ROZMOWA

Tytus Wojnowicz: Nie zostałem wykreowany przez innych, po prostu miałem szczęście

Śpiewający obój

(C) SONY

Spośród wielu młodych muzyków panu udało się zaistnieć na rynku. Płyta "Tytus" okazała się sukcesem, za nią poszły następne. Czy to pan miał pomysł na to, jak się wylansować, czy też szczęście sprzyjało?

TYTUS WOJNOWICZ: Niewątpliwie miałem szczęście. Nie będę też udawał, że ja wymyśliłem "Tytusa". Chciałem wydać płytę z muzyką klasyczną, bo do niej byłem kształcony przez całe życie. Nagranie demo zaniosłem do wytwórni, gdzie nawet zostałem pochwalony, tym niemniej nie ukrywano, że większe zainteresowanie wzbudziłaby propozycja bardziej popularna. Tak więc pierwsza rozmowa skończyła się sugestią, bym przyszedł z innym materiałem.

Nie było to specjalnie zachęcające.

Ale wiedziałem, że pozostawiono mi otwartą furtkę. Musiało minąć kilka miesięcy, zanim wszystko przemyślałem, znalazłem aranżera i wróciłem z nową ofertą. Od tego momentu zdarzenia potoczyły się bardzo szybko. Okazało się, że trafiłem w pewną pustkę na rynku. Na Zachodzie opracowania muzyki klasycznej w wersji popowej są bardzo popularne, u nas nikt poważnie tego nie traktował. Do tego obój jest instrumentem dość egzotycznym i wzbudzającym zainteresowanie. Tak więc o moich losach zadecydowało kilka elementów.

A może wielu muzyków nie ma odwagi pójść tą drogą, gdyż boją się, że zostaną posądzeni o obniżanie poziomu?

Na pewno tak, ale mógłby to być problem dla tych, których sytuacja życiowa zmuszałaby do grywania tylko takich rzeczy. Natomiast ja cały czas zajmuję się muzyką klasyczną, co więcej, dzięki pewnej popularności, jaką osiągnąłem w muzyce lżejszej, mam tych propozycji więcej.

I oba te gatunki traktuje pan w ten sam sposób?

Tak, wynika to z szacunku dla moich słuchaczy. Oczywiście, muzyka rozrywkowa nie wymaga takich umiejętności technicznych, wysiłku i długiego okresu przygotowań jak klasyczna, ale tylko to je różni.

Gdyby jednak wpłynęły do pana dwie oferty na ten sam dzień: popisowy koncert z dobrą orkiestrą w dobrej filharmonii i występ w charakterze gwiazdy na wielkim show, na co by się pan zdecydował?

Względy artystyczne mają u mnie preferencje i dlatego wybrałbym ambitniejszą propozycję. No, chyba że przepaść finansowa między ofertami byłaby nie do zasypaniaÉ Ale jeszcze nie zdarzyły mi się tego typu dylematy, a dochody, jak na razie, mam takie, że da się przeżyć.

A jak się pan czuje, kiedy musi kreować siebie poprzez sesje zdjęciowe, teledyski, czego większość muzyków klasycznych u nas nie robi?

To rzeczywiście było trudne. U nas dominuje amatorstwo, kiedy potrzebne są zdjęcia, prosi się o pomoc kolegów lub znajomych. Ale czyż każdy artysta nie powinien dbać o swój wizerunek? Na Zachodzie od dawna panuje pełny profesjonalizm. Skoro Anne-Sophie Mutter jest atrakcyjną kobietą, to swoją urodę umiejętnie eksponuje na okładkach płyt. Krystian Zimerman na zdjęciach wygląda zawsze bardzo naturalnie, ale wyboru jednego dokonuje się z setek propozycji. Na takie działania potrzebne są fundusze, których polskie wytwórnie zajmujące się muzyką klasyczną nie mają. Cieszy mnie, że otrzymałem taką szansę. Nie twierdzę przy tym, że bezbłędnie wiem, jak zachować się przed obiektywem, ale też Tytus Wojnowicz na zdjęciach czy teledyskach nie został całkowicie wykreowany przez innych.

Teraz ukazała się kolejna, ale inna płyta. Tytus Wojnowicz gra koncerty obojowe Georga Philippa Telemanna. To pan je odkrył?

Poniekąd tak. Oczywiście utwory są znane, ale rzadko były nagrywane. Telemann przez długi okres pozostawał w cieniu innych wielkich twórców. Napisał kilka tysięcy kompozycji i w tej ogromnej masie jest wiele rzeczy nieudanych czy powierzchownych. Ale są momenty, kiedy Telemann zbliża się do Bacha czy Haendla. Z pewnością ani talentu, ani warsztatu nie można mu odmówić. I to właśnie chciałem pokazać. Pięć koncertów obojowych wybranych na płytę jest bardzo różnych. Niektóre przejmujące, inne, rzec by można, o charakterze popowym, typowa muzyka rozrywkowa dla amatorów, bo w tamtych czasach amatorzy grywali je na domowych koncertach. Jeden z utworów jest właśnie taki: bardzo prosty formalnie i technicznie, inne zaś trudne i wirtuozowskie. A wszystkie ładne i niezwykle melodyjne, śpiewne, bo w czasach baroku obój uważano za instrument najbliższy głosowi ludzkiemu.

Trudno jest śpiewać na oboju?

Trudno, choć po latach ćwiczeń wydaje się to naturalne. Nie udaje się to jednak każdemu, zwłaszcza w początkowym etapie poznawania instrumentu, kiedy potrafimy z niego wydobyć przede wszystkim dźwięki twarde i nieprzyjemne. Przypominają się wówczas przodkowie oboju: szałamaja lub surma. Turcy używali surm do nadawania sygnałów w czasie walki, ponieważ ich przeraźliwy dźwięk był słyszany w największym zgiełku. Z czasem obój łagodniał i dziś, obok skrzypiec, najbliższy jest głosowi ludzkiemu. Na dodatek u Telemanna melodia była sprawą nadrzędną, co zresztą również zachęciło mnie do tego, by je przypomnieć. Nie jest to muzyka trudna dla słuchacza w sensie formalnym, cechuje ją prosta harmonia i wyraźna linia melodyczna, czyli to, co mamy we współczesnej muzyce popularnej.

A więc Tytus Wojnowicz nie chce stracić fanów, których zyskał dzięki poprzednim płytom.

Nie twierdzę, że wszyscy, którzy kupowali moje nagrania rozrywkowe, sięgną po koncerty Telemanna, ale jeśli uczyni tak przynajmniej 20 procent tamtych słuchaczy, będzie bardzo dobrze. Niektórzy się rozczarują, to nieuniknione, miewałem już takie sytuacje na koncertach. Przychodzili ludzie zachęceni moim nazwiskiem na plakacie i stykali się z zupełnie inną muzyką niż ta, którą znali. Ale części, mam nadzieję, Telemann się spodoba i zachęci do słuchania innej muzyki. To by mnie ogromnie ucieszyło. Trudno sądzić, że płyta przyniesie zysk, ale jeśli nie da strat, będzie to z pewnością bardzo duży sukces na naszym rynku. Ja zresztą swój już odniosłem, fachowcy z firmy Sony, słuchający setek nagrań zaakceptowali to, co zaproponowałem. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że podążam w dobrym kierunku i może dzięki temu zrodzi się kolejna płyta.

A ma pan już na nią pomysł?

Pomysłów mam aż za dużo, trzeba raczej je eliminować uwzględniając możliwość sprzedaży, lub to, czy danego utworu ktoś przede mną niedawno nie nagrał. Z pewnością czas pomyśleć o kolejnej płycie z muzyką rozrywkową, a z tego drugiego nurtu, moje osobiste marzenia sięgają raczej nowszych dzieł, tych XX-wiecznych. Są tu rzeczy trudniejsze dla odbiorcy, na przykład koncert Lutosławskiego, ale są i utwory bardziej przystępne, a także piękne: niedokończony koncert Barbera, koncert Martinu czy Williamsa utrzymany w nastroju szkockim. Jest wiele dobrej muzyki, którą chętnie bym nagrał.

Rozmawiał Jacek Marczyński

Tytus Wojnowicz studiował w Akademii Muzycznej w Warszawie u prof. Stanisława Malikowskiego oraz we Freiburgu u Heinza Holligera. W 1990 r. wygrał Ogólnopolski Konkurs Oboistów, a w 1993 r. zajął III miejsce na Isle Wight Oboe Competition. Od 10 lat jest członkiem Warszawskiego Kwintetu Dętego, z którym występował w Europie i w USA. Współpracował z wieloma orkiestrami, m.in. z Sinfonią Varsovią, Filharmonią Narodową i Polską Orkiestrą Radiową. Dużą popularność przyniosły mu płyty z muzyką klasyczną i popularną w wersji rozrywkowej ("Tytus", "Ocalić od zapomnienia", "Christmas Time"). Dla firmy Sony nagrał album z koncertami obojowymi Georga Philppa Telemanna.



