CHILE

Główni kandydaci na prezydenta odżegnują się od historycznych skojarzeń

W cieniu Allende i Pinocheta

61-letni Ricardo Lagos, ekonomista i prawnik, były minister robót publicznych, reprezentuje  centrolewicową koalicję chadeków i socjalistów. Swego przeciwnika nazwał "archetypem latynoskiego populisty", straszył, że będzie on prezydentem elit. Sam, dla celów kampanii wyborczej, przesiadł się nawet na wózek bezdomnego śmieciarza (na zdjęciu).

FOT. (C) AP

MAŁGORZATA TRYC-OSTROWSKA

Chilijczycy mają wybrać w niedzielę prezydenta. Zostanie nim albo socjalista Ricardo Lagos, niedoszły ambasador Allende w Związku Radzieckim, albo prawicowiec Joaquin Lavin, były entuzjasta rządów Pinocheta. Podczas kampanii wyborczej obaj odcinali się od przeszłości i wzywali swych rodaków do pojednania.

W wyborach startuje sześcioro kandydatów, ale szansę na zwycięstwo ma tylko tych dwóch. 61-letni Lagos, ekonomista i prawnik, były minister robót publicznych, reprezentuje Porozumienie na rzecz Demokracji (Concertacion por la Democracia), centrolewicową koalicję chadeków i socjalistów, rządzącą w Chile od przywrócenia demokratycznego ładu w 1990 roku. Jeśli zwycięży, jak przepowiadają sondaże, będzie pierwszym socjalistycznym prezydentem Chile od czasów obalonego przez juntę wojskową Salvadora Allende (1970 - 1973).

Socjaliści biją się w piersi

Lagos był współpracownikiem Allende. W roku 1973 został nawet wyznaczony przez prezydenta na ambasadora Chile w ZSRR, ale opozycja odrzuciła jego kandydaturę. W latach 80. odegrał kluczową rolę w przywróceniu w Chile demokracji. Przewodził sojuszowi skupiającemu większość partii przeciwnych rządom wojskowych. Prowadził z ogromnym zaangażowaniem kampanię na rzecz masowego udziału Chilijczyków w referendum, które zmusiło Augusto Pinocheta do zgody na rozpisanie demokratycznych wyborów. Generał poniósł w nich porażkę.

Porównanie do Allende nasuwa się automatycznie, ale sam Lagos odnosi się do niego z dystansem. Podczas kampanii wyborczej nie odwoływał się do spuścizny po swym socjalistycznym poprzedniku, być może z obawy, że przywoła widmo hiperinflacji i pustych półek. Przeciwnie, krytykował radykalizm ówczesnych socjalistów, który doprowadził Chile do ekonomicznej zapaści. - Stawiali partyjne interesy ponad interesami narodu - powiedział, sugerując, że również socjaliści ponoszą część winy za to, co się wówczas stało w jego kraju. "New York Times" określił te samokrytyczne deklaracje jako przedwyborczą taktykę - większość Chilijczyków odrzuca dziś wszelkie polityczne skrajności.

Lagos wolał porównywać się do europejskich socjaldemokratów.

Faktem jest, że ci spośród przywódców chilijskiej Partii Socjalistycznej, którzy trafili po zamachu stanu Pinocheta na przykład do byłej NRD, szybko przekonali się, czym jest życie w komunistycznym kraju. Wprawdzie korzystali tu z przywilejów (mieszkania, hojne stypendia) przysługujących tylko partyjnym aparatczykom, ale znaleźli się w pozłacanej klatce. Nie pozwolono im nie tylko wyjeżdżać z NRD, ale nawet swobodnie poruszać się po tym kraju.

Na polityczną ewolucję chilijskich socjalistów miały także wpływ wydarzenia w Polsce, zwłaszcza losy "Solidarności". Wielu z nich poparło walkę związkowców z reżimem komunistycznym. - Nie można ubolewać nad naruszaniem praw człowieka i jednocześnie walczyć o dyktaturę lewicy - powiedział gazecie "New York Times" socjalistyczny senator Jose Antonio Viera-Gallo, były członek rządu Allende.

Natomiast Lagos podkreślał: - Nie będę drugim socjalistycznym prezydentem Chile, będę trzecim prezydentem z Porozumienia na rzecz Demokracji. 

Jego poprzednicy: Patricio Aylwin i Eduardo Frei, reprezentowali chadecję.

Dwaj obrońcy uciśnionych

Jego najgroźniejszym rywalem jest kandydat koalicji dwóch konserwatywnych partii: Odnowy Narodowej i Niezależnej Unii Demokratycznej. 46-letni Joaquin Lavin tak jak Lagos jest ekonomistą. Ten żarliwy katolik związany z Opus Dei, ojciec siedmiorga dzieci, podczas dyktatury Pinocheta był publicystą działu ekonomicznego wpływowej gazety "El Mercurio". W swoich artykułach i książkach chwalił reżim wojskowy za sukcesy gospodarcze do czasu, aż popadł w niełaskę z powodu opowiedzenia się za demokratycznym otwarciem. 

Podczas kampanii wyborczej kreował się na rzecznika "pokoju i pojednania". Wzywał Chilijczyków, by przestali żyć przeszłością. Szermował populistycznymi hasłami, które trafiały do przekonania znużonemu polityką elektoratowi. Zwłaszcza że Lavin wielokrotnie przemierzył kraj w roli przyszłego obrońcy uciśnionych. Swoją kampanię wyborczą prowadził pod hasłem: "Głosujcie na zmianę". Przekonywał, że 10 lat rządów tej samej koalicji to stanowczo za długo.

Dwaj główni rywale obiecywali tworzenie nowych miejsc pracy, walkę z ubóstwem i przestępczością, jednakowe szanse dla wszystkich Chilijczyków i dobrobyt. Ich programy gospodarcze były bardzo podobne, to znaczy nastawione na intensywny wzrost.

Apatyczna kampania dopiero pod koniec nabrała rumieńców. Lagos nazwał swego przeciwnika "archetypem latynoskiego populisty", straszył, że będzie on prezydentem elit.

Ze względu na niewielkie różnice w notowaniach dwaj rywale będą musieli stoczyć zaciekły pojedynek. Być może dwukrotnie, gdyż żaden z nich nie uzyska prawdopodobnie w pierwszej turze (12 grudnia) ponad 50 procent głosów. Z sondaży opublikowanych 9 grudnia wynika, że Lagosa poprze około 48 proc. wyborców, a Lavina około 41 proc.

Trochę głosów odbiorą faworytom komuniści, których kampanię wyborczą zdominowały ataki przeciwko Pinochetowi. Na ich kandydatkę, Gladys Marin, zamierza głosować około 6 proc. elektoratu. Pani Marin uprzedziła, że jeśli konieczne będzie przeprowadzenie drugiej tury, nie wezwie swych zwolenników do poparcia socjalisty. Jej zdaniem "reprezentuje on jedynie jedną z wersji neoliberalizmu".

Wybory bez generała

Lagos zapewniał, że sprawa Pinocheta - który czeka w areszcie domowym w Londynie na potwierdzenie lub unieważnienie decyzji o ekstradycji do Hiszpanii - nie wpłynęła na proces wyborczy w Chile. - Nikt się dziś nie zajmuje tym panem  - mówił.

Ale chilijscy politolodzy uważają, że nieobecność generała miała wpływ na przebieg kampanii. Umożliwiła kandydatowi prawicy odcięcie się od przeszłości. Lavin uniknął też uwag i porad, których zapewne nie szczędziłby mu Pinochet, gdyby przebywał w kraju.

Ricardo Lagos uprzedził, że jeśli zostanie szefem państwa, to zajmie w sprawie generała identyczne stanowisko jak obecny prezydent Eduardo Frei, to znaczy będzie potępiał zagraniczną ingerencję w sprawy Chile i żądał zwolnienia Pinocheta z aresztu. Także Lavin uważa, że o losie Pinocheta Chilijczycy powinni decydować sami, bez udziału Anglików i Hiszpanów. Obydwaj zapewniali również, że zrobią wszystko, by losy ofiar dyktatury (1973 - 1990) zostały wyjaśnione do końca.

- Żadna ustawa nie położy kresu cierpieniom - powiedział Lagos podczas debaty telewizyjnej. - Musimy wyzbyć się nienawiści i urazy, by móc posuwać się do przodu w jednającym się kraju.

Obiecał, że nie pozwoli wojsku mieszać się do polityki. - Wojskowy, który chce wyrazić swe poglądy, powinien zdjąć mundur i rozpocząć polityczną karierę - powiedział, krytykując udział oficerów w propinochetowskich manifestacjach. Stosunki między rządem a siłami zbrojnymi nie układają się obecnie najlepiej. Sprawa Pinocheta, przeciwko któremu zostało złożonych w chilijskich sądach 51 skarg, nie jest jedyną przyczyną napięć. Chilijski wymiar sprawiedliwości skazał na kary więzienia lub ściga za zbrodnie dyktatury około 60 innych wojskowych i byłych agentów tajnej służby bezpieczeństwa.

Lavin także opowiada się za ostatecznym wyjaśnieniem losów ponad trzech tysięcy osób zabitych lub uznanych za zaginione podczas rządów wojskowych. - Rozumiem, że ktoś, kto stracił członka rodziny lub inną bliską osobę, pragnie dowiedzieć się, gdzie została ona pochowana, lub przynajmniej poznać okoliczności jej śmierci - powiedział. Sprawiedliwości musi stać się zadość, gdyż przyczyni się to do narodowego pojednania. Ale jest to zadanie dla sądów, nie dla polityków. - Wymiar sprawiedliwości powinien spokojnie kontynuować swą pracę, bez presji politycznych - uważa Lavin.

Żadnego skrętu w lewo

Emocje wywołane aresztowaniem Pinocheta okazały się tak wyczerpujące, że Chilijczykom nie starczyło energii na pasjonowanie się wyborami. Część z nich zamierza oddać głos nieważny, aby w ten sposób dać do zrozumienia elitom politycznym, że nie ma w czym wybierać. Około miliona potencjalnych wyborców (Chile liczy 15 mln mieszkańców) w ogóle nie wpisało się na listy.

Z sondaży wynika, że co trzeci uprawniony do głosowania nie identyfikuje się z polityką żadnej z trzech głównych sił politycznych: centrolewicą, prawicą ani komunistami.

Lavinowi będzie sprzyjał fakt, że Chilijczycy są niezadowoleni z rządów koalicji. Kadencję Freia negatywnie ocenia aż 44 proc. ankietowanych, pozytywnie 28 proc. To najgorsze notowania centrolewicy od chwili, gdy objęła władzę. Spadek popularności rządu spowodowało przede wszystkim rosnące bezrobocie. W ciągu ostatnich 12 miesięcy uległo ono niemal podwojeniu i wynosi obecnie 11 proc. Takich złych wskaźników nie było w Chile od 17 lat. Są one związane z recesją gospodarczą, pierwszą od kryzysu naftowego w latach 1982 - 1983. Recesja jest z kolei efektem ubiegłorocznego kryzysu finansowego w Azji oraz spadku cen miedzi, głównego towaru eksportowego Chile. Wzrost gospodarczy zmalał z 3,4 proc. w roku ubiegłym do zera albo nawet poniżej zera w roku bieżącym. Przed recesją wynosił około 7 proc. rocznie, a Chile uchodziło za latynoskiego "tygrysa".

Zdaniem chilijskich politologów w przypadku zwycięstwa socjalisty nie należy oczekiwać skrętu w lewo. Bez względu na to, kto zostanie prezydentem, nie zanosi się na duże zmiany. Aby się rozwijać, kraj potrzebuje zagranicznych inwestorów, a ci oczekują od Chile stabilności.


