ROZMOWA

Stanisław Siewierski, były prezes KGHM Polska Miedź

Eksperyment Kongo

FOT. GRZEGORZ HAWAŁEJ

Jaki powinien być zysk KGHM za 1999 rok?

STANISŁAW SIEWIERSKI: Przy założeniu, że średnioroczna cena miedzi wynosiła 1600 USD za tonę, a średnioroczny kurs dolara ponad 4 zł, Polska Miedź powinna mieć od 250 do 300 mln zł zysku brutto. Ostateczne wyniki spółki będą jednak inne. Będzie strata spowodowana przede wszystkim tworzeniem rezerw.

W raportach spółki i grupy kapitałowej za 1998 r. i I półrocze 1999 r. audytor, którym był Deloitte & Touche, nie nakazywał tworzenia rezerw na wartość majątku finansowego spółki. Tymczasem nowy zarząd postanowił je stworzyć. Czy były konieczne?

To dowód na to, że zarząd postanowił zaniechać restrukturyzacji. Rezerwy tworzy się, gdy nie ma szans odtworzenia wartości firmy. Jest to przygotowanie do taniego wyprzedania majątku KGHM albo sztuczka księgowa mająca na celu przesunięcie zysku na następne lata. Arthur Andersen, który prowadzi wewnętrzny audyt KGHM, zalecał zbadanie każdej ze spółek zależnych i określenie, czy trzeba stworzyć rezerwy. Utworzono rezerwy mechanicznie. Nasz zarząd wybrał koncepcję restrukturyzacji socjalistycznego molocha. W efekcie wokół KGHM powstały spółki zależne, które zamierzaliśmy zrestrukturyzować i sprzedać inwestorom powyżej wartości księgowej. Nowy zarząd czyści bilans. Taka przecena aktywów to podejście niegospodarne.

Tworzone są rezerwy na działalność KGHM w Kongu. Nowy zarząd informuje też o 17,5 mln USD zobowiązań pozabilansowych związanych z tą inwestycją.

Tworzenie rezerw na Kongo oznacza zaniechanie projektu, który mógłby przynosić zyski. Do chwili mojego odejścia z KGHM nie było żadnych zobowiązań pozabilansowych spółki dotyczących budowy instalacji metalurgicznych. Może powstały później. Przecena rudy miedziowo-kobaltowej w Kongo, jakiej dokonał nowy zarząd, to manipulacja finansami Polskiej Miedzi.

Skąd wziął się pomysł, aby inwestować w Kongo?

W 1995 roku w naszej strategii mocno postawiliśmy na odtwarzanie rezerw geologicznych, które powoli się wyczerpują. Polska Miedź eksploatuje złoże już od 40 lat. Rocznie wydobywa się około 30 mln ton rudy. Po roku 2015, jeśli nie udałoby się w sposób opłacalny zagospodarować złóż głębokich poniżej 1200 metrów, spadnie wydobycie. Rozglądaliśmy się za innymi metalami i miedzią, ale wydobywaną znacznie tańszą metodą odkrywkową. Myśleliśmy o wydobyciu kobaltu, niklu, złota - stąd pojawiła się sprawa projektu na Kubie i w Afryce.

Zdecydował się pan na złoże Kimpe, które miało zaledwie 605 tys. ton rudy kobaltu i miedzi. Dlaczego?

Nie kupiliśmy całego złoża, a jedynie prawo do eksploatacji jego części. Zakładaliśmy, że nie zamrozimy dużych pieniędzy, gdyż eksploatacja trwa wiele lat. Postanowiliśmy kupić taką część złoża, która pozwoli nam uruchomić działalność górniczą, a potem przetwórstwo. Następnym dużym projektem miała być Mufulira w Zambii. Ale gdy Zambijczycy zobaczyli, jak nieporadnie i nieprofesjonalnie obecny zarząd KGHM postąpił z projektem Kongo, zaczęli rozmawiać z innymi partnerami. Dziś można powiedzieć, że Zambia została stracona dla Polskiej Miedzi. Tak więc zaniechanie inwestycji w Kongo oznacza potrójną stratę. Nie kończy się inwestycji, która przyniosłaby zyski. Nie kończy się pracy nad technologią, która - po weryfikacji w skali półtechnicznej - jest rewelacją. I po trzecie wreszcie: podważa się wiarygodność KGHM jako partnera w tej części świata, która jeszcze dysponuje wolnymi zasobami interesujących naszą branżę surowców.

Czy konieczne było kupowanie złoża w Kongu? Przecież często firma górnicza finansuje budowę kopalni i zakładu przeróbki rudy, a na koniec dzieli się zyskiem z rządem.

Należy wówczas stworzyć spółkę joint venture, a zarządzanie musi być wspólne. Uważaliśmy, że ryzyko zakupu małego złoża jest niewielkie. Na pierwszy projekt, rozruchowy przeznaczyliśmy 50 mln dolarów. Zakupiliśmy 6 tysięcy ton kobaltu i ponad 40 tysięcy ton miedzi w rudzie za 25 mln dolarów. 10 mln dolarów przeznaczyliśmy na maszyny, a 15 mln dolarów na uruchomienie przetwórstwa metodą hydrometalurgiczną. Zdobywaliśmy doświadczenie, którego Polskiej Miedzi brakowało w zakresie przeróbki rudy metodami chemicznymi i hydrometalurgicznymi.

We wrześniu 1995 r. przyjechał do Lubina na negocjacje prezes kongijskiego państwowego koncernu Gecamines, a w styczniu 1997 r. Polska Miedź podpisała kontrakt z nikomu nieznaną spółką Colmet z Wysp Dziewiczych. Dlaczego zamiast podpisać kontrakt z dużą firmą podpisano umowę z firmą-krzak?

Projekt Gecamines zagospodarowania zagłębia w Kolwezji wymagał zaangażowania z naszej strony około 400 mln dolarów. To była zbyt duża skala inwestycji. Najpierw chcieliśmy poznać miejscowe realia i zdobyć koncesję na poszukiwanie surowców. Potraktowaliśmy to jako eksperyment, projekt pilotażowy dla pozyskania nowej technologii i nauczenia się Afryki. 605 tysięcy ton rudy przy obrotach Polskiej Miedzi to drobiazg.

Można byłoby całą tę operację potraktować jako program badawczy, gdyby nie udział w przedsięwzięciu spółki Colmet. Dlaczego tak wielki koncern jak KGHM kupił złoże w Afryce od spółki z Wysp Dziewiczych, której szefem jest Polak, szwagier byłego dyrektora Impexmetalu kojarzonego z SLD. Budzi to podejrzenia, że nie chodziło o pozyskanie miedzi w Afryce, a o sfinansowanie kampanii wyborczej SLD.

To kompletna bzdura.

Czy nie ma tu podobieństw do afery w łódzkim ZUS, który kupił budynek od pośrednika za znacznie wyższą cenę? Colmet był również pośrednikiem i sprzedał złoże za wysoką cenę.

Ponieważ nie interesował nas kontrakt wartości 400 mln dolarów, poprosiliśmy Kongijczyków, aby nam wskazali jakieś mniejsze złoże. Gecamines wskazał nam dwa: Kasombo eksploatowane już przez inną firmę afrykańską i Kimpe, kupione przez Colmet.

To dość niesamowity zbieg okoliczności. Pojechaliście państwo do Konga w poszukiwaniu nowych złóż i tam Kongijczycy skojarzyli was z panem Krzysztofem Pochrzęstem, szwagrem Edwarda Wojtulewicza, który przez wiele lat handlował lubińską miedzią.

Kongijczycy skontaktowali nas z panem Kazadim, mającym obywatelstwo polskie i kongijskie.

A więc ze wspólnikiem pana Pochrzęsta.

Ta sprawa nie ma żadnego związku z panem Wojtulewiczem. To nieporozumienie. Podobnie było w 1995 roku, gdy przystąpiliśmy do tworzenia firmy Polkomtel. Byliśmy wtedy posądzani o wyprowadzanie pieniędzy na jakiś podejrzany interes. Zainwestowaliśmy w to przedsięwzięcie 80 mln dolarów, a obecnie nasz pakiet jest wart co najmniej 600 mln dolarów.

Czy Colmet był właścicielem innych złóż?

Dla nas było istotne, że transakcja została zatwierdzona przez ówczesny rząd zairski (dawny Zair to obecnie Demokratyczna Republika Kongo - przyp. red.) i firmę Gecamines.

Jest rzeczą powszechnie znaną, że w Kongu nie można przeprowadzić żadnej inwestycji bez wręczenia łapówki. W jaki sposób je księgowaliście?

Jest to opinia mocno przesadzona. W Europie wskazałbym kilka państw, gdzie jest znacznie wyższe ryzyko polityczne. Prezydent Kabila potwierdził, że dotrzyma zobowiązań zawartych przez rząd Mobutu i słowa dotrzymał.

Pierwszy biznesplan mówił o tym, że złoże Kimpe zostanie wyeksploatowane w ciągu roku, a zysk - w wersji najbardziej optymistycznej wyniesie - 206 mln dolarów. Tymczasem po trzech latach od podpisania kontraktu mamy utworzoną rezerwę w wysokości 100 mln złotych, a z 180 tysięcy ton rudy wydobytej ze złoża przerobiono zaledwie 15 tysięcy ton. Ruda zalega na hałdach, bo w okolicy nie ma hut, w których można by ją przerabiać.

Gdybym rok temu nie musiał odejść ze stanowiska prezesa Polskiej Miedzi, to obecnie kończylibyśmy budowę zakładu przetwórczego. Nie chcieliśmy przerabiać rudy w starych instalacjach hut kongijskich, ponieważ uzyski kobaltu byłyby na poziomie 50-60 procent. Byłoby to marnotrawstwo. Przy zastosowaniu nowej metody profesora Łętowskiego ługowania rudy związkami chloru uzysk metalu można byłoby zwiększyć do ponad 90 procent. Gdy opracowywaliśmy biznesplan, ceny kobaltu na świecie wahały się od 45 do 55 tysięcy dolarów za tonę. Przy cenie 55 tys. dolarów zysk wychodził na poziomie 200 mln dolarów. Przy cenie kobaltu na poziomie 28 tys. dolarów za tonę inwestycja nadal jest opłacalna.

W momencie gdy Polska Miedź kupowała to złoże, nie mówiło się o metodach hydrometalurgicznych, tylko o remoncie starych kongijskich hut. Colmet miał przeznaczyć na to prawie 7 mln dolarów i z tego się nie wywiązał.

Metody hydrometalurgiczne gwarantują opłacalne przerabianie rudy uboższej. Opłaca się przerabiać rudę o zawartości 0,3 proc. kobaltu, a nawet odpady.

Ale właścicielem odpadów ze złoża Kimpe jest Colmet.

Dlatego pracowaliśmy nad nową technologią, aby w odpadach zostawało jak najmniej metalu.

W pierwszym kontrakcie z Colmetem Polska Miedź zaoferowała 45 mln dolarów za złoże. Oznaczałoby to, że tona kobaltu w waszym złożu kosztuje 9,5 tys. dolarów, podczas gdy inni inwestorzy zagraniczni płacą w tym rejonie 300 dolarów.

Tak można zapłacić za złoże, w którym średnia zawartość kobaltu wynosi 0,3 proc. My mamy zagwarantowane, że kobaltu jest powyżej 0,8 proc. Ponadto w tym złożu jest ponad 40 tysięcy ton miedzi. Gdy je pomnożyć przez 1700 dolarów za tonę, otrzymujemy 68 mln dolarów. Pieniądze uzyskane za miedź zwracają koszty inwestycji. Kobalt w rudzie mamy więc za darmo.

Nie zgadza się pan z opinią, że projekt Kimpe był kosztowną pomyłką?

Jest oczywiste, że inwestycja niedokończona, przerwana, musi zakończyć się niepowodzeniem. Doprowadzenie tego projektu do końca gwarantuje nie tylko zwrot kapitału, ale również dodatkowe korzyści. KGHM ma wiele ofert dotyczących eksploatacji innych dużych złóż w Afryce. Zaproponowałem prezesowi Krzemińskiemu, że pomogę w dokończeniu tego projektu. Do tej pory z mojej oferty nie skorzystał.

Rozmawiali: Leszek Kraskowski  i Tomasz Świderek


