ROZMOWA

Artur Partyka, wicemistrz olimpijski w skoku wzwyż

Poprawka z Atlanty

FOT. (C) PRZEMEK WIERZCHOWSKI/PAP

Dlaczego to zrobiłeś: nagle przestałeś skakać w zeszłym roku?

ARTUR PARTYKA: Nie mogłem znaleźć chęci do treningu. Nie umiałem sobie wytłumaczyć, dlaczego mam trenować. Co takiego muszę jeszcze osiągnąć. Wiedziałem, że czeka mnie olimpiada. Monitorowałem swój organizm i czułem, że coś jest nie tak. Może nie fizycznie. Fizycznie trzymałem jakiś poziom. Ale coś się działo z moją motywacją.

Wszedłeś w stan nasycenia.

Tak... Uzgodniliśmy z trenerem, że muszę trochę zwolnić. Nabrać dystansu, odetchnąć...

Nie bałeś się, że ten pociąg odjedzie bez ciebie? Że jak raz wyskoczysz, nigdy go nie dogonisz?

Cały czas się tego boję. Przecież czytałem twój tekst. Stale go noszę przy sobie, w portfelu. Zaraz, zaraz... Gdzie ja go mam? (Artur przeszukuje portfel. Grzebie w przegródkach. Wyciąga wycinek gazety starannie złożony w kwadrat.) O... jest tutaj! To się nazywa "Musi złapać wagonik". Wiosną to napisałeś, w zeszłym roku. Ten artykuł był dla mnie swoistym memento. Stale mi przypominał, jak bardzo jest to trudne i czym ryzykuję. Ale z drugiej strony miałem świadomość, że jeśli pociągnę normalny trening od jesieni do lata, to gdzieś pęknę. Zresztą nawet zacząłem normalnie trenować i wszystko było na "nie". Tu się przeziębiłem, tam złapałem infekcję. Tu mnie coś zakłuło, tam zastrzykało. Mój organizm się buntował. Moja psychika się buntowała. Powiedziałem sobie: stop!

I tak, i nie. Niby robisz sobie wakacje. Niby cię nie ma. A przychodzą mistrzostwa Polski i Partyka pojawia się w pracy. Ni stąd, ni zowąd skacze 230 i znowu znika. Znaczy trochę się wahałeś.

Przez dwa i pół miesiąca nie robiłem praktycznie nic oprócz lekkich truchcików i rozciągania. Aż przyszło to, co chciałem, żeby przyszło. Duży niepokój ruchowy. Nagle poczułem, że jak zaraz nie wyjdę na trening, jak zaraz czegoś nie zrobię, to mnie rozerwie. To się nazywa głód sportu, który straciłem, ale wrócił. Jak się rzuciłem na te ciężary i na te wieloskoki, trener zaczął się rozglądać za nerwosolem. On mówi: Artur, ty się uspokój. Ja mówię: trenerze nie mogę, muszę... Dawałem sobie w kość przez jakiś tydzień. Po tygodniu byłem jak kiszony ogórek. Kwas mlekowy tak mi zakwasił mięśnie, że musiałem poluzować. Po pięciu tygodniach przygotowań zrobiliśmy trening techniczny. Wyszło na to, że mogę spróbować startu w mistrzostwach Polski. Przyjechałem, skoczyłem dwa trzydzieści i nabrałem chęci na ciąg dalszy. Szybko się okazało, że poprzeczkę można przeskoczyć, ale własnego organizmu... niestety nie. Pięć tygodni treningu to tyle co nic. Na jeden, dwa starty wystarczy, ale nie da się na tym zbudować sezonu. Jednak w sumie uzyskałem efekt, o który mi chodziło. Znowu chciało mi się skakać i trenować.

Rozumiem, że teraz jesteś jak nowy. Myślisz po nowemu, trenujesz po nowemu...

Rzeczywiście tak to wygląda. Skończyłem z nużącą rutyną. W myśleniu o treningu i w samym treningu. Zmieniliśmy jego organizację i strukturę. Problem budowania siły rozwiązaliśmy inaczej, niż rozstrzygaliśmy wcześniej. Inaczej dobieramy ćwiczenia. Wróciliśmy do treningu gimnastycznego sprzed czterech lat. Krótko mówiąc, wracamy do rzeczy sprawdzonych, do sprawdzonych form treningowych, których zaniechaliśmy na jakiś czas.

Czyli stare środki dla nowych bodźców?

Tak. W procesie treningowym nie da się wymyślić rzeczy całkiem nowych. Istota sprawy to właściwy wybór. Taki dobór środków treningowych, o których wiadomo, że są skuteczne i nie nudzą. Rok po roku trzeba budować ten sam fundament. Trzeba zrobić siłę, trzeba zrobić skoczność. Od tego się nie ucieknie. Ale można to robić na różne sposoby: poprzez mechaniczne powielanie tych samych ćwiczeń albo wprowadzając zmiany. Wtedy trening staje się ciekawszy, psychika nie parcieje.

Masz nową motywację i energię do treningu. A jaki jest twój cel?

Po pierwsze, nowy rekord Polski. Po drugie, powrót do czołówki skoczków świata.

A olimpiada w Sydney?

Oczywiście, olimpiada w Sydney jak najbardziej. Ale więcej nic ci nie powiem. Nie lubię...

Jesteś przesądny?

Bardzo. I wolę nie rozwijać tego wątku...

Niemówienie o przesądach to jeszcze jeden przesąd, ale ty te swoje obrządki celebrujesz publicznie. Szara dresina z kapturem, w którym wyglądasz jak kapucyn przy pacierzach. Znamy to, znamy... Jak długo chcesz jeszcze skakać?

Dwa lata. Do Sydney i rok potem. Nie można kończyć kariery sportowej ot tak, rach-ciach. Potrzeba przynajmniej roku na roztrenowanie wyczynowe.

Przypuszczam, że finansowo jesteś już zabezpieczony.

Raczej tak. Na pewno nie jestem pod tym względem pokrzywdzony. Mam pewien komfort, który zapewnia mój sponsor, Zakład Płytek Ceramicznych z Opoczna. Albo inaczej, źle to ująłem. Mam duży komfort i duży spokój. Mój kontrakt z firmą jest tak skonstruowany, że pozwala na skupienie na treningu. Sam dobrze wiesz, jak ze mną jest. Nie jestem facetem, który strzela fajerwerki trzy razy na miesiąc przez okrągły rok. Moje cykle sportowe są dłuższe. Wynikają z takiej, a nie innej konstrukcji psychofizycznej. Muszę długo ładować swoje akumulatory na to jedno albo dwa duże wyładowania. Zakład w Opocznie daje mi ten spokój i tę możliwość. To bardzo ważne. Nie wiem, jak by wyglądała cała moja kariera, gdybym tego nie miał.

Wróciłeś, chcesz wygrywać. Będziesz brał doping?

Nie, nie będę...

A ile brałeś do tej pory?

Nic nie brałem... Skąd ci to przyszło...

Stąd mi przyszło, że wszyscy biorą. Dlaczego ty miałbyś nie brać?

Ja bym nie powiedział, że wszyscy biorą. Nie mam dowodów, zresztą nie szukam...

Zacznijmy jeszcze raz. Patrzę na Sotomayora, który patrzy na poprzeczkę. Żadnych dylematów wewnętrznych. Oko zimne, twarz kamienna. Według mnie: sterydy spodem, psychotropy wierzchem. Patrzę na ciebie - facet walczy z własną głową. Strasznie walczy.

Masz rację, ja walczę z głową. To prawda. Najcięższe boje staczam we własnej głowie, z własną wyobraźnią.

I zamiast złota zbierasz sreberka. Przyjmując sterydy jak każdy, miałbyś większą pewność siebie. Wiedziałbyś, że noga łaski nie robi, więc głowa nie musi się martwić. Nie kłóciłbyś się z własną głową, tylko skupił na poprzeczce. Nie myślisz, że lepiej brać?

Nigdy tak nie myślałem. Nie było takiego tematu. Ani ja go nie podjąłem, ani mój trener. Nigdy. Słyszałem od chłopaków, że trener mówi: "weź"; że działacz mówi: "weź". Kiedyś byłem załamany, na początku kariery. Pamiętam, siedzieliśmy na zgrupowaniu przed Seulem i wszyscy na okrągło rozmawiali o prochach, o strzykawkach, o kroplówkach. Prawie z płaczem zadzwoniłem do mamy. "Ja chcę do domu. Zastrzyki, tabletki. Co to za atmosfera?" Byłem wtedy zdruzgotany. Ale potem sam zacząłem stosować zastrzyki wspomagające. Kroplówki, które regenerują organizm, uzupełniają sole, witaminy, minerały. Są to rzeczy konieczne dla ludzi obciążonych takim wysiłkiem. My jesteśmy notorycznie osłabieni. Musimy sobie jakoś pomagać, wyrównywać bilans energetyczny. Jednak zastrzyk zastrzykowi i kroplówka kroplówce nierówne. To, o czym mówię, nie jest dopingiem. To jest farmakologia dozwolona przepisami i taka, która służy zdrowiu, która go nie niszczy. Przecież sport to są określone reguły gry. Kto sport uprawia, ten przyjmuje te reguły za własne i nie ma przeproś. Doping to złamanie reguł, zwykłe oszustwo.

Nie bierzesz dopingu i jesteś tylko drugi. Bierzesz doping i jesteś pierwszy. To prosta kalkulacja. Nigdy jej nie robiłeś?

Nigdy nie miałem dylematu: nie brać dopingu, czy brać doping, bo od tego zależy, czy będzie srebro, czy złoto. Jestem bardzo ambitnym zawodnikiem i walczę, ale nigdy za wszelką cenę. Przecież wiem, jakie są skutki dopingu, nawet kontrolowanego, dozowanego przez lekarzy. Ostatnio słyszałem w telewizji, że trzeba doping zalegalizować, i powiem ci, że się po prostu załamałem. Krótko mówiąc - z a ł a m a ł e m! Jeżeli to idzie w tym kierunku, jeśli ludzie mówią o tym głośno i publicznie, to ja się cieszę, że mnie to nie dotyczy, że nie będę już wtedy uprawiał sportu. Z takim sportem nie chcę mieć nic wspólnego.

Nie chcesz, ale masz. Co z tego, że doping jest nielegalny, skoro jest. Legalizacja dopingu nie pogorszy sytuacji. Dzisiaj doping jest nielegalny i ludzie go biorą. Wierzysz, że otaczają cię rycerze bez skazy?

Wśród polskich lekkoatletów nie ma tego tematu. Tak jak kiedyś był to główny wątek wszystkich rozmów, tak teraz się tego nie słyszy. Nikt nie opowiada, co wziął, ile wziął i jak się potem czuł. Owszem, rozmawiamy o stymulacji, o farmakologicznej regeneracji organizmu. Czy nie lepiej w tym okresie zastosować białko w takich a takich proporcjach, czy dołożyć więcej makaronu, czy mniej. To jest ta płaszczyzna dyskusji. To nie są tamte dawne rozmowy - "Kurcze, ale mi przyrosło". Nie ma tematu dopingu.

Bardzo mnie pocieszyłeś. Znaczy o dopingu każdy wie tyle, że już nie musi się konsultować z innymi. O dietach wiadomo mniej. Bardzo krzepiące, bardzo...

Nie jest tak, jak myślisz. W końcu tworzymy jedno środowisko. Mieszkamy w tych samych hotelach, trenujemy w tych samych halach. Każdy o każdym wie wszystko. Sam to przerabiałeś, więc wiesz, jak to jest. Zresztą działanie dopingu na formę jest przez wielu przeceniane. Odżywianie, diety, struktura treningu, to są sprawy decydujące. Niektórzy z dopingu robią fetysz. Rozmawiasz z Rosjanami, a oni tylko: "kakaja tablietka, kakaja tablietka?". Po mistrzostwach w Budapeszcie łazili za nami i pytali: "No skażycie malczyki, czto wy kuszajetie?". My im na to: "Mnoga tablietek, znajesz Sasza. Mnoga!" Łykali ten kit jak dropsy. Dla nich było nie do pomyślenia, że można wygrywać bez koksu. Popatrz na to z innej strony. Od dwóch, trzech lat polscy lekkoatleci zaczęli odnosić sukcesy jako grupa. Ale to są wyniki, które w latach osiemdziesiątych czy siedemdziesiątych dawałyby najwyżej siódme, ósme miejsca w finałach. Zatem bez przesady z tym koksem. Koks dawałby większego kopa w górę. Przy dobrej diecie, właściwym treningu oczywiście. Poza tym jesteśmy badani, często sprawdzani. Działają kontrole międzynarodowe. Przed każdym sezonem muszę wysłać do IAAF czy do PZLA faks z dokładną rozpiską zgrupowań. Oni muszą wiedzieć, gdzie jestem w danej chwili, żeby mogli przyjechać i zrobić badania. Jeżeli przyjeżdżają i nie ma mnie tam, gdzie powinienem być zgodnie z rozkładem, dostaję haka. A jeśli to się powtórzy, zostaję zawieszony za doping, bo taka nieobecność jest traktowana na równi z odmową poddania się badaniom. O wszelkich zmianach należy natychmiast powiadomić IAAF. Kto o tym zapomni, traci premię na najbliższym mityngu. Tak że trudno jest coś kombinować z prochami i liczyć na fart.

A zatem w całym sporcie więcej jest farciarzy niż pechowców, niestety. Ale zostawmy doping. Co musi się stać, abyś kończąc karierę, mógł sobie powiedzieć: jestem spełniony, zrobiłem swoje?

Musi stać się to, do czego zebrałem siły. To, po co wróciłem i jestem w sporcie. Co mnie motywuje i napędza. Krótko mówiąc - musi nastąpić poprawka z Atlanty. Muszę dogonić tamte dziesięć minut, które mi wtedy uciekły. Już je miałem, były moje i mi się wymknęły i wykazały, że mimo tylu doświadczeń, tylu zwycięstw nie jestem jeszcze skoczkiem dojrzałym. Muszę stanąć do tej poprawki i zdać egzamin.

Rozmawiał: Marek Jóźwik 


