EDUKACJA

Pomysł nowej matury kłóci się z celami reformy oświaty

Egzaminacyjna pułapka

ALICJA KRZĘTOWSKA

JANUSZ A. MAJCHEREK

Reforma polskiego systemu edukacji,  po wprowadzeniu nowej struktury szkolnej i organizacji procesu kształcenia, przechodzi obecnie w fazę zmian programowych, które budzą pewne wątpliwości.

Celem przeobrażeń w polskiej oświacie jest, oczywiście, podniesienie poziomu wykształcenia społeczeństwa. Twórcy reformy zdają sobie sprawę, że oznacza to nie tylko ułatwienie dostępu do szkół kolejnych szczebli, częściowo zresztą nowo utworzonych (gimnazja), lecz również upowszechnienie wiedzy w jak najszerszym jej zakresie. Tego nie da się osiągnąć przy nauczaniu fragmentarycznym, przygotowującym do konkretnego zawodu - wymogiem jest edukacja wszechstronna, umożliwiająca aktywne życie w szybko przeobrażającej się wolnorynkowej gospodarce, demokratycznym państwie, otwartym i pluralistycznym społeczeństwie. Idzie więc nie tylko o to, ile lat spędzi uczeń w szkołach, lecz ile ogólnej, jak najszerszej wiedzy z nich wyniesie.

Ministerialne plany

Przejawem zmian idących w tym kierunku jest likwidowanie podziału na wąskozakresowe przedmioty w szkołach podstawowych, redukowanie liczby szkół zawodowych, a także propagowanie tzw. ścieżek międzyprzedmiotowych w rozpoczynających swą działalność gimnazjach oraz przyszłych, nowych liceach. Są to tendencje pozytywne, lecz kłócą się z przygotowywanymi jednocześnie koncepcjami egzaminów końcowych, mającymi obowiązywać w ich toku standardami wymagań oraz dostosowanymi do nich podstawami programowymi.

Każdy kolejny etap kształcenia ma być finalizowany egzaminem sprawdzającym jego efekty, a wśród nich najważniejszym dla całego procesu edukacji stać się ma nowy egzamin maturalny. Według ministerialnych założeń byłby on przeprowadzany w ujednolicony i zobiektywizowany sposób, zgodnie z jednakowymi w całym kraju kryteriami, a jego wynik miałby rozstrzygać o możliwościach dalszego kształcenia, gdyż zlikwidowane byłyby egzaminy wstępne na studia.

Ograniczanie szans

Dotychczasowa matura była rodzajem ceremonialnego i rytualnego zwieńczenia edukacji na poziomie szkoły średniej, osiąganego przez przytłaczającą większość absolwentów liceów. Ujednolicenie i zobiektywizowanie kryteriów ocen spowoduje nieuchronne zróżnicowanie wyników. Bez trudu można przewidzieć, że przy uśrednionym w skali całego kraju poziomie wymagań maturę uzyskiwać będzie niemal każdy licealista z renomowanych szkół wielkomiejskich, a niewielu absolwentów prowincjonalnych liceów położonych w małych mieścinach, z dala od dużych centrów kulturowych. W dotychczasowym systemie brak matury nie stanowił przeszkody w dalszym kształceniu, posiadanie świadectwa ukończenia liceum umożliwiało kontynuowanie nauki w szkołach policealnych. Nowy system oświaty prowadzi jednak do zaniku tego typu form kształcenia, które zastępowane będą wyższymi szkołami zawodowymi (licencjackimi), wymagającymi jednak od kandydatów świadectwa dojrzałości. Brak matury praktycznie zamknie więc drogę dalszego kształcenia. Jak na ironię, wyższe szkoły zawodowe mają być (już są) powoływane w małych ośrodkach, by ułatwić dostęp do lepszego wykształcenia młodzieży wiejskiej i małomiasteczkowej, której jednocześnie nowy system maturalny znacznie utrudni zdobycie potrzebnego do tego świadectwa dojrzałości.

Szkoła ogólnokształcąca czy kurs przygotowawczy

Uczynienie z egzaminu maturalnego jedynej przepustki do studiów wyższych nieuchronnie spowoduje przeistoczenie się przyszłych liceów w kursy przygotowujące do tego sprawdzianu wiedzy. Nie byłoby to aż tak groźne, gdyby nie wąski jego zakres.

Ujednolicony egzamin maturalny ma obejmować język polski, matematykę, język obcy i jeden przedmiot do wyboru. W praktyce oznacza to zdominowanie całego programu nauczania w liceum przez trzy pierwsze przedmioty oraz konieczność samodzielnego przygotowania się przez ucznia do tego czwartego. Pozostaje to w rażącej sprzeczności z deklarowaną wszechstronnością kształcenia szkolnego. Jeżeli znajomość języka polskiego, matematyki i języka obcego ma rozstrzygać o możliwości podjęcia studiów wyższych, to przedmioty te staną się podstawą siatki godzin. Uczeń polskiej szkoły będzie się więc uczyć przez kilkanaście lat głównie tego samego: czytania, pisania, rachowania, a na dodatek gimnastyki. Nie jest to obiecująca wizja.

Według  jednego strychulca

Dotychczas egzaminy maturalne nie wyglądały zupełnie inaczej niż planowane, choć nie obejmowały obowiązkowej matematyki. Ich ranga była jednak nieporównanie niższa, a o podjęciu studiów decydował egzamin wstępny, który w ostatnich latach uzyskał całkowicie nowy i odmienny od maturalnego charakter. Ministerstwo planuje go zlikwidować.

Jeszcze przed niewielu laty egzaminy wstępne do szkół wyższych opierały się na sprawdzianie wiedzy z przedmiotów obowiązujących w szkołach średnich, lecz dobranych według profilu przyszłego kształcenia. Kandydata na psychologię czy archeologię sprawdzano ze znajomości innych zagadnień i posiadania innych umiejętności niż potencjalnego architekta czy inżyniera leśnika. 

W ostatnich latach upowszechnił się jednak, zwłaszcza na kierunkach uniwersyteckich, rodzaj testu sprawdzającego erudycję i elokwencję, oczytanie i ogólny poziom intelektualny kandydata. Ministerstwo proponuje go zaniechać, a zastąpić egzamin wstępny jednolitym dla wszystkich licealistów sprawdzianem. 

Zgodnie z tym zamysłem o przyjęciu kandydata na studia  historii sztuki czy religioznawstwa miałyby decydować oceny z matematyki, uzyskane przez niego na egzaminie maturalnym (swoją drogą, wydaje się, że forsowanie matematyki jako obowiązkowego przedmiotu maturalnego  ma związek z inżynierską specjalnością naukową i profilem macierzystej uczelni obecnego ministra edukacji, a ustalenia mające obowiązywać przez dziesiątki lat nie powinny być wynikiem takich doraźnych okoliczności).

Generalnie, taka koncepcja kształcenia i egzaminowania jest nieprzychylna uczniom o niestandardowych umiejętnościach, nietypowych zainteresowaniach, szczególnych talentach. Zamiast przygotowywać się do rozwijających je studiów, będą musieli wkuwać te same co wszyscy regułki matematyczne.

Marnotrawstwo

Rola języka obcego w systemie kształcenia jest bezdyskusyjna i sprawdzian jego znajomości na egzaminie maturalnym ma oczywiste uzasadnienie.

Szkopuł jednak w praktyce edukacyjnej. Po tegorocznej inauguracji gimnazjów już widać, że nauka języka obcego rozpoczęła się w nich od podstaw, ponieważ szkoły te nie są w stanie zorganizować grup na różnym poziomie umiejętności wyniesionych przez uczniów ze szkół podstawowych i dodatkowych kursów pozaszkolnych. Wszystko wskazuje na to, że w przyszłych liceach sytuacja się powtórzy. Zatem uczeń będzie na każdym z trzech etapów kształcenia przedmaturalnego zaczynał naukę języka obcego od początku. Nie trzeba wyjaśniać, jakie to oznacza marnotrawstwo czasu, wysiłku i pieniędzy.

Pogłębi to jednocześnie zróżnicowanie między uczniami ze szkół wielkomiejskich, często uczęszczającymi na dodatkowe, prywatne kursy językowe, a młodzieżą z mniejszych ośrodków, nie mającą takich możliwości. Do tego dochodzi niedobór nauczycieli i zróżnicowanie poziomu ich kwalifikacji. Jeśli egzamin maturalny z języka obcego będzie oceniany według ujednoliconych kryteriów i wymagań, to albo będą one niskie i łagodne, albo wykupienie dodatkowych lekcji u prywatnego lektora stanie się dla większości uczniów koniecznością, której znaczna ich część nie będzie w stanie oczywiście zaspokoić.

Niepewny cel

Koncepcja nowej matury ma jeszcze jedną, może zasadniczą wadę: brak pewności, że szkoły wyższe zgodzą się ją akceptować jako sprawdzian wiedzy i predyspozycji kandydatów na studia.

Uczelnie dysponują autonomią i jest wątpliwe, zwłaszcza w przypadku tych renomowanych, by przyjęły opracowany i przeprowadzany bez ich udziału, zestandaryzowany przez ministerstwo egzamin maturalny w miejsce dotychczasowych egzaminów wstępnych. 

Pewnie zgodzą się te, które nie mają zbyt wielu kandydatów lub dokonują selekcji według innych niż wiedza, dodatkowych kryteriów (np. predyspozycji twórczych na uczelniach artystycznych). Sposób, w jaki ministerstwo zamierza skłonić wszystkie pozostałe do rezygnacji z egzaminów wstępnych, pozostaje tajemnicą, a wynik takich usiłowań jest niepewny. 

Może się więc zdarzyć tak, że cały programowy zakres edukacji szkolnej, a zwłaszcza licealnej, zostanie podporządkowany przygotowaniu do wąskozakresowego egzaminu, który będzie znacznej części młodzieży zamykał drogę przyszłej edukacji, a większości pozostałych nie dawał wcale pewności jej kontynuacji.


