TYBET

Czternastoletni mnich może przejąć po Dalajlamie przywództwo Tybetańczyków

Nadzieja w Karmapie

Czternastoletni lama Ugjen Trinlej Dordże, XVII Karmapa, czyli duchowy przywódca buddyjskiej szkoły Kagjupa

(C) REUTERS

KRZYSZTOF DĘBNICKI

W końcu grudnia czternastoletni lama Ugjen Trinlej Dordże, XVII Karmapa, czyli duchowy przywódca buddyjskiej szkoły Kagjupa, uciekł z Tybetu do Indii. Razem z małą grupą tybetańskich mnichów przez cały tydzień przedzierał się przez pokryte głębokim śniegiem przełęcze Himalajów. Zmylili chińskich strażników i tajnych agentów, później wymknęli się straży granicznej. Ta ucieczka może okazać się najważniejszym wydarzeniem w historii Tybetu od 1959 roku, kiedy Lhasę potajemnie opuścił obecny przywódca tybetańskich buddystów - Dalajlama.

Klasztor Tsurpu, gdzie Ugjen pobierał nauki i gdzie władze chińskie trzymały go pod ścisłą kontrolą, jest centrum Kagjupów. Założył go drugi wielki mistrz sekty w 1150 roku i od tego czasu, jak wierzą buddyści, wcielał się w każdego kolejnego przywódcę, aż do obecnego, XVII.

Wcielenie tradycji Tybetu

Buddyzm dotarł do Tybetu z Indii wraz ze świętym mistykiem Padmasambhawą w 747 roku. Długo trwało, zanim się zadomowił, usunął w cień szamańskie wierzenia bon i uzyskał akceptację mieszkańców. Kagjupowie są jedną z wielu tybetańskich szkół buddyzmu, należących do tak zwanych ugrupowań niezreformowanych lub zreformowanych tylko częściowo. Na przełomie XIV i XV wieku powstała bowiem nowa szkoła - Gelukpa zwana buddyzmem zreformowanym. Wkrótce stała się oficjalną, dominującą formą buddyzmu, przyjętą w Tybecie. Należy do niej również Dalajlama. Szkoła Kagjupa ma natomiast dziś duże wpływy wzdłuż łańcucha himalajskiego, w szczególności zaś po jego południowej stronie: w Sikkimie, Bhutanie, Nepalu i północnych Indiach.

Twórcą szkoły Kagjupa byli indyjscy duchowi mistrzowie Tilopa i Naropa oraz ich dwaj tybetańscy uczniowie Marpa i Milarepa. Milarepa jest bardziej znany, ponieważ posiadał wielką wiedzę tajemną i poddawał - jak pisał W. E. Evans-Wentz - "naukę Kagjupy próbie eksperymentu, tak aby ze stopu metali wyłuskać złoto". Jak większość innych szkół tybetańskiego buddyzmu, Kagjupa zaczęła dzielić się na sekty. Najważniejszym z powstałych ugrupowań była sekta Karmapa, biorąca nazwę od imienia jej założyciela - Karmapy Rangchung Dordże, ucznia Dvagpo Lharje, następcy Milarepy.

To jest ważne, ponieważ na młodego Karmapę, jako na duchowego sukcesora Wielkiego Jogina Milarepy spływa dzięki temu charyzmat setek lat buddyjskiej tradycji Tybetu. Tybetańczycy słuchają i poważają czternastoletniego lamę nie tyle ze względu na jego cechy osobowe, jego wiedzę, cnotę czy doskonałość technik magicznych, bo te są zapewne mniejsze niż jego znacznie starszych nauczycieli, ale dlatego, że jest inkarnacją. Jest wcieleniem swoich szesnastu poprzedników i fizycznie ucieleśnia setki lat duchowej tradycji tybetańskiej kultury.

Niezliczone wojska  Mongołów

Buddyzm zakłada niekrzywdzenie istot żywych. W historii Tybetu różnie jednak z tym bywało. Król Srongtsen Gampo, panujący w VII wieku, stworzył na drodze podboju gigantyczne imperium tybetańskie, rozciągające się od dzisiejszego Pakistanu aż do środkowych Chin. Ale w jego czasach buddyzm stawiał w Tybecie dopiero pierwsze kroki. Kiedy się umocnił, natychmiast powstało wiele różnych sekt toczących ze sobą zaciekłe walki, nie tylko na polu religijnych dysput.

Początkowo Tybet zdominowała szkoła Sakja po tym jak wnuk Dżyngis-chana, Godan, narzucił swoją zwierzchność opatowi tybetańskiego klasztoru Sakja, traktując go jako reprezentanta całego kraju. Opat przyjął tę opiekę w poczuciu wyższej konieczności. Tłumacząc konieczność ustąpienia przed przeważającą siłą, napisał w liście zaadresowanym w 1247 roku do najważniejszych świeckich i duchowych panów Tybetu: "nawiasem mówiąc, wojska Godana są niezliczone". Ale zdawał sobie też sprawę, że wsparcie potężnego sojusznika wyniesie jego sektę ponad wszystkie inne.

W 1253 roku Khubilai, Wielki Chan Mongołów wezwał do swojego obozu Phagspę, nowego opata sekty Sakja oraz Karmę Pakshi, przywódcę sekty karmapów, aby zademonstrowali mu swoje magiczne umiejętności. W tym starciu zwyciężył Sakjapa, który publicznie obciął mieczem wszystkie swoje członki, oraz głowę, aby po chwili złożyć je z powrotem w jedną całość.

Z Phagspą zawarł Khubilai rodzaj przymierza, nazwanego cho-yon w którym "cho" było religią, "yon" zaś jej świeckim patronem. Teoretycznie oba te elementy miały być równoprawne, w praktyce dominowała strona świecka. Kiedy w 1270 roku Khubilai założył w Chinach własną dynastię Yuan, system cho-yon zaczęto traktować jako podstawę stosunków tybetańsko-chińskich. I tak już zostało, wieki po zniknięciu dynastii mongolskiej w mrokach dziejów.

Nadleciały żelazne ptaki

Przez stulecia żadna ze stron się nie skarżyła. Od połowy XVIII wieku coraz większą rolę w tybetańskiej polityce odgrywali chińscy przedstawiciele w Lhasie, ale, szczególnie w kwestiach religijnych, Tybet miał pełną swobodę. Od połowy XIX wieku, wraz z rugowaniem chińskich wpływów w Tybecie, sytuacja zaczęła się nawet poprawiać. Ich miejsce zajmowały wpływy europejskie, głównie brytyjskie.

W 1912 roku, po upadku cesarstwa w Chinach, Tybet ogłosił niepodległość. Pekin nigdy tej deklaracji nie uznał i jesienią 1950 roku wojska komunistycznych Chin przekroczyły granicę tybetańską. Spełniał się czarny scenariusz przepowiedziany w VIII wieku przez Padmasambhawę: "Kiedy pofruną żelazne ptaki, a konie ruszą na kołach, lud tybetański rozproszy się po świecie jak mrówki, a dharma zapuka do drzwi czerwonego człowieka".

Następujące po inwazji lata były straszne. Ponad milion Tybetańczyków zmarło z głodu i niedożywienia, klasztory niszczono, mnichom pod karą śmierci nakazywano się żenić. Jeden z tybetańskich uciekinierów wspominał, że któregoś dnia do jego wsi Dhingri przybyli komunistyczni agitatorzy, zebrali mieszkańców na placu i oświadczyli im, że "zgodnie z art. 5 bycie zadowolonym, szczęśliwym i zrelaksowanym przeszkadza w osiągnięciu postępu i w związku z tym należy zaprzestać takich praktyk".

Tysiące mieszkańców Tybetu opuściło swoje domy, szukając schronienia w Indiach i Nepalu. Do dnia dzisiejszego co roku nielegalnie przekracza południową granicę około trzech tysięcy Tybetańczyków. W Dharamsali, położonej u podnóża Himalajów powstał tybetański rząd na uchodźstwie, ośrodki zdrowia, szkoły i klasztory. Tybetańczycy to ludzie zaradni i pracowici, którzy potrafili odbudować swoje życie od podstaw głównie własnymi siłami.

Na czele rządu stoi obecny, XIV Dalajlama, który zbiegł z Lhasy w 1959 roku. Ale z jego osobą wiąże się inna ponura przepowiednia, a te zdają się sprawdzać w historii Tybetu. Według niej miałby być już ostatnim dalajlamą, o czym zresztą sam kilkakrotnie wspominał. Co więc stanie się później? Co z Tybetem, Tybetańczykami, buddyzmem? Co z ich wyjątkową cywilizacją?

Tybetański numer trzy

Dalajlama nie jest oczywiście jedynym duchowym i politycznym przywódcą Tybetańczyków. Drugim w hierarchii był zawsze panczenlama, który podczas małoletności Dalajlamy występował również jako jego nauczyciel. Panczenlama jednak zmarł w 1989 roku, a jego inkarnację - kilkuletniego chłopca, którego sześć lat później odnaleźli tybetańscy mnisi - władze chińskie wywiozły w nieznanym kierunku. Następnie, pod kontrolą Pekinu inna grupa mnichów "odkryła właściwego panczenlamę". Jego z kolei nie uznał Dalajlama. W taki sposób tybetański numer dwa został skutecznie wyeliminowany z gry politycznej.

Pozostał numer trzy w tybetańskiej hierarchii, czyli młody Karmapa. Jego sytuacja jest o tyle dobra, że akceptuje go zarówno Pekin, jak i Dalajlama. Dzięki temu w 1992 roku mógł zasiąść na tronie klasztoru Tsurpu.

Ale Dalajlama ma już 65 lat i choć cieszy się dobrym zdrowiem, nikt nie może być pewien jak długo jeszcze będzie żył. Zagrożenia wydają się narastać. W ostatnich kilku latach wzmocniono ochronę rezydencji Dalajlamy, znajdującej się na wzgórzu, górującym nad Dharamsalą. Przedstawiciele tybetańskiego rządu na uchodźstwie mówili mi, że coraz bardziej obawiają się o jego życie. Dlatego zorganizowanie sukcesji zawczasu jest prawdopodobnie najważniejszą sprawą dla Tybetańczyków. Dalajlama jest bowiem najważniejszą postacią, łącznikiem tybetańskiego, buddyjskiego i narodowego uchodźstwa.

Wątpliwe, aby niezależne struktury tybetańskie przetrwały pod jego nieobecność. Nawet jeśli lamowie sprawnie odnajdą nową inkarnację Dalajlamy, nawet jeśli Chiny tę inkarnację zaakceptują, to co najmniej przez kilkanaście lat wolnościowy ruch tybetański będzie pozbawiony swojego najważniejszego elementu, który go łączył i napawał nadzieją. Karmapa, który nagle pojawił się w Indiach zmienia tę sytuację diametralnie. Po śmierci Dalajlamy będzie mógł, z jego namaszczeniem, przejąć władzę i dziedziczyć charyzmę pierwszego lamy Tybetu, da Tybetańczykom czas na poszukiwanie nowego dalajlamy, podtrzyma nadzieje.

Co zamierza Karmapa

Z Indii nadeszły w czwartek sprzeczne informacje o intencjach Karmapy. Gazeta "The Times of India" twierdzi, że chce on pozostać w Indiach.

Miał o tym powiedzieć podczas spotkania z wiernymi w siedzibie uchodźców tybetańskich w Dharamsali na północy Indii.

Z kolei członkowie stowarzyszenia solidarności indyjsko-tybetańskiej, którzy uczestniczyli w tym spotkaniu, oznajmili, że Karmapa nie odpowiedział na ich apel, by "pozostał w Dharamsali do czasu, aż wszyscy Tybetańczycy będą mogli powrócić do wolnego Tybetu". Chłopiec oznajmił jedynie, iż jest bardzo szczęśliwy w Indiach, a pieszą wędrówkę przez Himalaje do Dharamsali nazwał "pielgrzymką".

Chiny nadal utrzymują, że chłopiec, którego uznają za duchowego przywódcę Tybetańczyków, odbywa jedynie podróż zagraniczną. Ponownie przestrzegły Indie przed udzieleniem Karmapie statusu uchodźcy politycznego. Rząd w Delhi twierdzi, że dotychczas nie zajmował się tą kwestią, gdyż nie otrzymał oficjalnego wniosku o azyl polityczny.

Według indyjskiej prasy Delhi może zdecydować się na przyznanie Karmapie statusu "uchodźcy de facto", z którego korzysta około 100 tysięcy Tybetańczyków zbiegłych do tego kraju w ciągu 40 ostatnich lat.

Dziennik "Indian Express" sugerował w czwartek nieco inne wyjście. Jego zdaniem rząd powinien pomóc Karmapie w wyjeździe do innego kraju. "Rząd musi poważnie się zastanowić, czy Indie mogą sobie pozwolić na to, by gościć na swej ziemi potężną sektę buddyjską, przeżywającą w dodatku poważne konflikty wewnętrzne oraz silnie związaną z Zachodem" - napisała gazeta.	MT-O, AFP, DPA, AP


