po zmroku ulicą w towarzystwie czteroosobowej eskorty. Przez wiele lat żył na wygnaniu w Tanzanii, Mozambiku i Libii. Wrócił przed trzema laty, żeby - jak mówi - "zrobić pierwszą rewolucję". Gdy wyniesiony przez nią do władzy prezydent Kabila poróżnił się ze starymi towarzyszami broni, Mutombo ponownie wrócił do Konga, aby "robić drugą rewolucję". - Zabił mojego dowódcę i musi za to zapłacić - powiedział o Kabili.

Na pożegnanie powiedział po polsku: "dzień dobry". Jego matka była kiedyś związana z Józefem Kaczorowskim, Polakiem, który po II wojnie światowej znalazł się w Afryce. Przyrodni brat Mutombo nazywa się Thomas Kaczorowski i jest biznesmenem w Kampali.

Wielu mieszkańców Kisangani, podobnie jak Mutombo, czuje nienawiść do żołnierzy rwandyjskich i sprzymierzonych z nimi powstańców. - Nie pójdziemy tamtą ulicą, bo stacjonują tam Rwandyjczycy i żołnierze Ondekane - powiedział Anderson podczas jednego z naszych spacerów. Według niego Rwandyjczycy są odpowiedzialni za gwałty i rabunki.

O ile Kabila był witany z sympatią i nadzieją, o tyle ostatnią rebelię ludzie przyjęli z niechęcią, bo zburzyła rodzącą się stabilizację. Linia frontu podzieliła kraj na pół. - Mam drugi dom w Kinszasie, ale nie mogę tam pojechać - skarżył się Anderson.

Jego sąsiad, kupiec przewożący rzeką towary do Kisangani, został odcięty w Kinszasie i zbankrutował. Jego żona zaczęła jeździć do dżungli po diamenty, by zarobić na utrzymanie czterech nastoletnich córek. Nie ma jej w domu tygodniami. Dziewczęta radzą sobie same. Co noc barykadują drzwi szafą, stołem i krzesłami, by ochronić się przed szukającymi jedzenia i kobiet żołnierzami. - Najlepiej było za Mobutu - twierdzą z przekonaniem 18-letnia Nadine Andobi-Nadi i jej o rok młodsza siostra Jeanne. Pogląd ten podziela zaskakująco wielu mieszkańców Kisangani.

Deportacja

Nasze zatrzymanie tłumaczono tym, że nie dopełniliśmy wszystkich formalności imigracyjnych. W rzeczywistości podejrzewano nas o różne rzeczy. Służby imigracyjne w Kisangani podlegają popieranej przez Rwandę frakcji Ondekane. Jej przywódcy od początku śledzili nasze poczynania. W cytowanych podczas przesłuchania raportach agentów opisane były wieczory, gdy piliśmy piwo z komendantami Sergem, Mutombo i innymi członkami frakcji Wamby. Raz żołnierze Ondekane namawiali nas, byśmy pojechali do ich kwatery, ale nie próbowali zatrzymać nas na ulicy, kontrolowanej przez żołnierzy Wamby. Czekali na okazję.

Okazja nadarzyła się w dniu naszego planowanego wyjazdu z Kisangani. Samolot odlatywał nie z kontrolowanego przez Ugandyjczyków lotniska Bangoka, lecz z dawnego lotniska wojskowego Simisimi, bastionu Ondekane. Tam Didier Mulegwa, dowódca tzw. policji imigracyjnej, odebrał nam paszporty i zażądał 500 dolarów za "wizę wyjazdową". Zapłaciliśmy 200 dolarów łapówki, ale samolot już odleciał. Zamiast paszportów dostaliśmy obietnicę, że następnego dnia opuścimy miasto. Kiedy jednak przyjechaliśmy rano na lotnisko, zabrano nas na przesłuchanie i osadzono w areszcie.

Twarda podłoga, smród i roje komarów sprawiły, że niewiele pospaliśmy tej nocy. Rano ksiądz Franciszek przyniósł nam śniadanie i zapewnił, że dzięki pomocy naszych znajomych z organizacji "Lekarze bez granic" dotarł do dowódcy tutejszej służby bezpieczeństwa, który miał podjąć decyzję o naszym zwolnieniu.

Mijały kolejne godziny i ogarniało nas zwątpienie. Kilka dni dłużej w areszcie oznaczało, że nie zdążymy na samolot do Warszawy. Kilka tygodni w takim miejscu wystarczyłoby, żeby dostać pomieszania zmysłów.

Wypuścili nas po południu. Anderson mógł wrócić do domu. Paszporty, wraz z nakazami deportacji, dostaliśmy dopiero na lotnisku. Wcześniej musieliśmy podpisać dokument, że nie byliśmy bici i że nikt nie żądał od nas łapówki. Aparaty fotograficzne zostały zatrzymane "do dalszego dochodzenia", rzeczy z depozytu dostaliśmy z powrotem, z wyjątkiem 100 dolarów, które gdzieś zginęły. Odebrano nam noże i filmy do aparatu. Zeszyt z notatkami niepostrzeżenie schowaliśmy z powrotem do plecaka.

Z dziesięciu kupionych na pamiątkę diamentów udało się nam odzyskać jeden.

Współpraca:  Szymon Karpiński

Konflikt bez końca

Przywódca rebelianckiego Ruchu Wyzwolenia Konga (MLC), Jean-Pierre Bemba, uznał kilka dni temu za nieważne porozumienie o zawieszeniu broni w Demokratycznej Republice Konga, oskarżając siły rządowe o naruszanie rozejmu. Podobne zarzuty wysuwa przeciwko rebeliantom strona rządowa. Nic nie wskazuje na to, żeby wojna domowa w tym kraju miała się szybko skończyć.

Porozumienie rozejmowe zostało podpisane 10 lipca przez sześć państw zaangażowanych w konflikt kongijski: rząd w Kinszasie i jego sojuszników z Angoli, Zimbabwe i Namibii oraz władze Ugandy i Rwandy, które wspierają rebeliantów. ONZ zaczęła rozmieszczać swych obserwatorów wojskowych w krajach zaangażowanych w konflikt.

Wczoraj rzecznik Kongijskiego Ruchu na rzecz Demokracji (CRD), Kiey Mulumba, oskarżył wojska prezydenta Laurenta Dsir Kabili o dokonanie masakry ludności cywilnej. W czasie operacji bojowych przeprowadzonych przez te wojska w rejonie Bokungu, na północy kraju, zginęło prawdopodobnie 100 cywili. Wiele wiosek miało zostać spalonych.

Z kolei władze w Kinszasie podały, że siły rebelianckiej koalicji zaatakowały pozycje wojsk rządowych w pobliżu Kabindy. Podobno atak został odparty, a napastnicy ponieśli dotkliwe straty.	S.G., REUTERS, AFP


