Kandydatura Turcji i członkostwo Cypru w UE pozostają z sobą w ścisłym związku

Czas odważyć się na niemożliwe

TERESA STYLIŃSKA

Stosunki między Grecją i Turcją składają się wyłącznie z problemów. Podzielony Cypr i zadawnione animozje żyjących na wyspie Greków i Turków; roszczenia do korzystania z wód, przestrzeni powietrznej i bogactw podmorskich Morza Egejskiego; problemy mniejszości narodowych i religijnych; poparcie Grecji dla separatystów kurdyjskich z Turcji i rywalizacja na Bałkanach... Ten niełatwy do rozwikłania splot to rezultat bolesnej historii, trudnej teraźniejszości i obawy przed tym, co przyniesie przyszłość. Czy można się dziwić, że Grekom i Turkom tak trudno dojść z sobą do ładu?

Dodajmy do tego potężną dawkę uraz i dumy narodowej. W konflikcie grecko-tureckim względy psychologiczne grają bowiem rolę nie mniejszą niż spory merytoryczne. Nie jest to wyłącznie konflikt sprzecznych racji i interesów, ale w równej mierze zderzenie odmiennej tradycji, religii i widzenia historii.

Urazy z obu stron

Grecy noszą w sobie poczucie zagrożenia, jakie ma mały naród w stosunku do wielkiego sąsiada, ale jednocześnie patrzą na Turków nieco z góry, jak spadkobiercy starej kultury europejskiej na azjatyckich barbarzyńców. Fakt, że Grecja należy do Unii Europejskiej, a Turcja z wielkim wysiłkiem dopiero o to zabiega, jest też źródłem cichego zadowolenia, ale pomniejsza je niemiłe poczucie, że Turcy zawsze mogą liczyć na poparcie potężnej Ameryki.

Dla Greków Turcy to otomańscy ciemiężcy. Wojna o wyzwolenie (1821 - 1830) zostawiła im pamięć okrucieństw - nie ma znaczenia, że popełniały je obie strony. Grecy cierpią też, bo nie zdołali zrewanżować się Turkom za stulecia upokorzeń.

Turcy inaczej - cierpią na kompleks wielkiego narodu, który przez świat nie jest doceniany, choć ma za sobą wspaniałą przeszłość. Dlatego, choć kochają republikę, chętnie wspominają imperialne splendory. Wojna grecko-turecka z początku lat 20. to dla nich straszny czas, gdy świat spisał Turcję na straty. Co ją ocaliło? Talent wojskowy i polityczny Mustafy Kemala Atatrka. Turcy wielbią Atatrka, ponieważ uratował nie tylko państwo, ale i godność narodu.

Poczuciu niedocenienia towarzyszy dumne odrzucenie wszelkiej krytyki i dobrych rad. Nikt nie będzie nam dyktował, co mamy robić - powtarzają Turcy. Źródeł swych problemów, takich jak kurdyjski, z upodobaniem doszukują się w międzynarodowym spisku przeciwko Turcji. To, że Unia Europejska trzymała Turcję na dystans, bolało Turków tym mocniej, że czują się Europejczykami, nie gorszymi od tych z Paryża czy Rzymu. Ale skoro Europa ich nie chciała, byli gotowi odwrócić się do niej plecami, nawet gdyby ich interesy miały na tym ucierpieć.

Po wojnie grecko-tureckiej oba kraje, za zgodą mocarstw, dokonały wymiany ludności. Do Grecji przesiedlono półtora miliona Greków z zachodniej Turcji. Do Turcji - 600 tys. Turków z północnej Grecji. Mało kto chce dzisiaj pamiętać, że wymianę uzgodniły rządy, by obecność mniejszości nie powodowała dodatkowych zadrażnień. Zwykły Grek i zwykły Turek wolą rozwodzić się nad krzywdami, jakich doznali od wroga przesiedlani rodacy.

Na krawędzi wojny

Najważniejsze problemy współczesne to sprawa Cypru i kwestia podziału Morza Egejskiego. W ciągu ostatnich 25 lat z ich powodu Grecja i Turcja trzykrotnie znalazły się na krawędzi wojny: w 1974 roku, gdy po nieudanym zamachu stanu na Cyprze, dokonanym z inspiracji rządzących w Grecji pułkowników, Turcja wysłała na wyspę wojska i zajęła całą jej północ; w 1987 roku, w związku z poszukiwaniami ropy naftowej pod dnem Morza Egejskiego; wreszcie na początku 1996 roku, gdy emocje do żywego rozpaliła kwestia przynależności małej wysepki, po grecku zwanej Imia, a po turecku Kardak - 400 metrów kwadratowych bezludnej i do niczego nie przydatnej skały.

Na domiar złego Grecy i Turcy spierają się nie tylko o meritum, ale także o to, jak powinni rozwiązywać spory. Turcja zawsze opowiadała się za rozmowami dwustronnymi. Grecja uważa, że sprawy należy oddać w ręce najbardziej kompetentnej instytucji, jaką jest Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości w Hadze. Unia Europejska wybrała rozwiązanie salomonowe: jeżeli do roku 2004 Grecja i Turcja nie dojdą do porozumienia w spornych kwestiach, będą musiały zwrócić się do haskiego trybunału. Jeśli Turcja poważnie myśli o członkostwie w Unii, będzie musiała się temu podporządkować.

W ostatnim czasie do listy bardzo poważnych problemów dołączyła sprawa Kurdów. Turcy od dawna oskarżali Greków o popieranie separatystów kurdyjskich. Grecy zaprzeczali, twierdząc, że nawet jeśli niektórzy politycy greccy angażują się w pomoc dla Kurdyjskiej Partii Robotniczej (PKK), to robią to na własną rękę, bez zgody państwa. Ale okoliczności ujęcia Abdullaha Ocalana dowodzą, że nie była to chyba stuprocentowa prawda, skoro przywódca PKK ukrywał się w greckiej ambasadzie.

Gest solidarności

Czy przy tak poważnych przeszkodach trwałe przezwyciężenie konfliktu grecko-tureckiego jest w ogóle możliwe? Wydaje się, wbrew pozorom, że tak. Sentymenty i żale to zupełnie co innego niż rzeczywistość i interesy.

Co się bowiem dzieje? I w Grecji, i w Turcji słychać gorące apele o zgodę, współpracę i pojednanie. Nie wychodzą one bynajmniej z grona zawodowych polityków, którzy ostrymi i łagodnymi wypowiedziami szafują na przemian, zależnie od potrzeb. Położenia kresu sporom najgłośniej domagają się przedsiębiorcy, właściciele biur podróży, władze lokalne z rejonów nadgranicznych i strefy egejskiej - słowem wszyscy ci, którym konflikt przynosi wymierne straty. Dlatego gdy w Atenach i Ankarze padają cierpkie słowa, na niższych szczeblach nie brak kontaktów i inicjatyw, takich jak na przykład konferencja burmistrzów miast egejskich. Ludzie w regionie mało dbają o to, że Cypr jest podzielony, prawa do wód egejskich nie do końca jasne, a nad morzem nieustannie z hukiem przelatują myśliwce.

Że coś się zmienia, świadczy także postępowanie Greków i Turków po trzęsieniach ziemi, jakie parę miesięcy temu dotknęły oba kraje. Po tragicznym w skutkach kataklizmie w Turcji Grecja pierwsza pospieszyła z pomocą, wysyłając żywność, lekarstwa i krew. Ten gest solidarności zaskoczeni Turcy przyjęli z wdzięcznością, a jeden z ministrów, który pozwolił sobie na stwierdzenie: "grecka krew jest nam niepotrzebna", został ostro napiętnowany. Już w parę tygodni później, gdy trzęsienie dotknęło Ateny, Turcy odwzajemnili się Grekom. Wzajemna pomoc w nieszczęściu znakomicie poprawiła atmosferę, to zaś ułatwiło sfinalizowanie rozmów, których tematem była współpraca w konkretnych dziedzinach, takich jak nauka, turystyka i ochrona środowiska.

Krok w przyszłość

W obu krajach dochodzi też do głosu nowa generacja polityków, którzy, jak się zdaje, o przyszłych więzach i interesach myślą więcej niż o zadrażnieniach z przeszłości. Wspomnienie walk Greków i Turków cypryjskich czy dawnych cierpień mniejszości narodowych nie boli ich tak bardzo jak ludzi starszego pokolenia. Do tego nowego nurtu zaliczają się obaj ministrowie spraw zagranicznych - grecki Jeorjos Papandreu i turecki Ismail Cem.

Żaden z dawnych szefów dyplomacji Grecji i Turcji nie zdobył się na tak wiele pojednawczych gestów i deklaracji. A czy zdarzyło się kiedykolwiek, by przedstawiciel władz greckich uczestniczył w otwarciu roku akademickiego na uniwersytecie w Stambule? Tymczasem Jeorjos Papandreu przyjechał, wygłosił przemówienie i został owacyjnie przyjęty. Powiedział bowiem to, co pewnie myślało wielu jego słuchaczy: - Nadszedł czas, by odważyć się na niemożliwe i w naszych stosunkach otworzyć nowy rozdział.

Dołączenie Turcji do grona kandydatów do Unii Europejskiej powinno być korzystne dla stosunków grecko-tureckich. Bez zgody Grecji, która w sprawach dotyczących Turcji nieraz korzystała z prawa weta, nic by przecież z tego nie było. Grecy z kolei nie byliby aż tak pojednawczy, gdyby ich oczekiwania nie zostały spełnione. Chodzi nie tylko o sposób rozstrzygnięcia sporów, ale także o sprawę Cypru, który zostanie przyjęty do Unii, nawet jeśli nadal będzie podzielony. Kandydatura Turcji i członkostwo Cypru pozostają z sobą w ścisłym związku.

- Nareszcie zrozumiano, że nie ma Europy bez Turcji i Turcji bez Europy - tymi słowy turecki premier Blent Ecevit skwitował decyzję uczestników szczytu Unii Europejskiej w Helsinkach, którzy zaproponowali Turcji kandydowanie. Ecevit w związku z tym udał się w sobotę do Helsinek na kończący szczyt lunch, choć pierwotnie zaproszenie odrzucił (Turcję zaproszono jako "kraj zainteresowany członkostwem", a nie jako kandydata). Od razu też obiecał, że będzie działał na rzecz zniesienia w Turcji kary śmierci.

Prasa turecka jest niemal jednogłośna: decyzja Unii to wydarzenie historyczne. Pojawiły się jednak, choć odosobnione, głosy, że perspektywa członkostwa może dla Unii stanowić środek nacisku na Turcję.

Zdecydowana większość Greków - 68 proc., jak wynika z sondażu przeprowadzonego naprędce wśród mieszkańców aglomeracji ateńskiej - akceptuje zbliżenie między Turcją a Unią. 74 proc. pozytywnie ocenia działania rządu greckiego w tej sprawie. Premier Kostas Simitis zwrócił uwagę, że w tej sytuacji Grecja będzie mogła zmniejszyć wydatki na obronę (obecnie 5 proc. GDP).	T.T.S.


