ROLNICTWO

Domaganie się ochrony rodzimego rynku rolnego nie jest zachowaniem z arsenału fobii narodowych i antyrynkowych

Ledwo zipię

JÓZEF TYMIEC

Na temat rolnictwa najwięcej mają do powiedzenia politycy i dziennikarze. Środki masowego przekazu częstują nas rozważaniami, których przewodnią myśl można zawrzeć w tezie: "najgorliwszymi obrońcami realnego socjalizmu stali się polscy chłopi". Chórowi temu wtórują niektórzy ekonomiści, szczególnie dogmatycznie przywiązani do idei wolnego rynku. 

Sami natomiast rolnicy albo występują w charakterze manifestantów blokujących drogi lub urzędy, albo jako tło dla przywódców związkowych.

Zabieram zatem głos jako producent rolny, który na własnej skórze doświadcza skutków polityki rolnej państwa. Jestem dużym producentem, gospodarującym na ponad 900 hektarach, a więc znacznie powyżej średnich norm europejskich, na ciężkich, ale stosunkowo dobrych glebach żuławskich. W gospodarstwie zatrudniam około dwudziestu osób, z czego dziewięć w produkcji roślinnej. Średnie plony uzyskuję znacznie powyżej średniej krajowej: pszenicy - 55 q/ha, rzepaku - 30 q/ha, buraków cukrowych - 450 q/ha, mleka - prawie 7000 litrów rocznie od jednej krowy. Czy rolnik o takim potencjale produkcyjnym i takich wynikach ma prawo narzekać? Niestety, tak.

Trzeba mnie  racjonalnie chronić

Nie chcę się wdawać w szczegółowe wyliczenia ponoszonych przeze mnie kosztów produkcji, ale zgadzam się z opiniami znawców przedmiotu, że produkcja większości artykułów rolnych nie gwarantuje opłacalności. A przecież ze sprzedaży tej produkcji powinienem uzyskać środki, które nie tylko pokryją bezpośrednie nakłady na tę produkcję, ale wystarczą na płace, składkę ZUS, podatek rolny, czynsz dzierżawny, zakup i remonty sprzętu, maszyn, obiektów itp. No i jeszcze powinienem utrzymać siebie i swoją rodzinę. A ja ledwie zipię.

Czego zatem oczekuję od państwa i co w zamian daję? Oczekuję w zasadzie tylko jednego - racjonalnej ochrony polskiego rynku przed nieuczciwą konkurencją lub - mówiąc inaczej - ograniczenia napływu na polski rynek dotowanych towarów rolno-spożywczych z zagranicy. Co daję w zamian? Dobrej jakości produkcję i utrzymanie kilkudziesięciu miejsc pracy.

Racjonalna ochrona polskiego rynku rolnego powinna polegać na stosowaniu mechanizmów (cła, kontyngenty, opłaty wyrównawcze) uniemożliwiających sprzedaż na polskim rynku importowanych produktów rolnych poniżej cen minimalnych, ustalanych corocznie przez rząd w porozumieniu z organizacjami rolników. No i tu dopiero zaczyna się awantura. Co to bowiem są ceny minimalne, na jakiej bazie je tworzyć, dlaczego ograniczać czy eliminować rynek z kształtowania tych cen?

Jako zdeklarowany zwolennik gospodarki rynkowej znajduję się w szczególnie niezręcznej sytuacji. Jak bowiem pogodzić ideę wolnego rynku z głębokim interwencjonizmem państwa na rynku rolnym? Odpowiedź może być tylko jedna. Rynek rolny musi korzystać z ochrony państwa przynajmniej dopóty, dopóki otaczający nas świat będzie dotował eksport produktów rolnych i żywnościowych.

Rolnik  to nie pazerny prostak

Polscy rolnicy nie obawiają się zdrowej konkurencji z rolnictwem krajów UE. Obawiają się, i słusznie, dumpingu, a więc konkurencji nieuczciwej, polegającej na sprzedaży tych produktów po cenach niższych od kosztów produkcji. Z tego zasadniczego powodu domaganie się ochrony rodzimego rynku rolnego nie jest zachowaniem z arsenału fobii narodowych i antyrynkowych, ale mieści się w kategorii zachowań racjonalnych, stosowanych w cywilizowanym świecie, a w szczególności w krajach UE.

To politycy i środki masowego przekazu starają się o stworzenie obrazu polskiego producenta rolnego jako pazernego, bezzębnego prostaka (najlepiej z czapką uszatką), który - zamiast zwiększać wydajność i jakość produkcji - podstępnie knuje, jak wyciągnąć więcej pieniędzy z budżetu (w domyśle - od podatnika). Łatwo wtedy ubierać się w togi obrońców konsumentów, zasad zdrowej gospodarki, budżetu, a winą za wzrost cen lub wydatków budżetowych na niezbędną (a najczęściej zawinioną przez władze) interwencję na rynku rolnym obarczyć rolników.

Główny zarzut kierowany pod adresem rolników i odmieniany przez wszystkie przypadki w środkach masowego przekazu brzmi następująco: podstawową przyczyną problemów polskiego rolnictwa jest jego nieefektywność wynikająca z archaicznej struktury gospodarstw rolnych, zacofania technologicznego i niskiego poziomu wykształcenia rolników. Wniosek dla odbiorcy takiej tezy jest oczywisty: gdyby rolnicy pracowali wydajniej, oszczędniej i racjonalniej, byliby w stanie osiągać zyski bez sięgania do państwowej kasy (tak na marginesie - bez trudu udowodnię, że więcej odprowadzam do budżetu, niż z niego otrzymuję).

W rezultacie powstaje przekonanie o utrzymywaniu rolnictwa przez podatników, a wszystkie ujemne zjawiska w gospodarce, jak wzrost cen, inflacji, a nawet bezrobocia, przypisuje się skutkom wymuszonego przez rolników interwencjonizmu państwa w sferze gospodarki rolnej. W parze z tymi zarzutami idzie sugestia, że niski poziom cen importowanych produktów rolnych jest efektem wysokowydajnej i oszczędnej produkcji prowadzonej przez tamtejszych rolników. Przeciętny konsument może zatem sądzić, że przy kształtowaniu ceny produktów rolnych w krajach UE opierano się na klasycznych instrumentach gospodarki rynkowej, tj. podaży i popycie. Jest to oczywiście teza całkowicie fałszywa. Na dochód rolnika w krajach UE składają się dwa zasadnicze elementy: przychody otrzymywane ze sprzedaży produktów rolnych oraz dopłaty budżetu do tych produktów, wypłacane bezpośrednio rolnikom.

Na Zachodzie dopłaca się

Spadek cen produktów rolnych w krajach UE nie jest zatem wynikiem jakiejś szczególnej zdolności rolników tych krajów do obniżania kosztów i zwiększania efektów produkcji, ale systematycznego wzrostu bezpośrednich dopłat dla rolników. Dla przykładu w latach 1991 - 1998 ceny interwencyjne zbóż w krajach UE zostały obniżone ze 161 do 119 euro/t, a więc o 26 procent. Proporcjonalnie obniżono też ceny rynkowe. Tylko że spadek tych cen został w pełni zrekompensowany dopłatami bezpośrednimi dla rolników, które wynoszą obecnie 54,3 euro/t. W rezultacie przychody uzyskiwane przez rolników nie doznały uszczerbku, natomiast zdecydowanie poprawiła się konkurencyjność eksportowanych z tego obszaru produktów rolno-spożywczych. Zwiększając dopłaty, kraje UE mogą stopniowo obniżać ceny produktów rolnych, tak aby eksport tych produktów mógł konkurować cenowo z krajami trzecimi.

Co w tej sytuacji może zrobić Polska? Rozwiązania są w zasadzie tylko dwa - albo zwiększyć dopłaty do produkcji rolniczej, albo ograniczyć dumpingowy import artykułów rolno-spożywczych. Każde z tych rozwiązań stwarza możliwość wzrostu dochodów rolniczych, a tym samym opłacalności produkcji rolnej. Jest bowiem poza sporem, że rolnicze przychody nie przekraczają dziś 40 proc. tego, co otrzymuje mieszkaniec miasta, oraz że kumulacja różnych negatywnych czynników wpływających na poziom dochodów rolniczych nastąpiła w latach 1998 i 1999. Porównując ceny skupu towarów rolnych w listopadzie 1998 z cenami z listopada 1997 roku, musimy stwierdzić ich istotny spadek: pszenicy - ponad 15 proc., trzody chlewnej - ponad 30 proc., drobiu - 10 proc., rzepaku - ponad 30 proc. (w roku 1999) przy około dziesięcioprocentowej inflacji.

Powstaje oczywiście pytanie, czy Polskę stać na zapewnienie rolnikom warunków do opłacalnej produkcji rolnej poprzez zwiększenie dopłat budżetowych? Sądzę, że możliwości państwa są  dosyć ograniczone. I to nie tylko ze względów finansowych, ale także techniczno-organizacyjnych. Wchodząc w szeroki system dopłat do produkcji rolniczej, trzeba przede wszystkim spełnić kilka podstawowych warunków, takich jak dokładne rozpoznanie potencjału produkcyjnego polskiego rolnictwa, zapotrzebowania na te produkty na rynku krajowym, kwotowania (limitowania) produkcji poszczególnych towarów rolnych, stworzenie systemu ewidencji, sprawozdawczości itp.

Pozostaje zatem drugie rozwiązanie, tj. ograniczenie importu artykułów rolno-spożywczych. Chociaż chodzi nie tyle o ograniczenie importu, ile o uniemożliwienie sprzedaży tych artykułów na rynku polskim po zaniżonych (dumpingowych) cenach. A ceny zaniżone to ceny niższe od cen minimalnych.

Krystyna Pieniążek w artykule "Samoobrona czy samounicestwienie" ("Rzeczpospolita" z 18 sierpnia 1999 r.) poddaje głębokiej krytyce zarówno samą koncepcję cen minimalnych, jak i zasadę tworzenia ich na podstawie tzw. uzasadnionych kosztów produkcji. Zdaniem autorki nie jest możliwe ustalenie jednej ceny satysfakcjonującej wszystkich uczestników rynku, i to jeszcze opartej na kosztach produkcji. Czyżby?

Bazę ceny minimalnej można ustalić

Może jednak należy inaczej postawić pytanie -  czy możliwe jest ustalenie niezbędnych nakładów na produkcję poszczególnych towarów rolnych w przeciętnych warunkach gospodarstwa towarowego, a więc takiego, które utrzymuje się ze sprzedaży swoich produktów?

W miesięczniku "Top Agrar Polska" (maj1999) przedstawiono kalkulację kosztów dla rzepaku ozimego. Z kalkulacji tej, obejmującej tylko koszty bezpośrednie, wynika, że dla osiągnięcia plonu rzędu 30 q/ha łączne koszty przekraczają 1800 zł/ha. Oznacza to, że w tym roku tylko nieliczni producenci rzepaku uzyskali zwrot poniesionych nakładów. W dodatku do tego pisma ("Top Agrar Plus", maj - sierpień '99) przedstawiono z kolei kalkulację kosztów produkcji mleka w 1999 roku na przykładzie dużego gospodarstwa (około 90 krów). Koszt wyprodukowania litra mleka przekracza w tym gospodarstwie 66 groszy. U mnie jest podobnie. Przeciętna krajowa cena skupu mleka wynosiła w tym okresie około 61 groszy za litr. Na tych przykładach pragnę wykazać, że jest możliwe ustalenie, i to z dużą dokładnością, podstawowej bazy ceny minimalnej, jaką są uzasadnione  koszty produkcji.

Cen tworzonych na takiej podstawie państwo ma obowiązek bronić, również za pomocą ceł i kontyngentów. Propozycja nowej taryfy celnej już wywołała protest zarówno w kraju, jak i za granicą (szczególnie w UE). W Polsce sprzeciwiają się temu Ministerstwo Finansów, Polska Federacja Producentów Żywności i - czego należy się niebawem spodziewać - opinia społeczna, karmiona apokaliptyczną wizją wzrostu cen na artykuły spożywcze. Protest Ministerstwa Finansów może potwierdzać zarzuty, że obniżanie inflacji w Polsce opiera się głównie na sztucznym zaniżaniu cen żywności. Protest Polskiej Federacji Producentów Żywności jest bardziej mylący, bo sugeruje (poprzez swoją nazwę), że to sami rolnicy (producenci rolni) przeciwni są podnoszeniu ceł. Należy więc wyjaśnić, że bardziej adekwatna nazwa tej federacji powinna brzmieć: Polska Federacja Przetwórców Produktów Rolnych. Protest w istocie jest więc próbą utrzymania dyktatu cenowego w stosunku do polskich producentów rolnych. Mając nieograniczone możliwości importu, polscy przetwórcy produktów rolnych w monopolistyczny sposób narzucają ceny producentom rolnym. Wymownym przykładem takich praktyk jest cena narzucona rolnikom przez zakłady tłuszczowe za tegoroczny rzepak.

Można oczywiście postawić i inne pytanie - czy koszty produkcji rolnej w Polsce, acz uzasadnione, nie są jednak zbyt wysokie? A zatem, czy nie lepiej zaniechać tej drogiej i obciążającej budżet produkcji i importować tańszą żywność z zagranicy? Z przykrością muszę przyznać, że niemała część opinii publicznej, a także mojego środowiska politycznego gotowa jest na to pytanie odpowiedzieć twierdząco. 

Autor jest wiceprzewodniczącym Regionu Pomorskiego Unii Wolności.


