KUBA

Nic nie zapowiada rychłego końca reżimu Fidela Castro

Opozycja przy "Stole Refleksji"

RAFAŁ KASPRÓW

Hawana może zmylić zagranicznego turystę. Na zadbanym lotnisku, podczas oczekiwania na bagaże, na monitorach telewizyjnych można zobaczyć reklamy nowoczesnych szpitali, egzotycznych alkoholi czy ekskluzywnych hoteli - jak wszędzie na świecie. Stare centrum Hawany w znacznej części zostało, staraniami UNESCO, odnowione. Ulice starej Hawany przyciągają eleganckimi lokalami i sklepami oferującymi wszystkie światowe produkty. Do rozpadających się dzielnic oddalonych od ścisłego centrum zagląda niewielu turystów.

Spotkanie dysydentów

Brak dostępu do mediów i ciągłe zagrożenie represjami powodują, że działające nielegalnie opozycyjne partie mają niewielu członków. 21 września w Hawanie kilkudziesięciu dysydentów spotkało się, aby po raz pierwszy podpisać deklarację dotyczącą dalszych działań - program powołania "Stołu Refleksji umiarkowanej opozycji". Podobieństwo do polskiego okrągłego stołu jest nieprzypadkowe. Dysydentom chodzi o to, aby reżim podzielił się władzą i usiadł do rozmów.

Nad wspólnym, liczącym kilkadziesiąt stron dokumentem 6 ugrupowań pracowało przez kilka miesięcy. Wcześniej dokument został zaprezentowany kilkudziesięciu członkom wszystkich biorących udział w spotkaniu partii. Każdy coś dopisał. Deklaracja jest więc bardzo zróżnicowana - pogodzić musi wszystkich. Z jednej strony zawiera marksistowski żargon o walkach klas i słabości kapitalizmu, a z drugiej apeluje o umożliwienie działalności prywatnych przedsiębiorstw. Najważniejsze są jednak samo spotkanie i wspólna deklaracja.

Nikt nie chce kapitalizmu

W wielorasowej Kubie zebrani w jednym pomieszczeniu dysydenci wyglądają jak delegaci na konferencję ONZ. By podpisać dokument, spędzili w mieszkaniu w centrum Hawany kilka godzin. Jeden z nich, jadąc na spotkanie, wiózł w torbie duży termos, podobny do tego, którego używał Jacek Kuroń. - Zawsze zabieram ze sobą termos z kawą - tłumaczy pięćdziesięcioletni opozycjonista o siwych włosach. Ma na sobie popularną na Kubie wśród panów w średnim wieku jasną koszulę z dwoma pasami kwiatowych wzorów. Na koszulach podobieństwo między opozycjonistami się jednak kończy. Różni ich bardzo wiele: stosunek do prywatyzacji, dekomunizacji, historii i socjalizmu.

Chwilowe zamieszanie wywołał brak młotka do przybicia kubańskiej flagi.

Wreszcie po odczytaniu wspólnej deklaracji stojący w dużym kręgu dysydenci kolejno składali podpisy pod dokumentem. Każdy w siedmiu egzemplarzach. Atmosfera była napięta.

- To historyczna chwila - oznajmił Pedro Pablo Alvarez Ramos z Consejo Unitario de Trabajadores Cubanos. Oczekujący na podpisanie dokumentu prowadzili żywą dyskusję i chętnie rozmawiali z jedynym dziennikarzem spoza Kuby.

- Za kilka lat na Kubie najsilniejsi będą socjaldemokraci. Tutaj nikt nie chce budować kapitalizmu - chodzi raczej o socjalizm, taki jaki wprowadzał Olof Palme - mówi sekretarz generalny Manuel Cuesta Morua z Corriente Socialista Democratico Cubano.

- Trzeba zrozumieć specyfikę Kuby. Złe doświadczenia z kapitalizmem z czasów rządów Batisty, tradycyjna latynoska lewicowość, propaganda Castro, a wreszcie strach przed amerykańskimi Kubańczykami powodują, że nikt nie myśli tutaj o wprowadzeniu kapitalizmu - tłumaczy jeden z dysydentów.

- Polacy są tradycyjnymi wrogami Rosjan. Dlatego u was socjalizm nie mógł się udać. Mieliście jednak świetnych ekonomistów - Brusa, Rakowskiego - mówi Fernando Sanchez Lopez, przewodniczący Partido Solidaridad Democratica.

Wiedza o Polsce i innych krajach Europy Środkowowschodniej wśród działaczy opozycji jest nikła. Oficjalne media mówią o wielkim bezrobociu, biedzie i problemach z dostosowaniem się do kapitalizmu.

- Sens reżimowej propagandy jest mniej więcej taki: jeśli porzucicie socjalizm, to przyjdą kapitaliści, z którymi wy, mali i prości ludzie, sobie nie poradzicie. Tak jak w Polsce. Dlatego cieszcie się, że macie bezpłatne szkolnictwo i dobrą opiekę medyczną, za którą nie musicie płacić - mówi czarnoskóry, uśmiechnięty opozycjonista.

O co walczą umiarkowani

Konieczność przemian wynika z nadzwyczajnej sytuacji Kuby - stwierdza deklaracja. A także z wyczerpania się dotychczasowego modelu politycznego, kryzysu ekonomicznego i moralnego oraz całkowitego braku perspektyw na przyszłość. Swobodę w działaniu partii politycznych opozycjoniści uznają za jedno z praw podstawowych. Będzie to gwarancją, że nie powtórzą się złe doświadczenia z historii Kuby. Transformacja ustrojowa ma być procesem stopniowym i pokojowym. Składać ma się z dwóch etapów: reformy struktur państwa i dopuszczenia nowych aktorów na scenę polityczną. Powinna być ściśle kontrolowana, ale autorzy mają świadomość, że dynamika tego procesu "może być burzliwa i gwałtowna, co może uniemożliwić racjonalne sterowanie zmianami".

Deklaracja stwierdza, że "żadne państwo nie ma prawa godzić w suwerenność Kuby, stosując metody ekonomiczne, polityczne czy dyplomatyczne.... Ekonomia i polityka kubańska powinny otworzyć się na inne państwa, co uniemożliwia podwójne ujarzmienie, któremu są poddane: ze strony kubańskiego rządu, a także z powodu izolacji Kuby, której patronuje rząd amerykański".

Większość uczestniczących w spotkaniu opozycjonistów reprezentowała poglądy lewicowe. Chwilami trudno było dociec, czy bardziej boją się reżimu, czy Kubańczyków z USA i kapitalizmu. Sygnatariusze deklaracji należą do umiarkowanych wrogów reżimu. Ci bardziej radykalni są w więzieniach lub na emigracji.

- Uważam, że słuszne byłoby odsunięcie ludzi reżimu od ważnych urzędów państwowych i polityki po upadku Castro. Chciałbym też, aby dokonano zwrotu zagrabionego przez państwo majątku. Powinna nastąpić prywatyzacja, ale nikt na razie nie wie, jak ją zorganizować - mówi organizator spotkania.

Pinar del Rio

Kilkaset kilometrów od Hawany mieszka Dagoberto, człowiek, którego działalność można przyrównać do tego, co w Polsce stanu wojennego robił ks. Jerzy Popiełuszko. W oddalonym o kilkaset kilometrów od Hawany Pinar del Rio w małym kościele kilkadziesiąt osób spotyka się, by dyskutować o demokracji.

- Uczymy podstawowej wiedzy o tym, czym jest demokracja, ekonomia i społeczeństwo otwarte - mówi katolicki dysydent.

Przez cały dzień ścina palmy. Rząd nie chce dać mu żadnej innej pracy. Wieczorami i w wolne dni organizuje akcje pomocy i szkolenia. Korzystając z pomieszczeń kościelnych, bez odpowiednich środków, przede wszystkim książek, przeszkolił już 1500 osób. Co tydzień jest zabierany na policję, gdzie mówią mu, że "zetrą go na proch". Przyzwyczaił się.

- Kiedy papież przyjechał na Kubę, niosłem przed nim Biblię. To był najważniejszy dzień w moim życiu - mówi Dagoberto. Zarówno on, jak i hierarchowie Kościoła w Hawanie twierdzą jednak, że po wizycie Jana Pawła II w relacjach między reżimem a Kościołem niewiele się zmieniło. Zwykłe spotkanie kardynała z członkiem rządu załatwia się miesiącami.

Blokada

Władza decyduje, kto i z czym wsiada na pokład samolotu. Kontrolowane są nawet wszystkie połączenia internetowe wychodzące z Kuby. Wysyłanie e-maila do Stanów Zjednoczonych, i na odwrót, w ogóle nie jest możliwe. Rządowe komputery sprawdzają wszystkie próby połączeń międzynarodowych zawierające określone hasła, nazwiska dysydentów lub strategiczne miejsca. Nawet jeżeli wysłana informacja nie przysporzy nadawcy kłopotów, to wiadomość po prostu nie dochodzi do celu.

- Nigdy nie udało mi się mieć komputera dłużej niż dwa tygodnie. Zawsze służba bezpieczeństwa go konfiskowała - mówi jeden z liderów opozycji. 

Sprawność policji politycznej na Kubie jest znacznie wyższa niż w dawnych europejskich demoludach. Władze przyznają, że obecnie jest na Kubie 394 więźniów politycznych. Ilu jest naprawdę, nie wie nikt.

- W kubańskich więzieniach są dziesiątki ludzi, które spędziły w nich większość dorosłego życia. Mamy kilkunastu więźniów politycznych, z których każdy mógłby być kubańskim Mandelą albo kandydatem do nagrody Nobla. Świat jednak się nimi nie interesuje, bo Castro wciąż ma duże poparcie - mówi Rafael Sanchez, jeden z liderów uchodźców kubańskich w USA. - Rzeczy, za które ściga się dziś Pinocheta, w państwie Castro są wciąż powszechną praktyką - dodaje.

Za rządów Castro uciekło z wyspy około miliona ludzi. Na emigrację zdecydowała się znaczna część dysydentów i inteligencji. Ci, którzy pozostali, przeważnie skończyli w więzieniach. Na międzynarodowe apele o uwolnienie dysydentów władza nie reaguje. Castro podkreśla, że wrogowie rewolucji pozostaną w więzieniach. W zamian za milczenie o prawach człowieka reżim oferuje wspólne interesy. Francuskie, włoskie, hiszpańskie, niemieckie i kanadyjskie firmy inwestują na wyspie od kilku lat. Dla nich jest to wymarzony rynek, gdyż dzięki amerykańskiemu embargu pozbawieni są tu konkurencji zza oceanu, tak uciążliwej nawet w Europie. Toteż zagraniczne koncerny godzą się na wypłacanie pensji swoim kubańskim pracownikom za pośrednictwem władz. W praktyce wygląda to tak, że np. kanadyjski Sherit wypłaca 9500 dolarów rocznie za każdego zatrudnionego Kubańczyka rządowi Kuby. Od rządu pracownicy otrzymują miesięcznie równowartość około 20 dolarów. To spora pensja na wyspie, gdzie miesięczne zarobki wahają się od 6 do 15 dolarów.

Apele bez odpowiedzi

Władze Kuby, zagraniczni goście, dysydenci - wszyscy ocenili spotkanie przywódców Hiszpanii, Portugalii i krajów Ameryki Łacińskiej w Hawanie jako sukces. Fidel Castro jest zadowolony, bo pokazał, że USA są odosobnione w bojkocie Kuby, a w dokumencie końcowym znalazła się krytyka amerykańskiego embarga. Dysydenci czują się dowartościowani dzięki spotkaniom z prezydentami i premierami. Uczestnicy szczytu cieszą się, że mieli okazję wygłosić apele o demokrację i poszanowanie praw człowieka.

Zamykając obrady, Castro oznajmił, że potwierdziły one, iż członków iberoamerykańskiej rodziny łączy "duch jedności" i chęć "szczerego dialogu". Kubański przywódca nie pozostawił złudzeń co do możliwości rychłych zmian w jego kraju. Przeciwnie, mówił o fiasku "tych, którzy próbowali skłonić Kubę do opuszczenia drogi rewolucji". Nie komentował apeli o poszanowanie praw człowieka, chociaż niemal wszyscy zagraniczni przywódcy próbowali go skłonić do liberalizacji reżimu. - Tylko dzięki autentycznej demokracji i poszanowaniu praw człowieka kraje Ameryki Łacińskiej będą mogły stawić czoło wyzwaniom XXI wieku - powiedział król Hiszpanii Juan Carlos. - Demokracja jest najlepszym sojusznikiem rozwoju - przekonywał prezydent Portugalii Jorge Sampaio. - Nie może być mowy o suwerennym narodzie bez wolnych mężczyzn czy kobiet - tłumaczył prezydent Meksyku Ernesto Zedillo.

Silniejsi czują się opozycjoniści. Wprawdzie szczyt poprzedziły aresztowania, ale władze nie przeszkodziły bezprecedensowym w historii komunistycznej Kuby spotkaniom zagranicznych gości z liderami opozycji. Dzięki temu dysydenci mieli własny iberoamerykański szczyt.	MT-O

Zdaniem polskiego ambasadora w Hawanie Jana Janiszewskiego reżimowi nie jest potrzebna żadna opozycja. Nawet taka, którą mógłby kontrolować. Jedynym zagrożeniem dla reżimu jest Ameryka. Za najważniejszego działacza opozycji ambasador uważa przewodniczącego Partii Solidarności Demokratycznej - miłośnika Brusa i Rakowskiego. Działalność opozycji na Kubie polski dyplomata ocenia nie najlepiej. Jego zdaniem opozycja nie jest w stanie zebrać się razem i zrobić czegokolwiek. Ocenia, że działające na Kubie partie opozycyjne liczą zaledwie po kilku członków.

- W swoim kalendarzu mam 200 partii i nie mogę powiedzieć, żeby któraś z nich była ważna, bo wszystkie są skłócone. Spokojnie doczekam końca swojej kadencji, zanim opozycja podejmie próby wspólnego działania - powiedział mi ambasador. Tego samego dnia opozycjoniści kubańscy podpisali dokument o wspólnym "Stole Refleksji".


