Prawie szesnaście tysięcy najmniejszych polskich przedsiębiorstw skorzystało z pieniędzy Funduszu Mikro

Czy pan chce być  tłustym kotem

RYS. JANUSZ MAJEWSKI MAYK

ANNA WIELOPOLSKA

Udzielili pożyczek na kwotę 155 milionów złotych. Cieszą się spłacalnością powyżej  98 procent. Prawie szesnaście tysięcy najmniejszych polskich przedsiębiorstw skorzystało, a część z nich korzysta stale, z pieniędzy Funduszu Mikro. 

Taksówka, sprzedaż marchewki, mały bar czy warsztat stolarski ciągle jeszcze nie mają szans, aby być klientem banku. Ale dzięki Funduszowi Mikro te koty nabierają wagi, a własna historia kredytowa w Funduszu już w kilku bankach uwiarygodniła przedsiębiorcę transportowego, właściciela sklepu spożywczego lub pizzerii czy niewielkiego producenta mebli.

Jest dwa i pół miliona małych i średnich przedsiębiorstw w Polsce. To jest stała baza (liczba utrzymuje się od kilku lat). Jeden milion 400 tysięcy firm z tej bazy to naprawdę mały biznes. Tyci. Jedna, dwie, może trzy osoby zatrudnione. Obroty liczone na dziesiątki tysięcy złotych, a własną historię często zaledwie na miesiące. Tu nie ma "linii" kredytowych ani myślenia opasłej gazety. To świat "słodkich dziurek" czy "czegoś do chlebka". Krystyna Gurbiel, bodaj najlepiej zorientowana osoba w małej i średniej przedsiębiorczości w Polsce (szef Polskiej Fundacji Promocji i Rozwoju Małych i Średnich Przedsiębiorstw), twierdzi, że tej przedsiębiorczości potrzeba dziś, prócz oczywistego unormowania prawa, przede wszystkim edukacji. Dla konkurowania z unijnymi firmami, które już za moment przycisną nasze małe myszy, przydałaby się nam też promocja nowych technologii. Można osiągnąć jedno i drugie.

Powszechna prywatyzacja

- Charytatywność to po prostu daje się 10 dolarów i tyle. Ale jeśli się pożyczy te 10 dolarów, można naprawdę pomóc - uważa Jamshed Ghandhi.

Jamshed Ghandhi (Hindus z pochodzenia) jest ekonomistą, specjalistą od finansów i nauczycielem akademickim na University of Pennsylvania. Kiedy jego studentka Rosalind Copisarow powiedziała mu, że będzie ucieleśniać ideę Grameen Banku w Polsce, Jamshed Ghandhi powiedział: "to ładnie". Ale był zakłopotany. "Gdyby Rosalind chciała otworzyć bank z trzema miliardami dolarów, mógłbym znakomicie jej pomóc" - myślał. Ale idea Grameen Banku, który został założony dla najbiedniejszych w Bangladeszu, to była skala dla Jamsheda Ghandhiego trudna do dostrzeżenia.

- Rosalind powiedziała jednak, że jeżeli to ma działać, to powinno działać w każdym kontekście. Dziesięć lat wykładałem zasady finansowania, bankowości, teraz musiałem coś z tym zrobić - opowiadał w maju tego roku podczas wizyty w Warszawie Jamshed Ghandhi.

Był rok 1994. Rosalind Copisarow - Brytyjka pracująca wtedy w Polsce dla JP Morgan - przeczytawszy w "Financial Times" artykuł o Grameen Banku, pomyślała, widząc na ulicach polskich miast małe budki handlowe, że warto byłoby, za przykładem Grameen Banku, pomóc biednym, polskim przedsiębiorcom. Taką szansę stwarzał Polsko-Amerykański Fundusz Przedsiębiorczości, który jeszcze w tym samym, 1994 roku przeznaczył 20 milionów dolarów na program wspierania polskiej mikro-przedsiębiorczości. Rosalind zaczęła tworzyć Fundusz Mikro. 

Elżbieta Moczarska, po wieloletnim pobycie w Wielkiej Brytanii, wróciła do Polski przekonana, że zajmie się powszechną prywatyzacją. Predestynowały ją do tego wykształcenie, zainteresowania i oczekiwania jej ówczesnego szefa w jednym z większych banków inwestycyjnych  w Londynie.

- Duży projekt. Zapowiadał się ciekawie - wspomina.

Tyle że miał trudności ze startem. Tymczasem pojawiła się propozycja Rosalindy Copisarow. Elżbieta Moczarska miała rozpoznać rynek.

- Nic nie było na ten temat. Żadnych danych ani o zapotrzebowaniu małych przedsiębiorstw, ani o ofertach dla nich. Inna rzecz, że takich ofert w ogóle nie było. Ale dostaliśmy bardzo dużo wolności - opowiada Elżbieta Moczarska. Wykorzystaliśmy ją, myśląc pod prąd.

Wszystko wtedy wskazywało, że Polacy to bałaganiarstwo i upiorna fantazja. Żyć, pożyczyć, nie oddawać. A Rosalind Copisarow przekonywała, że jednak warto spróbować. Idea wciągała po kolei wszystkich. Razem z Elżbietą Moczarską do Funduszu przyszedł także Witold Szwajkowski, obecny jego szef. Dziś w 31 przedstawicielstwach Funduszu Mikro w całym kraju pracuje 90 osób. Żadna z nich nie jest urzędnikiem. Mają do opowiedzenia piękną historię.

Grymasy sobków

Nauczyli się, jak sami mówią, wiele. Na przykład, że to, co na początku wydaje się nierealne, umiejętnie wprowadzone, działa. Przekonały ich o tym pożyczki grupowe, wzajemnie poręczane.

- Nikt nie wierzył, że to się da wprowadzić - opowiada Witold Szwajkowski, faktycznie architekt całej instytucji. - Polacy są indywidualistami i obce są im jakiekolwiek wspólne działania, myśleliśmy.

I faktycznie. Na początku nikt nikomu nie chciał poręczać. Indywidualizm czy, mniej eufemistycznie, egoizm. Nikt za nikogo nie chciał brać odpowiedzialności. Elżbieta Moczarska miała jednak nadzieję, że zaufanie między ludźmi można odbudować. Przedstawili projekt pożyczek grupie kobiet w Łodzi (krawiectwo, małe sklepiki). Reakcje na wzajemne poręczanie były wyłącznie negatywne. Grymasiły. Pomyśleli więc z drugiego końca. I na spotkaniu z grupą właścicieli straganów na bazarze zapytali, jak to jest z pożyczkami w bankach? Trzeba żyrantów? "Oooo, cały autobus, proszę pana!".

- No to skupiliśmy się na żyrantach - opowiada Witold Szwajkowski.

Zapytali, czy bank zaakceptowałby, że żyrant także wziąłby pożyczkę? Skądże znowu, absolutnie. Aaaa, widzi pan. A Fundusz daje taką możliwość! Wzajemne poręczenie pokazane nie jako wymóg, ale jako zaleta pożyczki, zadziałało.

Zdziercy, krwiopijcy

Wydawało się, że ludzie nie zaakceptują komercyjnych odsetek. Fundusz, choć to nie bank, chce odsetki? Lichwa! Zdziercy, krwiopijcy! Pięć lat temu szumnie zapobiegano w całej Polsce strukturalnemu bezrobociu. Ludzie byli przyzwyczajeni do ulg, subsydiów i promocji. W Łodzi zadano im pytanie, czy to będzie umorzone? 

- Ludzie powinni się nauczyć myśleć kategoriami ekonomicznymi. Jeśli muszą oddać pieniądze, zaczynają myśleć - tłumaczy Jamshed Ghandhi. Stopniowo dowiadywali się coraz więcej o pożyczkobiorcach. Stopniowo odchodzili też od podejścia typowo bankowego i przestawali patrzeć na przepływ gotówki i stopień ryzyka. Skupili się na podmiocie, czyli pożyczkobiorcy.

- Postawiliśmy sobie cel aby pomóc tym, którzy sami chcą sobie pomóc, są aktywni - opowiada Szwajkowski.

Biznes - uważa - wymaga kumulacji kapitału, wywiązywania się z umów, budowania reputacji. Na krótką metę można prowadzić interesy innymi metodami, na dłuższą - trzeba doceniać wagę przestrzegania umów i umieć zawierać dobre umowy nie tylko handlowe, ale także ze wspólnikami w biznesie. Ludzi, którzy tak by właśnie chcieli prowadzić swoje interesy, Fundusz postanowił wspierać. Tyle że najpierw musiał ich nauczyć tego, że tak właśnie chcą.

- Co im oferujemy? Tak naprawdę partnerstwo w biznesie. Gwarantujemy im dostęp do finansowania, jeśli oni wykażą się dwiema cechami: rozumieniem na czym polega ryzyko w ich biznesie, i rzetelnością w spłacaniu pożyczki w terminie - tłumaczy Witold Szwajkowski.

Fundusz nie nalicza odsetek karnych, ponieważ obowiązuje zasada, że pożyczka będzie spłacana w umówiony sposób. Pożyczający pyta: a jakie będą odsetki za spóźnienie? Zaraz, zaraz - mówi Fundusz. Umówiliśmy się przed chwilą, że będzie pan spłacał w terminie, prawda?

Fundusz nie zakłada opcji awaryjnej, że pożyczający nie będzie się wywiązywał. Jeśli nie będzie, są poręczyciele. Choć na początku mało kto z pożyczkobiorców tak naprawdę wiedział, na czym polega istota poręczenia. Dla wielu był to raczej zwykły podpis na papierze. A tu się okazywało, że to jest gotowość do zapłacenia poręczonej kwoty. 

Stolarze mają trociny - Jezus Maria,  co pani mówi!

Zmora to nieumiejętność oceny ryzyka. "W moim biznesie nie ma ryzyka". Proszę pana, proszę pana - napominają funduszowcy. Biznes z definicji jest podejmowaniem ryzyka. Nie ma biznesu bez ryzyka.

- I staramy się wyedukować tu obie strony. Sami też musimy wiedzieć, na czym może polegać ryzyko w konkretnym przedsięwzięciu. Właściwie to jest coś, od czego trzeba zaczynać - słyszę w Funduszu.

- Siadamy przy stole. "Jakie jest ryzyko związane z pana działalnością?". "No ja nie wiem, co mam tu wpisać?". Nie wpisać, wiedzieć. Chcemy wiedzieć, że biznesmen wie. I wie, jakie kroki podjąć, żeby ryzyku zapobiec.

Warsztat stolarski, pełno trocin, jedna iskra i może być pożar. No dobrze, jakie jest zabezpieczenie? Gaśnice. Stolarze widzą ryzyko, podejmują jakieś działania, żeby się zabezpieczyć. Fundusz zadowolony. Gdzie indziej grupa ludzi, która przywozi towar do Olsztyna do czterech różnych sklepów. Jednym samochodem. Jeździli na stadion, robili zakupy i składali je w samochodzie, po czym znów udawali się na zakupy. A jakby wam ten samochód ukradziono? Eeee tam, przecież pies jest w środku.

Do końca nikt nie będzie w stanie zapobiec nieszczęściu, ale ograniczyć ryzyko może chociaż troszkę. Sklep sportowy w K. Zaopatrzenie znowu jednym samochodem. Jakie ryzyko? Żadnego! No dobrze, a pogoda? Sanek państwo nakupią, a nie będzie śniegu? Będziemy sprzedawać dresy. OK. A jak państwu ukradną ten samochód z całym towarem? "O, Jezus Maria, co pani mówi?".

- Defetyzm. Ale nie szkodzi. Mamy przy stole trzy inne osoby, które siedzą i słuchają tego. Są poręczycielami. Muszą się oswoić. Nie ma - "a bo spaliło nam się". Pytaliśmy, jakie jest ryzyko, i mówiliśmy, że trociny łatwo się palą.

Ale za chwilę będzie to samo. Pytają kobietę w W., która jednoosobowo prowadzi sklep, co będzie, jeśli zachoruje? "Ja mam apap!".

Stolarze mają trociny  i nie wszystkie palce

Spotykamy się ze stolarzami bardzo często - mówią w Funduszu - bo to jeden z typowych zawodów naszego pożyczkobiorcy. Mało który ma wszystkie palce, wiadomo. W związku z wnioskiem o pożyczkę pytamy, jak wyglądały jego obroty ostatnio i jak planuje, że będą się kształtowały, kiedy będzie spłacał pożyczkę? Pokazuje obroty i widać, że miał dwa miesiące przerwy. Co się stało? Miałem złamaną rękę. A w poprzednim zdaniu było, że nie ma żadnego ryzyka.

Nie rozumieją, że jak pokażą ryzyko, to są jeszcze bardziej wiarygodni. A może rozumieją, tylko je odrzucają? Po co mam o tym mówić, jeszcze mnie to spotka. Tymczasem w Funduszu muszą złamać pewną barierę. Człowiek, który przychodzi i chce coś załatwić, chce pokazać się z najlepszej strony. A tu go pytają: jakie są pana słabe punkty?

W rybach tak,  w słodyczach nie

Mają fantazję? Stolarze? Nie, generalnie przedsiębiorcy. Mają. I to jaką! Może mniej w poszukiwaniu nowoczesnych technologii, choć zdarzyła się już pożyczka na zakup baterii solarnych. Ale mają fantazję w naszych realiach. 

Toruń, bazarek. Marzec, błotko, stragany z warzywami, chińskie ciuchy. Stanowisko drogeryjne pewnego pana. Duży wybór, ruch w interesie spory, pan bierze pożyczkę, bo chce zainwestować w lokal. Lokal ugadany, dostaje pożyczkę. Była jednak promocja w hurtowni i za zakup perfum, dostawało się rower górski. Na straganie pośród opisanego błota pojawiła się Laura Biagiotti, Paloma Picasso, po 150 złotych za sztukę. Szaleństwo. Ale pan to wszystko sprzedał.

W gruncie rzeczy wiedzą więcej na temat tego biznesu, niż doradcy mogliby to sobie wyobrazić. Witold Szwajkowski po trzech latach pracy postanowił dotrzeć do pierwszych pięćdziesięciu klientów Funduszu, którym udzielał pożyczek. Udało mu się odnaleźć ponad trzydziestu. Połowa mniej więcej rozwinęła swoje przedsiębiorstwo. Najbardziej przebojowy miał intuicję albo nawet po prostu talent.

- Tłumaczył mi, jak dojść do jego sklepu. Kiedyś handlował słodyczami, potem prowadził hurtownię, teraz sprzedawał ryby. Tłumaczył, tłumaczył, sklepów w tym miejscu miało być wiele, byłem sceptyczny, czy go znajdę.

Sklepy zapowiadały nagromadzone na ślepej ścianie budynku reklamy. Kolorowe, odblaskowe, małe, duże, billboardy i tablice, wskazujące sklepy i różne inne miejsca, wszystko razem męczące i nieczytelne. Ale jeden napis górował nad całą tą bazgraniną. W zasadzie nie reklama, a drogowskaz. Czarną olejną farbą, cztery wielkie litery: RYBY. I strzałka, w którą stronę iść.

- Właściwie to ten facet nie miał w ogóle dla mnie czasu. Dziesięć minut mi poświęcił. Zacząłem pytać: jak pan widzi przyszłość... Wtedy, przed trzema laty, chciał po prostu robić biznes, wszystko jedno w jakiej branży. Teraz stwierdził krótko: "No, wie pan, w rybach tak, w słodyczach nie"- opowiada Szwajkowski - z kolei facet, który trzy lata temu miał niesłychanie szerokie plany, o monitoringu i faktoringu rozprawiał bez przerwy, a ja myślałem "ale zorientowany, ile wie", dalej ma swój niewielki sklepik. Za to nasza pogawędka trwała całe dwie godziny. O leasingu, faktoringu i monitoringu. Plany miał mniej więcej takie, jak trzy lata wcześniej.

Udało się

Pożyczki w Funduszu mogą być wielokrotnym, nie wysychającym źródłem finansowania. Rekordzista - krawiec ciężki z Torunia - bierze już pożyczkę dziesiąty raz. Od 1994 roku Fundusz udzielił prawie 26 tysięcy pożyczek. Łączna wartość wszystkich udzielonych pożyczek wynosi ponad 42 milionów dolarów (155 milionów złotych). Kwota zadłużenia Funduszu w lipcu b.r. wynosiła 10 milionów USD. Średnia pożyczka - 1500 USD (około 5 tysięcy złotych, maksymalnie można pożyczyć 30 tysięcy). Prawie 100 procent kosztów operacyjnych pokryto ze spłat odsetek (Fundusz dąży do całkowitego samofinansowania się). 

- Najbardziej potrzebne są dobre przykłady. Nie pieniądze, nie dotacje, nie szkolenia, a dobry przykład - uważają funduszowcy.

Klienci Funduszu Mikro doszli także do czegoś ważnego. Każdy z nich zyskał coś wyłącznie dla siebie - większe obroty, wiedzę. Ale też wszyscy zbudowali coś wspólnego. Udało się to, o czym myślała Elżbieta Moczarska: zaczęło powracać zaufanie między ludźmi w Polsce. Udało się to, czego chciała Rosalind Copisarow: pokazała, że przy niewielkich środkach można rozruszać wcale duże kręgi przedsiębiorczości. Powiodła się teoria Jamsheda Ghandhiego, który uważa, że wobec tego, iż rządy mają dziś coraz mniej pieniędzy na wspieranie społecznych celów, ludzie powinni pomagać sobie nawzajem.

Wielkie banki (te od "autobusów żyrantów") coraz częściej proszą swych nowych klientów, którzy deklarują, iż byli uczciwymi płatnikami w Funduszu Mikro, o historię ich kredytów w tej instytucji. Powoli też same banki zaczynają otwierać się na małą przedsiębiorczość. To zaczyna być modne. Nic dziwnego. Fundusz Mikro obsługuje 16 tysięcy przedsiębiorców. A jest w ich w całej Polsce 100 razy tyle. To olbrzymia nisza, w której powinna działać konkurencja.

Rosalind Copisarow rok temu przestała pracować w Funduszu. Zadowolona. Chciałaby przenieść to doświadczenie do innych krajów. Jamshed Ghandhi powołuje się na przykład Funduszu przed swoimi studentami. Elżbieta Moczarska pożegnała się z Funduszem. Uważa, że jej marzenie powszechnego prywatyzowania Polski w zasadzie spełniło się. Choć prywatyzowała z odwrotnej zupełnie strony, niż zakładał to wielki program powszechnej prywatyzacji, dla którego do Polski przecież przyjechała. Witold Szwajkowski natomiast, który w Funduszu pozostał, ma zamiar w 2000 roku podwoić wartość portfela Funduszu do 20 milionów dolarów. 


