POLSKA-UE

Poparcie dla integracji dramatycznie maleje

Polska wieś u wrót Europy

RYS. JÓZEF KACZMARCZYK

EDMUND SZOT

Z ostatnich sondaży opinii publicznej wynika, że poparcie wejścia Polski do Unii Europejskiej dramatycznie maleje. Ostatnio wyniosło około 46 proc. Wśród ludności wiejskiej idea integracji Polski z UE ma jeszcze mniej zwolenników, co trudno zrozumieć, gdyż głównym jej beneficjentem będzie właśnie wieś.

Na połączeniu z Unią skorzystają rolnicy, gdyż wsparcie dla rolnictwa jest w UE dwa - trzy razy większe niż w Polsce, korzyść odniosą także pozostali mieszkańcy wsi, gdyż Unia łoży bardzo duże środki na ogólny rozwój obszarów wiejskich, czyli na zbliżanie tutejszych warunków bytowania do tych, jakie ma ludność miejska. W tej sytuacji opór przed integracją trudno pojmować inaczej niż lęk przed czymś nowym, nieznanym, a trzeba pamiętać, że tego typu bojaźń na konserwatywnej z natury wsi była zawsze większa niż w mieście.

Obawy te są umiejętnie podsycane przez różne niechętne integracji kręgi, które zapowiadają takie jej skutki, jak niepewność jutra (zwłaszcza dla rolników), pozbycie się części suwerenności narodowej, realne zagrożenie polskiej kultury i tożsamości. Jednym z następstw ma też być inwazja ogólnego zepsucia obyczajów. Czytając i słuchając tych przestróg, mniej zorientowany w politycznych gierkach obywatel RP gotów jest uwierzyć, że w przyszłości we wszystkim będzie musiał słuchać niechętnej, a nawet wrogiej Polakom Brukseli, dla której będzie obywatelem drugiej kategorii, ba, ten i ów jest przekonany, że nie wolno mu będzie nawet gotować polskich (a tym bardziej ruskich!) pierogów.

Aż przykro po raz setny przypominać, że idea integracji pojawiła się jako szansa przezwyciężenia dzielących Europę podziałów politycznych, poza tym w warunkach globalizacji gospodarki okazuje się dodatkowo przydatna w przyspieszaniu rozwoju gospodarczego Starego Kontynentu. Służy też umacnianiu jego niezależności od innych światowych potęg. A ma Europa coraz liczniejszych konkurentów. Do tradycyjnie rywalizującej z nią Ameryki Północnej dołączyła Japonia i niektóre inne kraje Azji, nie rozbudzonym na razie olbrzymem są Chiny. W produkcji rolnej liczącym się rywalem Europy są jeszcze kraje Ameryki Łacińskiej i Australia.

Walka o rynek produktów rolnych jest bezwzględna, dlatego Wspólna Polityka Rolna UE została tak pomyślana, by gospodarstwa europejskie mogły mieć w niej równe szanse. Ponieważ warunki dla produkcji rolnej są w Europie na ogół mniej sprzyjające, a gospodarstwa rolne są przeważnie dużo mniejsze niż w Kanadzie, USA czy Australii - są wspierane ze wspólnego budżetu Unii.

Celem tego wsparcia jest też zachowanie tradycyjnych w Europie wartości życia na wsi, pochodnej owego swoistego chłopskiego etosu, który w innych rejonach świata nie zapisał się w życiu społeczeństw aż tak wyraźnie. Nie oznacza to, że wbrew zasadom ekonomii Unia Europejska dąży do zakonserwowania swoich struktur agrarnych. Tu zmiany mają od lat wysokie tempo, UE próbuje natomiast zapobiec wyludnianiu się wsi. I temu m.in. służą różne formy dopłat do rolnictwa i obszarów wiejskich, gdyż w warunkach gospodarki rynkowej, bez interwencji państwa rolnictwo bardzo szybko staje się peryferyjnym działem gospodarki, a obszary wiejskie miejscem swoistej zsyłki.

Podział idzie w poprzek

Po wejściu Polski do Unii Europejskiej przyspieszenia przemian agrarnych można się spodziewać także u nas. Nie nastąpi to jednak szybko i w następstwie jakiegoś nakazu administracyjnego. Będzie to po prostu skutek ogólnych warunków ekonomicznych, jakie zaczną się tworzyć w wyniku integracji. Po przewidywanym wzroście cen większości produktów rolnych opłacalność produkcji rolnej nieco by wzrosła, i to prawdopodobnie nawet wówczas, gdyby polscy rolnicy nie mieli początkowo prawa do dopłat kompensacyjnych. Praca na roli byłaby, oczywiście, znacznie bardziej opłacalna po wprowadzeniu tych dopłat. Poprawa koniunktury w rolnictwie może nawet początkowo hamować przemiany agrarne, jednak w następnych latach praca w rolnictwie będzie coraz mniej konkurencyjna w stosunku do innych dziedzin gospodarki, głównie usług, w których można oczekiwać zarówno szybkiego wzrostu zatrudnienia, jak i wzrostu płac. Tym samym pogłębią się tendencje do odchodzenia z rolnictwa, choć nie będzie to powodowało wyludniania się obszarów wiejskich, które od pozostałych będą się różniły po jakimś czasie tylko gęstością zaludnienia. W Unii Europejskiej już teraz tylko to  odróżnia je od obszarów miejskich.

Kto powinien i kto będzie odchodził z pracy w rolnictwie? Zdaniem ekspertów z produkcji rolnej czy raczej z rejestru gospodarstw rolnych uprawnionych do pomocy UE (taki rejestr Polska musi sporządzić jeszcze przed wejściem do Unii) powinny wypaść te gospodarstwa, które nie mają żadnego kontaktu, albo tylko symboliczny, z rynkiem. Czyli te, które produkują żywność głównie dla swoich potrzeb. Oczywiście, nikt w Brukseli nie wyda nakazu likwidacji takich zagród, będą one funkcjonować nadal, tyle że nie powinny korzystać z dobrodziejstw Wspólnej Polityki Rolnej Unii (dla Polski byłoby to około 3,5 - 4,5 mld USD rocznie).

Teoretycznie powinny to być gospodarstwa najmniejsze, z grupy tych do pięciu czy nawet do dziesięciu hektarów. Bliższe przyjrzenie się strukturze produkcji towarowej w zależności od miejsca pochodzenia wskazuje, że procentowy jej udział jest jednak mniej więcej taki sam jak udział poszczególnych grup obszarowych w użytkowaniu ziemi.

Gospodarstwa o powierzchni od 1 do 2 ha (jest ich ponad 460 tys.) wykorzystują 4,7 proc. użytków rolnych i dostarczają 4,4 proc. ogólnej produkcji towarowej, gospodarstwa z grupy 2 do 5 ha (jest ich ponad 660 tys.) gospodarują na 15,7 proc. użytków rolnych i dostarczają 12,2 produkcji towarowej rolnictwa, gospodarstwa o powierzchni od 5 do 10 ha (520 tys.) mają 26,5 proc. ziemi i dostarczają 24,8 proc. produkcji towarowej. Dopiero w gospodarstwach od 10 do 15 ha (217 tys.) ich udział w produkcji towarowej (20,0 proc.) jest większy niż udział w posiadaniu ziemi (18,8 proc.). W gospodarstwach powyżej 15 ha (165 tys.) różnica ta jest jeszcze większa (dostarczają 38,7 proc. produkcji towarowej mając tylko 34,3 proc. użytków rolnych).

Co z tej statystyki wynika? Ano to, że podział na gospodarstwa towarowe i nietowarowe tylko częściowo zależy w Polsce od wielkości ich powierzchni. A trzeba wiedzieć, że 54,1 proc. gospodarstw rolnych w Polsce albo w ogóle nie produkuje żywności, albo wytwarza ją wyłącznie lub głównie dla swoich potrzeb.

Grupą obszarową najsłabiej wykorzystującą swoją ziemię wydają się być gospodarstwa o powierzchni od 2 do 5 ha, których właściciele utrzymują się jednak przeważnie z pracy poza rolnictwem. I w polityce rolnej powinno się tworzyć mechanizmy pomniejszające liczebność tej właśnie grupy (część z tych gospodarstw w wyniku powiększenia powierzchni przejdzie do wyższej grupy obszarowej, a większa część zasili grupę obszarowo najmniejszą). Kurczy się ona zresztą sama. Przed wojną było u nas takich gospodarstw 1136 tys. (w 1931 roku), obecnie jest ich prawie dwa razy mniej. Dalsze zmniejszenie liczby tych gospodarstw jest istotne także dlatego, że tylko tu (oraz w gospodarstwach od 5 do 10 ha) znajdują się rezerwy ziemi na powiększanie pozostałych. Grupa obszarowa od 1 do 2 ha, aczkolwiek duża i coraz liczniejsza, wykorzystuje niespełna 5 proc. ogółu użytków rolnych i jest to rolnictwo raczej hobbystyczne, rekreacyjne czy weekendowe, jako że praca w nim zajmuje niewiele czasu.

Nadal będzie również ubywać gospodarstw z grupy od 5 do 10 ha, a także od 10 do 15 ha. W tej drugiej grupie odpływ ludzi z rolnictwa może jednak przejściowo zostać zahamowany (gdy po wejściu Polski do UE poprawi się koniunktura w rolnictwie).

Tak czy owak, polityka rolna powinna tworzyć warunki do koncentracji ziemi, gdyż jest to najważniejszy czynnik restrukturyzacji rolnictwa. Taka koncentracja nie będzie jednak możliwa bez tworzenia na wsi i w małych miastach nowych miejsc pracy. Nie wolno również zapominać, że część młodych mieszkańców wsi będzie chciała ją opuścić i na stałe przenieść się do miasta. Ta droga "awansu" również nie może być zamknięta. Tymczasem tu i ówdzie słyszy się głosy, że era rozwoju dużych miast już minęła. Jest to pogląd nie tylko nieprawdziwy, ale i szkodliwy. Inna sprawa to kwestia obecnego udziału ludności wiejskiej w całości populacji. Tu rzeczywiście mogą nie zachodzić większe zmiany, będzie to jednak także skutek nasilania się obecnej tendencji przenoszenia się na wieś mieszkańców miast. Ruch ten występuje teraz głównie w pobliżu większych aglomeracji.

Boją się, bo są straszeni i brakuje im wiedzy

Przeciwnicy wejścia Polski do Unii Europejskiej największy posłuch znajdują właśnie w środowiskach wiejskich. Tam ludzie są z reguły gorzej zorientowani w pożytkach płynących z integracji, mniej czytają, mniej jeżdżą po świecie, dlatego każdą bzdurę biorą za dobrą monetę. Za wyraz rzetelnego "zatroskania" o ich przyszły los.

"Każdą nową myśl witamy

Rozpostartym krzyżem pańskim:

Precz z geniuszem Europy

Farmazońskim i szatańskim".

Od czasu, kiedy Adam Asnyk pisał te słowa (druga połowa XIX wieku) niewiele się w zasadzie zmieniło. "Europa tak, ale Europa ojczyzn" - mówią niektórzy prominentni politycy. I puszczają oko do swoich wyborców, że nie mają się czego obawiać: UE nam nie grozi. Nie wejdziemy, bo nie musimy. Chyba że po to, aby Unię "nawrócić". Mesjanistyczne ambicje idą w parze z ogólnym niezgulstwem w przygotowywaniu kraju do integracji z Unią, co prawdopodobnie będzie mieć ten skutek, że w końcu 2002 roku Polska rzeczywiście nie będzie do niej gotowa.

"Integracja europejska, jak każda wielka idea wymaga popularyzacji (...) - napisali w liście do premiera uczestnicy tegorocznego Polskiego Spotkania Europejskiego - Szczególnej dawki wiedzy i pomocy władzy i mediów wymagają grupy społeczne i zawodowe, które same siebie określają stereotypem przegranych. Wzywamy Pana Premiera do jak najszybszego wdrożenia narodowego programu promocji wiedzy o integracji europejskiej".

List ten napisany został pół roku temu. Wiedza polskiego społeczeństwa o Unii Europejskiej wzbogaciła się od tego czasu o nowe lęki i uprzedzenia.


