JAPONIA

Jak w polityce międzynarodowej wyjść z cienia Amerykanów?

Olbrzym  chce dorosnąć

Wielu Japończyków uważa, że nie muszą przepraszać krajów sąsiedzkich za wyrządzone w przeszłości krzywdy. Przeprosiny zagroziłyby bowiem poczuciu dumy narodowej, byłyby upokorzeniem dla cesarza i rządu. Na zdjęciu: cesarz Akihito (trzeci od lewej) wraz z rodziną pozdrawia Japończyków z okazji Nowego Roku.

FOT. (C) EPA

PIOTR GILLERT

Gdyby wielkość gospodarek świata przedstawić w skali ludzkiego ciała, to takie kraje jak Chiny czy Rosja wyglądałyby przy Japonii jak karzełki przy koszykarzu ligi NBA.  Ale choć cały świat zna nazwisko przywódcy Chin, a tym bardziej Rosji,  nie wszyscy Japończycy potrafią sobie przypomnieć, kto jest premierem ich kraju. 

Można sądzić, że takie państwa jak maleńka Szwajcaria czy położona na krańcu świata Australia znaczą w polityce światowej więcej niż Japonia. Przez pół wieku Japończycy byli zajęci wyłącznie mnożeniem swego bogactwa. Teraz, gdy dopadł ich najgorszy kryzys gospodarczy w powojennej historii, stoi przed nimi jeszcze jeden problem: pytanie o własną rolę w XXI wieku.

Jeszcze w drugiej połowie lat 80. cały świat uważał, że azjatycki model rozwoju gospodarczego, którego prekursorem i najdoskonalszym realizatorem była Japonia, będzie przez długie lata wzorem dla reszty krajów. Lata 90. stanowiły jednak dla japońskiej gospodarki czas stagnacji i narastających kłopotów. W 1997 roku nastąpił kryzys regionalny, który położył kres "cudowi azjatyckiemu".

Szukanie nowej drogi

Nie oznacza to jednak, że Japonię czy Azję należy spisać na straty. Znaczy jedynie, że azjatyckie gospodarki rządzą się takimi samymi prawami jak wszystkie inne. Jeden model rozwoju wyczerpał swoje możliwości, należy znaleźć nowy. Ostrożne poszukiwania trwają właśnie w Japonii.

Początek nowego wieku będzie w japońskiej historii czasem gruntownej zmiany struktury gospodarczej i społecznej. Nastąpi odejście od wielkich nieruchawych konglomeratów ku mniejszym strukturom organizacyjnym, szybciej reagującym na wyzwania rynku światowego. Najważniejszym wskaźnikiem sukcesu firmy będzie zysk, a nie jak dotychczas udział w rynku. Nowe wyzwania będą oznaczały konieczność odświeżenia kadry menedżerskiej, co spowoduje stopniowe odstąpienie od zasady starszeństwa na rzecz systemu, w którym awans dostaje zdolniejszy, bez względu na wiek. Ta zmiana, wraz z dojściem do głosu kobiet, pozostających dziś na marginesie życia zawodowego, będzie dla Japonii prawdziwą rewolucją społeczną. W gruncie rzeczy ta rewolucja już się rozpoczęła.

Wraz z globalizacją gospodarki światowej nastąpi też zapewne powolny rozpad tradycyjnych powiązań między producentami, dystrybutorami i sprzedawcami. Więzy te stanowią często barierę nie do pokonania dla zagranicznych firm chcących wejść na rynek japoński i powodują utrzymanie niezwykle wysokich cen mimo długotrwałego zastoju.

Bez względu na rezultat wszystkich tych zmian w przewidywalnej przyszłości japońska gospodarka pozostanie jedną z największych, japońskie technologie jednymi z najnowocześniejszych, japońskie banki jednymi z najzasobniejszych na świecie.

Wynika to z tego, że statyczny zimnowojenny świat pozwalał Japończykom skoncentrować się właśnie na rozwoju gospodarczym. Sprawy kluczowe dla obronności, a w znacznym stopniu także dla polityki zagranicznej "oddali" oni Amerykanom. W nowym, wielobiegunowym porządku świata taki układ przestaje zdawać egzamin. Japonia dojrzała do tego, by odgrywać stosowną dla tak wysoko rozwiniętego państwa rolę na arenie międzynarodowej. Wzorem dla Tokio jest polityka Niemiec, które stopniowo przeistoczyły się z kraju obarczonego brzemieniem dawnych win w pełniący rolę odpowiadającą jego rzeczywistym możliwościom.

Więcej samodzielności

Japonia będzie chciała odejść od roli biernego sponsora sceny międzynarodowej, wykładającego grube miliony dolarów na działania innych, i stać się jej aktywnym współtwórcą - na przykład stałym członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ.

Dyplomacja japońska będzie się starała uniezależnić od amerykańskiej. Było to już widać podczas zeszłorocznej wojny w Kosowie, gdy Tokio bardzo chłodno zareagowało na podjęcie przez Amerykanów akcji z pominięciem ONZ.

Japonia ma co prawda całkiem dobrze uzbrojone i wyszkolone tzw. siły samoobrony, ale ze względów politycznych nie zostały one dotąd przekształcone w armię w pełnym tego słowa znaczeniu. Brakuje im wystarczająco rozbudowanych struktur i procedur dowodzenia, a przede wszystkim na tyle potężnych broni, aby zapobiec ewentualnemu atakowi rakietowemu potencjalnego wroga. W Tokio coraz powszechniejsze jest przekonanie, że Japonia powinna w większym stopniu sama dbać o swoje bezpieczeństwo i przestać polegać na amerykańskiej odsieczy. Tym bardziej że świat staje się coraz mniej przewidywalny i nie wiadomo, czy w przyszłości Amerykanie będą mieli ochotę bronić Japonii.

Próbne wystrzelenie przez Koreańczyków z Północy rakiety balistycznej nad terytorium Japonii w lecie 1998 roku dobitnie uświadomiło Japończykom realność zagrożenia ze strony sąsiadów i własną bezsilność. Rozwój wypadków na Półwyspie Koreańskim jest nieprzewidywalny, a właściwie żaden z możliwych scenariuszy, od nagłego wybuchu wojny, w którą Japonia niechybnie zostałaby wciągnięta, po zjednoczenie tradycyjnie antyjapońskiej Korei, nie nastraja japońskich strategów optymistycznie.

Mniej rzucający się w oczy, ale chyba jeszcze bardziej niepokojący dla Tokio jest wzrost potęgi Chin. Przy obecnym tempie rozwoju chińskiej gospodarki i równie konsekwentnej jak w ostatnich kilku latach realizacji ambitnego programu modernizacji armii w ciągu kilkunastu lat Chiny mogą stać się mocarstwem militarnym. Kto dziś wie, jakie plany będą wówczas mieli wobec bogatej, lecz słabej Japonii pekińscy przywódcy? Wzrost siły Chin jest też niepokojący dlatego, że poprzez swój sojusz z Amerykanami i historyczne związki z Tajwanem Japonia mogłaby zostać wciągnięta w ewentualny konflikt w Cieśninie Tajwańskiej.

Ubolewanie to za mało

Wszelka próba rozbudowy japońskich sił obrony czy zmiany ich statusu będzie wywoływać ostrą reakcję sąsiadów, szczególnie Chin. Ich głośno wyrażany niepokój jest po części jedynie dyplomatyczną pozą, narzędziem przetargów politycznych. Po części jednak stanowi wyraz autentycznych obaw z lat brutalnej japońskiej okupacji w pierwszej połowie XX wieku.

Niemcy byli w stanie pozostawić przeszłość za sobą, bo uczynili to ich sąsiedzi. Nie da się tego powiedzieć o sąsiadach Japonii. Tak Pekin, jak Seul zwracają uwagę, że Tokio nigdy otwarcie nie przeprosiło za wyrządzone krzywdy i nie wyraziło z tego powodu skruchy. Ich zdaniem brak takich przeprosin świadczy o wciąż żywych militarystycznych ciągotach Japończyków.

Symbolem tego jest dla zwolenników takiej argumentacji tokijska świątynia Yasukuni, gdzie z wielkim namaszczeniem czci się poległych w wojnie bohaterów, także tych uznawanych za zbrodniarzy wojennych.

Przeciwnicy popularnej ostatnio tezy o narastającej fali japońskiego nacjonalizmu podkreślają, że w badaniach socjologicznych społeczeństwo japońskie jawi się jako wyjątkowo pacyfistyczne, a to, co inni odbierają jako nacjonalizm, jest po prostu patriotyzmem.

Większość Japończyków, których spotkałem, uważa, że "wyrazy ubolewania", jakie złożył kilkakrotnie ich rząd podbitym niegdyś narodom, ostatecznie rozwiązują problem przeszłości. Przeprosiny byłyby dla nich upokorzeniem. Niewykluczone jednak, że dla Japonii jedynym sposobem osiągnięcia dojrzałości politycznej jest wykonanie być może upokarzającego, ale i oczyszczającego gestu wobec sąsiadów. To być może najtrudniejsze zadanie, przed jakim stoi Japonia w nadchodzących latach.


