PIENIĄDZE I POLITYKA

Szum wokół afer nie oznacza, że Niemcy są krajem szalejącej korupcji. Wręcz przeciwnie.

Wszystkie barwy kas

Wskutek afery finansowej chadeków musiał odejść lider CDU Wolfgang Schauble. FOT. (C) EPA

JERZY HASZCZYŃSKI 

z Berlina

Były kanclerz, pięciu premierów landów, prezydent, szef czołowej partii, dawny szef MSW, skarbnicy partyjni i doradcy finansowi - to tylko część postaci, które stały się w ciągu ostatnich miesięcy bohaterami niemieckich skandali z pogranicza polityki i biznesu. Kilku polityków zakończyło już w związku z tym karierę, inni z niepokojem obserwują odkrywanie kolejnych fragmentów afer.

Media, wspomagane przez prokuratorów i część polityków, z wielkim zapałem czyszczą stajnię Augiasza. Niektóre gazety od kilkunastu tygodni dzień w dzień poświęcają aferom co najmniej kolumnę. Jeden z programów publicystycznych w telewizji publicznej reklamuje się hasłem: "Co nowego w kraju skandali?".

Najbardziej głośna jest oczywiście afera finansowa w szeregach Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej (CDU) - największa w historii tej partii i najbardziej spektakularna, ze względu na osobę Helmuta Kohla, który miał już zagwarantowane laurki w każdym podręczniku dziejów współczesnych. W cieniu sprawy chadeckich czarnych kont odkrywane są drobniejsze, zazwyczaj lokalne skandale - głównie z udziałem socjaldemokratów.

Pół marki za każdą markę

Szum wokół afer nie oznacza wcale, że Niemcy są krajem, w którym szerzy się korupcja, a zasady finansowania partii politycznych są nieskodyfikowane czy spowite mgłą tajemnicy. Oznacza coś wręcz odwrotnego. Gdy pada podejrzenie, że politycy, wydając pieniądze podatników, oprócz spraw publicznych załatwiają także prywatne interesy, niemiecka opinia publiczna reaguje bardzo ostro.

Sumy, o których w kontekście ostatnich afer tak dużo się mówi, są stosunkowo skromne. Zwłaszcza w tak bogatym kraju jak Niemcy. W przypadku anonimowych darowizn, które wpływały na nielegalne konta CDU, mowa jest o dwudziestu kilku milionach marek, i to w ciągu wielu lat. W zarzutach wobec SPD padają sumy wielokrotnie niższe. Ale media próbują rozwikłać każdą sprawę z pogranicza polityki i biznesu, niezależnie od tego, czy chodzi o tysiąc marek, czy o grube miliony.

Co, ile, w jaki sposób i od kogo polityk lub partia mogą przyjąć - jest w Niemczech dokładnie uregulowane. Konstytucja wspomina, że partie "muszą składać publicznie sprawozdanie z pochodzenia i użycia swoich środków oraz swojego majątku" (artykuł 21). Szczegóły zawarte są w Ustawie o partiach politycznych. Wspomina ona na przykład o tym, że ugrupowania w ramach dofinansowywania przez państwo otrzymują pół marki za każdą markę, którą zdobyły same - albo ze składek członkowskich, albo z legalnych darowizn. A także o konieczności opisania w sprawozdaniu dokładnych danych każdego ofiarodawcy, od którego pochodziło w skali roku powyżej 20 tysięcy marek.

Sześć odsłon afery

Afera CDU zaczęła się jesienią ubiegłego roku od kłopotów podatkowych byłego skarbnika partii Walthera Leislera Kiepa. Na Kiepa padły podejrzenia o niezapłacenie podatków od ponad miliona marek, które w 1991 roku dostał jako darowiznę dla partii od bawarskiego handlarza bronią Karlheinza Schreibera. W operacji przekazania tych pieniędzy, przypominającej film sensacyjny (neseser z gotówką przeszedł z rąk do rąk podczas spotkania przy centrum handlowym w Szwajcarii), brał też udział doradca finansowy CDU Horst Weyrauch.

Nazwiska Kiepa, Weyraucha i Schreibera powtarzały się przy kolejnych odsłonach afery. A później listę wzbogaciły nazwiska znanych polityków z Helmutem Kohlem na czele.

Afera finansowa chadeków składa się z kilku części. Po pierwsze ze sprawy dotyczącej miliona marek od Schreibera. Po drugie ze sprawy darowizn (w wysokości 1,5 do 2 milionów marek), do których przyjęcia i nieuwzględnienia w sprawozdaniach finansowych przyznał się Kohl. Po trzecie ze sprawy nielegalnych kont zagranicznych heskiej CDU, z których około 20 milionów wróciło potajemnie do Hesji (część tej sumy wsparła ubiegłoroczną kampanię wyborczą CDU w tym landzie, co jest jednym z zarzutów stawianych chadeckiemu premierowi Hesji Rolandowi Kochowi). Po czwarte ze sprawy nielegalnych kont federalnej CDU w Szwajcarii. Po piąte ze sprawy rozwiązania konta frakcji parlamentarnej chadeków i przekazania pieniędzy (ponad miliona marek) na konto partii. Po szóste ze sprawy darowizny w wysokości 100 tysięcy marek, do których przyjęcia w 1994 roku od Schreibera przyznał się - na swoją zgubę - Wolfgang Schauble.

W większości wypadków chodzi więc o darowizny, co do których istnieją podejrzenia, że były w rzeczywistości łapówkami. Do dzisiaj ten zarzut się jednak nie potwierdził. Nie udało się dowieść, że darowizny od Schreibera miały wpływ na decyzje polityczne rządu Kohla w sprawie sprzedania na początku lat 90. transporterów opancerzonych do Arabii Saudyjskiej.

Tajemnicze miliony

Darowizny, do których przyjęcia przyznał się Kohl, nie były uwzględnione w sprawozdaniach finansowych, co już jest naruszeniem ustawy o partiach. Nie wiadomo też, od kogo pochodziły. Były kanclerz, podkreślając wagę słowa honoru, które dał znanym tylko sobie ofiarodawcom, konsekwentnie milczy. Rodzi to różne podejrzenia. Dla jednych jest to potwierdzeniem zarzutów o nieczystych intencjach ofiarodawców. Dla innych wskazówką, że źródła pieniędzy są mało chwalebne. Nie brakuje też takich, którzy uważają, że Kohl nie chce ujawnić nazwisk ofiarodawców, bo ich w rzeczywistości nie ma. Ta wersja zakłada, że miliony, o których mówił były kanclerz, są zaskórniakami z poprzednich afer.

Dziennik "S&uuml;ddeutsche Zeitung", który ma największe zasługi w odkrywaniu szczegółów afery, uważa, że jeden z ofiarodawców to Leo Kirch, magnat rynku mediów i przyjaciel Kohla. Według gazety prawdopodobne jest natomiast, że tajemnicze miliony heskiej CDU - są zaskórniakami z tzw. Zrzeszenia Obywatelskiego. Istniejące od 1954 roku zrzeszenie było pralnią pieniędzy, przez którą w latach 1969 - 80 miało przepłynąć na konta partyjne (nie tylko CDU, lecz także jej siostrzanej CSU oraz liberalnej FDP) 214 milionów marek. Na początku lat 80. zakazano działalności zrzeszenia, które dysponowało wówczas sumą około 8 milionów marek. Ich dalszy los nie jest znany.

Inne media zastanawiały się, czy tajemnicze pieniądze heskiej lub federalnej CDU mają coś wspólnego z aferą Flicka. W 1975 roku koncern Flicka sprzedał udziały Daimlera-Benza za sumę 1,9 miliarda marek. Szefowie starali się uniknąć płacenia gigantycznych podatków od zysku ze sprzedaży udziałów. Byłoby to możliwe, gdyby rząd uznał transakcję za szczególnie pożądaną z punktu widzenia gospodarki państwa. Do tego zaś potrzebna była życzliwość polityków. Ocenia się, że wszystkie obecne wówczas w Bundestagu partie (CDU, CSU, SPD, FDP) dostały w ciągu kilkunastu lat od Flicka darowizny na sumę 26 milionów marek. Niewielka część tych pieniędzy miała przejść przez Zrzeszenie Obywatelskie. Z powodu afery w 1984 roku podali się do dymisji przewodniczący Bundestagu Rainer Barzel (CDU) oraz minister gospodarki Otto Lambsdorff (FDP). Obu ministrom postawiono zarzut przekupstwa, ale ostatecznie skazano ich na grzywny za pomocnictwo w uchylaniu się od płacenia podatku.

Nieostrożne latanie

Chadecy (zwani czarnymi) mieli czarne kasy, a socjaldemokraci (czerwoni) - bank WestLB, który tygodnik "Spiegel" nazwał "czerwoną kasą towarzyszy". Jest to bank landowy z rządzonej od lat przez SPD Nadrenii Północnej-Westfalii. To największa tego typu instytucja w Niemczech, obracająca większymi pieniędzmi niż większość banków prywatnych. Związana jest z nim tzw. afera lotnicza, przy której padają nazwiska Johannesa Raua, prezydenta i byłego premiera Nadrenii Północnej-Westfalii, i Wolfganga Clementa, obecnego premiera tego landu.

WestLB fundował ponad sto lotów czarterowych, z których korzystali czołowi politycy landu - czy zawsze w celach służbowych? Rau ma problemy z dwoma przelotami. W przeddzień wigilii 1993 roku poleciał wraz z rodziną do Anglii na przyjęcie urodzinowe byłego kanclerza Helmuta Schmidta. W drodze powrotnej nie wylądował w D&uuml;sseldorfie (stolicy landu, którym rządził), ale poleciał do Monachium, skąd udał się na rodzinny urlop. Niecały rok później Rau odbył drugi wzbudzający kontrowersje lot - do Hamburga, gdzie wziął udział w przyjęciu urodzinowym swojego przyjaciela oraz - jak zapewnia jego prawnik - prowadził rozmowy służbowe.

Z powodu afery lotniczej podał się do dymisji minister finansów Nadrenii Północnej-Westfalii Heinz Schleusser (SPD). Powodem była przyjaciółka, która towarzyszyła mu na początku lat 90. w dwóch lotach na chorwackie wybrzeże. Za jej podróże, których istnieniu wcześniej zaprzeczał, minister chciał zapłacić dopiero teraz.

Dwa tygodnie temu do grona polityków identyfikowanych z WestLB dołączył socjaldemokratyczny premier Brandenburgii Manfred Stolpe. Jednak nie ze względu na podniebne podróże. "Spiegel" ujawnił, że bank wsparł w 1990 roku przedstawicielstwo Nadrenii Północnej-Westfalii w Berlinie Wschodnim, które z kolei udzieliło poparcia Stolpemu, walczącemu w wyborach lokalnych jeszcze w NRD. Rząd z D&uuml;sseldorfu przyznał, że z pieniędzy zachodnioniemieckiego podatnika opłacano wówczas jedną z organizatorek kampanii wyborczej Stolpego.

Opinię banku WestLB jako "czerwonej kasy" socjaldemokratów zburzył w ostatnim numerze tygodnik "Focus". Zdaniem gazety bank i powiązane z nim przedsiębiorstwa przez 10 lat przekazywały darowizny dla CDU. W sumie chadecy z Nadrenii Północnej-Westfalii otrzymali 400 tysięcy marek. Darowizny przekazywano w częściach, każda poniżej 20 tysięcy marek, co pozwalało na nieujawnianie ofiarodawcy.

Sponsorowane wesele

Krótko cieszył się stanowiskiem premiera w Dolnej Saksonii Gerhard Glogowski (SPD). Po roku urzędowania w Hanowerze podał się do dymisji pod wpływem zarzutów o czerpanie korzyści majątkowych ze stanowiska.

Glogowskiemu wypomniano między innymi dwa wyjazdy do Egiptu, współfinansowane przez prywatne firmy. Podczas jednego z nich dał się sfotografować z logo znanego przedsiębiorstwa turystycznego Tui. Przyjęcie weselne premiera Dolnej Saksonii w maju zeszłego roku też nie obeszło się bez wsparcia prywatnych firm. Kawę i piwo pito tam na koszt prywatnych sponsorów. Glogowskiemu zarzucano też skorzystanie z pomocy finansowej przy zakupie mieszkania w Brunszwiku.

Zarzuty przyjmowania korzyści majątkowych stawiano także w zeszłym roku innemu politykowi socjaldemokracji - Reinhardowi Klimmtowi, byłemu premierowi Kraju Saary, który od kilku miesięcy jest ministrem transportu. Miał on dostawać w prezencie od przedsiębiorców drogie książki nabywane w antykwariatach oraz rzeźby dłuta artystów afrykańskich.

Babcia na dwóch etatach

"Kupiony parlament. Lobby i jego Bundestag" - taki tytuł ma wydana w 1999 roku książka Friedhelma Schwarza. Autor wymienia w niej wielu posłów, którzy są zatrudnieni przez różnorodne firmy, fundacje, instytucje czy związki zawodowe. Zastanawia się, czy wszyscy posłowie zasiadają w Bundestagu tylko po to, żeby realizować zadania, które im się stawia.

Wśród budzących kontrowersje znalazł się szef komisji gospodarki w Bundestagu, Mathias Wissmann (CDU), którego zatrudnia berlińskie biuro czołowej amerykańskiej kancelarii adwokackiej, pracującej na rzecz wielu przedsiębiorstw. A także wiceprzewodnicząca Bundestagu, Anke Fuchs (SPD), która jest prezesem zrzeszającego 1,3 miliona członków Związku Lokatorów.

Najciekawszym przykładem łączenia funkcji w polityce z zagadkowymi wpływami gospodarczymi jest sprawa Agnes H&uuml;rland-B&uuml;ning, która za czasów Kohla była sekretarzem stanu w ministerstwie obrony. Ta pani - o wyglądzie babci z telenoweli - zainkasowała na początku lat 90. kilka milionów marek od dużych koncernów, między innymi Thyssena. Miały to być honoraria za doradztwo, choć w tak cenne doradcze kompetencje pani H&uuml;rland-B&uuml;ning trudno uwierzyć nawet wielu chadekom.

Jej nazwisko pojawiło się też w kontekście prywatyzacji enerdowskich zakładów petrochemicznych Leuna. Sprzedaż tych zakładów, wraz z siecią stacji benzynowych Minol, państwowemu wówczas koncernowi francuskiemu Elf-Aquitaine przez część mediów opisywana jest jako największy skandal finansowy ostatniej dekady. Transakcja miała zaowocować przepływem nieoficjalnymi kanałami 85 do 100 milionów marek - z Francji do Niemiec. Przy okazji, jak twierdzi telewizja ARD, socjalistyczny prezydent Francji Francois Mitterrand wsparł kampanię wyborczą niemieckiego chadeka Helmuta Kohla sumą 30 milionów marek.

Sprawą Leuny zajmują się prokuratury w trzech krajach - Szwajcarii, Francji i Luksemburga. W Niemczech ujawnienie szczegółów kontrowersyjnej sprzedaży nie będzie łatwe - z urzędu kanclerskiego jeszcze w czasach Kohla zniknęła dokumentacja.


