CZECZENIA

- Rano zanosiliśmy okup, a wieczorem leciały na nas pociski - mówi jeden z mieszkańców miejscowości Jermołowskaja 

Krowa albo życie

Łączność odcięta

Okolice miasta Bamut: Rosjanie ostrzeliwują z moździerzy pozycje czeczeńskie

(C) EPA

PIOTR JENDROSZCZYK

z Nazrania

Żołnierze rosyjskiej armii, stacjonujący na wzgórzu w pobliżu wioski Jermołowskaja, mieli w niedzielę wspaniałą kolację. Rano dostali w prezencie od mieszkańców wioski położonej 15 km na zachód od Groznego - krowę. Właściwie nie był to prezent, ale okup. Dzięki niemu umieszczona na wzgórzach rosyjska artyleria w niedzielę milczała.

Rosyjscy żołnierze zjedli już sześć krów z Jermołowskiej, kilka baranów, sporo kur i innego inwentarza. Kilka dni temu zażądali od wioski 16 tys. rubli, czyli równowartość 600 dolarów, gwarantując w zamian, że nie będą jej ostrzeliwać. Pieniądze dostali w sobotę. Zebrali je mieszkańcy, a delegacja starszyzny, z wójtem Juszą na czele, zaniosła je dowództwu rosyjskiej jednostki.

Bojowników nie ma,  Rosjanie atakują

Pieniądze pomógł zebrać Osman Sałsajew. Rozmawiałem z nim w szpitalu w Nazraniu w Inguszetii, przed drzwiami sali, w której kona jego szwagier Szamsutin. W ubiegłą środę na podwórku jego domu w Jermołowskiej spadł pocisk artyleryjski. Odłamki utkwiły w nodze Szamsutina i miejscowy lekarz amputował ją jeszcze tego samego dnia, zalecając, aby umieścić rannego w szpitalu w Nazraniu.

Przez trzy dni trwały negocjacje z rosyjskimi żołnierzami, aby pozwolili przewieść Szamsutina do Inguszetii. W końcu za tysiąc rubli ułożono go w bojowym wozie piechoty i odwieziono do granicy z Inguszetią. W szpitalu okazało się, że stan rannego jest ciężki i potrzebna jest kolejna operacja. Będzie to możliwe jednak dopiero wtedy, gdy jego stan nieco się poprawi. Pielęgniarka nie jest dobrej myśli.

Szamsutin jest jedną z kilkunastu ofiar absurdalnej sytuacji, w której znalazło się 15 tysięcy mieszkańców Jermołowskiej. Jeżeli wierzyć relacjom Ajszy, żony Szamsutina, oraz jego brata Osmana, dwa tygodnie temu z miejscowości tej wycofał się pięćdziesięcioosobowy oddział bojowników Arbi Barajewa, dowódcy znanego jeszcze z poprzedniej wojny, który ma na sumieniu wiele porwań, w tym morderstwo trzech Brytyjczyków i jednego Nowozelandczyka. Ich głowy znaleziono rok temu w przydrożnym rowie. 

Barajew wycofał się z Jermołowskiej w chwili, gdy rosyjska armia zajęła pozycje na okolicznych wzgórzach. Zrobił to na prośbę starszyzny. Delegacja starszyzny poinformowała o tym Rosjan, zapewniając, że wieś gotowa jest podporządkować się siłom federalnym, prosząc jedynie, aby jej nie ostrzeliwano. Nic to jednak nie dało. Następnego dnia na miejscowość spadły pociski. Wtedy zaczął się targ przy pomocy krów i baranów, a ostatnio pieniędzy. - Bywało, że rano zanosiliśmy okup, a wieczorem leciały na nas pociski. Następnego dnia Rosjanie tłumaczyli nam, że ostrzelała nas inna zmiana artylerzystów i targi rozpoczynały się od nowa - twierdzi Osman. Opowiada, że w wiosce zginęło już kilkanaście osób.

Bombą w uchodźców

W centralnym szpitalu w Nazraniu można usłyszeć wiele tragicznych opowieści z Czeczenii. 22-letni Naim trafił tutaj 12 października z raną na szyi. Trzy dni wcześniej około południa wyszedł z domu w wiosce Burnach w północnym rejonie Czeczenii, aby dojrzeć pasących się na polu krów. Kilkaset metrów od domu został zatrzymany przez kilkunastu rosyjskich żołnierzy. Kazali mu się położyć na ziemi. Jeden z nich ugodził Naima nożem w szyję. - Ani na chwilę nie straciłem przytomności, ale nie mogłem się też ruszyć z miejsca - opowiada Naim. Przeleżał tak kilkanaście godzin, nim znaleźli go bracia.

Piętro niżej na korytarzu przepełnionego szpitala leży 39-letnia Aminat. Została ranna 16 listopada w miejscowości Alchanjurt w zachodniej Czeczenii. Opiekująca się nią siostra Zara opowiada, jak to się stało. Rodzina podjęła decyzję o ewakuacji do Inguszetii kobiet i dzieci. Piętnaście osób, w tym siedmioro dzieci, usadowiło się w jednym samochodzie żiguli. Auto prowadził brat obu sióstr. W konwoju znajdowało się w sumie dziewięć samochodów. Wszyscy wywiesili kawałki białego płótna na dachach i skierowali się w kierunku granicy z Inguszetią. Ujechali zaledwie kilometr, gdy zaatakowały ich dwa samoloty seriami z karabinów maszynowych. Zara pokazuje sweter przeszyty pociskiem. - Sama nie wiem jak to się stało, że nie zostałam ranna. Nikt nie zginął, ale siedem osób jadących w samochodzie zostało rannych, w tym troje dzieci - opowiada. Po pierwszym ataku wszyscy szukali schronienia w rowie. Samoloty nadlatywały jeszcze trzykrotnie. Jedna z rakiet zniszczyła żiguli do cna.

Dlaczego Rosjanie atakują cywilów? - pytanie to słyszałem dziesiątki razy w czasie rozmów z rannymi i ich rodzinami w szpitalu w Nazraniu. Zadający ją mają gotową odpowiedź. Twierdzą, że Rosjanie nie walczą z terrorystami i bandytami, ale z czeczeńskim narodem, który pragną zlikwidować fizycznie, aby zawładnąć jego ziemią. Żaden z kilkunastu moich rozmówców nie stanął w obronie Szamila Basajewa, emira Chattaba czy Arbi Barajewa. Przeciwnie: wszyscy zaliczyli ich do bandytów, którzy - jak twierdzili - współpracują z rosyjskim wywiadem. 

Prezydenta Asłana Maschadowa nikt nie zalicza do tej grupy, jednak wszyscy uważają, że skompromitował się, ponieważ nie był w stanie zapewnić porządku w republice. Zdesperowani ludzie wierzą, że wojnę wywołała Rosja, posługując się - jak mówią - czeczeńskimi bandytami. Są gotowi ułożyć się jakoś z Moskwą, byleby skończyły się walki. Z drugiej strony są przekonani, że od Rosjan nie spotka ich nic dobrego w przyszłości i dlatego pragną niepodległości Czeczenii. Innej jednak niż ta, którą republika uzyskała w wyniku poprzedniej wojny. Dzisiaj ludzie pragną spokoju, porządku, pracy i sprawiedliwej władzy.

Łączność odcięta

Bojownicy czeczeńscy przegrupowują swoje oddziały na południe od Groznego. Bronią miasta Urus-Martan. Jeśli ulegną, rosyjska armia zamknie pierścień okrążenia wokół stolicy Czeczenii.

Do Urus-Martanu dotarło wczoraj 500 bojowników. Znaczy to, że miasta broni 3500 ludzi. Szacuje się, że w Groznym jest około 5000 gotowych do walki Czeczenów pod dowództwem samego Asłana Maschadowa, prezydenta republiki. Wydaje się, że Czeczeni chcą bronić Groznego do końca w nadziei, że miasto, jak w czasie poprzedniej wojny, będzie miejscem klęski armii federalnej. 

Mimo to minister obrony Rosji Iwan Siergiejew wyrażał nadzieję, że stolicę uda się zdobyć bez walki. Przewiduje, że dadzą rezultat negocjacje ze "starszyzną" z Groznego, która nakłoni oddziały bojowników do wycofania się z miasta. Nie wiadomo, czy można ufać słowom ministra, gdyż wczoraj dowództwo sił rosyjskich w Czeczenii wydało rozkaz przerwania wszelkiej łączności telefonicznej w republice. Według agencji ITAR-TASS, powołującej się na źródła bliskie dowództwu sił federalnych w Czeczenii, decyzja ta może oznaczać, że wkrótce rozpocznie się "ważna operacja wojskowa". 	P.W.R., REUTERS, DPA


